Na fotografiach jest cały świat, ale nie ma na nich ojca.
Mogłabym odklejać go z papieru, aż stawałby się cieniem
nekrologu w małej rynience. Upał. Monochromatyczna twarz
matki jak z niemego filmu, w kłębach dymu. Ale wciąż jeszcze
jest w tej chwili. Uderza w pierś, a ślad tego szaleństwa ma melodię
kołysanki. Odtwarza powagę dziewczynki w białych rajstopach.
W miejscu, w którym rozchodzą się drogi, jabłonie już ją przerosły.
Rojąc ptaki, ich zwinięte skrzydła, wewnątrz krtań — werbelki serc,
jak porzucone istnienia. Tylko jego skóra, biała i nierzeczywista,
nie przez jej nagość, odbiera barwy jesiennym ziołom. Wiatr nimi targa,
szeleści, czas zamiera jak podpity facet. Okno wychodzące na ogród,
niczym okrawek mięsa. Maleje las pod krzyże Jezusa.
sedno pożera ostatnią klamkę..
zgłoś
Tak myślałam.
zgłoś
ciekawe rodzinne obrazy.
zgłoś
Ekfrazowe. Co nie zmienia faktu, że dziękuję za poczytanie i słowa.
zgłoś
Charakterystyczny dla Ciebie klimat, potrafisz sprawić, że czytelnik, czasem niespodziewanie dla samego siebie, odnajduje się nagle wewnątrz Twojego świata, nie czując się tam obco. Pomyślałbym nad środkowym wersem trzeciej strofy, to znaczy nad całym zdaniem, aż do kropki. Dla mnie nie do końca zrozumiałe ( krtań wewnątrz czego, kogo? ) - ale może czegoś nie widzę. Piękny wiersz! Pozdrawiam :)
zgłoś
Dziękuję Smoku. Bardzo sobie cenię Twoje komentarze, i ten także. Obiecuję, że poprzyglądam się wspomnianemu wersowi. Pozdrawiam.
zgłoś
czytam w ciszy..
zgłoś
:)
zgłoś