13 listopada 2015

poezja

supełek.z.mgnień
supełek.z.mgnień

Grudniowe nieba w ciągłym milczeniu. Portrety

Dom, który opuściłam jest cichy, podczas gdy kufer lubi obrastać
w rzeczy. Jest po niej, więc przepełniam go obrazkami dzieci:
w nich zawsze widzę najwięcej pociągnięć farb — zewnętrznych
i wewnętrznych narracji rozciągających się na niewidzialne postaci,
porcelanowe zwierzątka w fenomenach światła, mgielne lampy
pozbawiające szczegółów, chyba że wcześniej doświadczę swoich

korzeni, (co już staje się rytuałem). Wtedy każda kreska potrafi być
mapą, powolną litanią, i rzeczywiście niczego nie przemilczam. Moje
dłonie zawieszone pomiędzy niewidocznymi punktami, splątane
ze sobą sznury, rozchodzą się jak pęknięcia w tkaninie, a każda imituje
czyjąś obecność. W fałdach koca ukryte zachody zacinają śniegiem.
Miejsce, które pozostawimy na kapliczkę, jakby serce skoczyło ponad

rzeką. Na przeciwległym brzegu miasto — cząstki  elementarza —
chłopca wszystko dziwi, więc mówię, że dogaszamy jesień. Pożółkłe
pnie, jak dublowani ludzie, którzy w istocie tym różnią się od świata
poza ulicznym ruchem, że są niczym reakcje na niedoskonałe obrazy
z dzieciństwa. (W każdej chwili tutaj chcę wszystkie z powrotem,
choćby były przerysowane).

alt art
13 listopada 2015 o 15:29

tukej nigdy nie dogasa..

zgłoś

supełek.z.mgnień
13 listopada 2015 o 15:33

Różne są światy, w których żyjemy.

zgłoś

Kontakt z redakcją



Zgłoś nadużycie


Opcja dostępna tylko dla użytkowników zalogowanych. Zarejestruj się