Anna nie okazywała lęku, chociaż cienie dzieci kurczyły
się, jak plamy wilgoci. Korona z traw — obrzękłe nuty
dzikich pszczół, wyczerpywała jej świat. Tchnienie
czegoś wydarzającego się teraz, jak imiona
pisane na zaparowanym stole, pozbawione całości
niby świergot drozda z zaświatów. Płatek śliwy
zawisły na gałęzi.
poza kadrem spierzchnięte języki; przykrywa nas nadmiar gry; śród liści śpiew drozda..
zgłoś
I cóż ja poradzę, że Twoje komentarze, są lepsze od mojej pisaniny?
zgłoś
nie przesadzajmy..
zgłoś
Dopiero na wiosnę. Jesienią zbyt dużo obaw.
zgłoś
Twoje wiersze zawierają jakąś tajemnicę. Ponoć to ważne w poezji. A Anna - stara znajoma :) Intrygujący, ciekawy wiersz. Kupuję! Pozdrawiam Autorkę :)
zgłoś
Tajemnicę? Ależ mnie ucieszyłaś tym komentarzem, Bosa. Chciałabym, żeby tak było. Dziękuję, i również pozdrawiam. :)
zgłoś
Wiersz w którym ja ojciec czuję dorastanie dziecka - tak czytam. Dzięki za dobrą poezję.
zgłoś
Każde czytanie jest ważne, uzewnętrznione tym bardziej. Dziękuję.
zgłoś
Udało się nie spłoszyć chwili :)
zgłoś
Czasem się udaje. Dziękuję.
zgłoś
Chyba coraz lepiej rozumiem Annę...I to nie ze względu na zbieżność imion :)
zgłoś
Cieszy! :)
zgłoś
zagladam i tu do Ciebie :)
zgłoś
Eva... :)
zgłoś