Ponad gwar rozmów, wybiera łaszenie ze zwierzętami. Odejmując
im śmierci, zbiegają się jak nici w szwach. Wataha czerwi, która nie znosi
resztek dnia, luster, bo nie powinna być
zdemaskowana poprzez odbicie, niby drzewo ścinane siekierą. Przebłyskuje
modlitwę, a z nią trzeba obchodzić się jak z dziurką od klucza, zatkaną igliwiem.
Za przepierzeniem z chmur, większe chmury kruczą włosy granatem, gdzie
dotknie jest jak rzeka, a ludzie są tylko jej brzegami, więc zatrzymuje każdego,
kto próbuje odejść. I tylko ten krzyk, gdzieś w sitowiu — dłonie, dłonie. Skąd
się biorą, i czego chcieć więcej? Poza kołysaniem przepaści,
przebiera ciało, co zwykła robić, gdy we wsi rodziło się dziecko. Może
coś zostanie, rozrośnie się jak śliwy, jak naparstnice pod nimi. Jacyś ludzie,
mówią, że to nic, że u zwierząt wszystko jest inne. I tak patrzą,
nie dowierzając.
z cyklu: Anna
czytam wszystkie Twoje wiersze (tak piszę, żebyś wiedziała.. po prostu..)
zgłoś
Dziękuję. Tak po prostu... zwłaszcza, że ja ciągle piszę jeden, ten sam wiersz, nawet słowa i znaczenia niewiele się zmieniają.
zgłoś
I ja bywam...cyklicznie :)
zgłoś
Dziękuję. [Niech nam się... cykli. :)]
zgłoś
:) Pozdrawiam.
zgłoś
I ja. :)
zgłoś
"Wataha czerwi" brzmi lepiej / pozdrawiam //:)
zgłoś
Tak, zgubiłam "i". Dziękuję. :)
zgłoś
Ciągle uwierają mnie podobne końcówki: śmierci, nici, czerwi. :/
zgłoś
obyśmy tylko litery gubili //:)
zgłoś
obyśmy :)
zgłoś
nie wiem kto mówi, kto umiera, rzeka, człowiek, zwierzę, ale jest ciekawa ta opowieść a przy tym tak ponura i smutna, krajobrazowa..
zgłoś
Dziękuję. (Chyba nie potrafię pisać mniej ponuro).
zgłoś