Jakby zawsze było więcej rzek, niż brzegów
Oszalała tylo raz, ale już jej tak zostało. Odrobina światła
rosła w brzuchu: mając niebo zbyt blisko, to jak życie po życiu,
w domku na drzewie. Konary i pień, niby zarys dogasającego
ogniska. Kilka zwierzęcych kości dyndających na sznurku
od świtu do mocnego słońca, żeby ją uwieść na sam wierzchołek,
przez przezroczyste skrzydła much. Musiała to komuś opowiedzieć,
lecz tylko poszeptywała, niby fale w spokojnym strumieniu: zdrowaś
matko, łanów pełna, uczyń mnie bardziej przejmującą — jak
każdą śmierć, jak nawoływanie z ust przerysowanych węglem.
nie każda śmierć, przecie..
zgłoś
Potrafisz sprowadzić na ziemię, alt.
zgłoś
bo nie umiem latać..
zgłoś
Od czego są sny?
zgłoś
wierzę, że to było retorycznie..
zgłoś
Nie pamiętam.
zgłoś
to nas czasami ratuje..
zgłoś
Mnie zazwyczaj.
zgłoś
świetny,przejmujący przekaz. w sam splot.
zgłoś
Dziękuję, milena.
zgłoś
zawszy i odniska?, jak zawsze przeczytałem z przyjemnością i szkoda że takie krótkie
zgłoś
Dziękuję za czujne oko. Moje, jak widać, już nie te. ;) [Staram się odchodzić od nadmiaru słów, ale przeważnie mi nie wychodzi. ;)] Pozdrawiam.
zgłoś
w takim razie nierozważnych kroków i rozwlekłości życzę :-)
zgłoś
I wzajemnie. ;)
zgłoś