Matka o dłoniach jak z grobu, zabierała mnie
od mamy zbyt często. Rodząc kolejne dziecko, nadawała
mu imię po poprzednim, aż do wyczerpania kalendarza.
Obcy myśleli, że śpię, gdy zamieniałam się w sowę, utkaną
z cekinowych kwiatów — w kafkowskim nieoczekiwaniu.
Pióra niby spoiny cienkich nitek, z opadających płatków,
w których za dużo Boga. Mlecznobiałe niebo nie oślepiało,
zapowiadając płaską taflę jeziora. Pomiędzy mną samą,
a mną, cierpliwy trucht psa, i nieśmiertelne dziecko.
ileż Ty masz pięter..
zgłoś
Wieżowiec ;)
zgłoś
drapacz chmur..
zgłoś
Tak, tak. Dokładnie.
zgłoś
dzieciństwo nieodczytane..
zgłoś
Tak.
zgłoś
podpinam kreski..
zgłoś
:)
zgłoś
Obcy jak z księżeczek pana Grzegorza, które mnie strasznie rozśmieszają. też uwielbiam lodowiska i jestem niegrzecznym dzieckiem od początku.
zgłoś
I czegoś się o Tobie dowiedziałam. :) Ja, niestety z tych grzecznych ;)
zgłoś
Mroczne :)
zgłoś
Naprawdę? Myślałam, że smutne.
zgłoś