Przywędrowali tu podczas okupacji, z Tarnowa;
przyzwoicie mieszczańscy gorliwi katolicy.
Dziadek Kazik pieklił się na leniwych czeladników,
w zakamarkach Kryształowej spijając brandy
do nasączania ciast.
Na babcię mówiło się Blondynka, jakby jej platynowe włosy były
dumą całej rodziny; zawsze w ruchu, w wirze interesów i mężczyzn,
których dobierała sobie zależnie od koloru nieba, kursu dolara
czy aromatu kawy.
Mama nie była wcale to a wcale podobna do dziadka.
Mogłaby być naprawdę piękną żydówką. I nie farbowała włosów.
Nigdy. Dopóki całkiem nie posiwiała. Jednego dnia.
Podoba się.
zgłoś
Tak dla wiersza! Wymowna puenta -:)
zgłoś
Wow! Puenta mnie zabiła :D Po prostu genialne.
zgłoś
dobra historia, dobrze napisana, tyle ile trzeba :)
zgłoś
dzięki wszystkim za wizyty i "przychylności" :)
zgłoś
to w trzeciej linijce od dołu wydaje się zbędne. Tytuł mnie intryguje
zgłoś
jakies obrazy z moich zyciorysow obudzilo...
zgłoś