|
| Belamonte/Senograsta |
| PROFIL O autorze Przyjaciele (10) Poezja (309) Proza (15) Fotografia (7) | |
Belamonte/Senograsta, 12 września 2017
Spotykają się nie tylko wyobrażenia ale i rzeczy
ale może wyobrażenie jest rzeczą
wartość przypisana tkwi w nas
a więc nie wiadomo z kim tak naprawdę rozmawiam
i on nie wie tego o mnie
ale coś nas ciągle też urabia, nasze wyobrażenia też
więc i ja nie wiem kim się staję, ani wiem kim naprawdę jestem
czyż one oni mnie nie zużywają do swych celów
czyż wszystko nie ma planu i krwi
atomy też to robią - myślą
nie ufam oczom nie ufam zmysłom nie ufam myślom
czym był łopian dla Leśmiana
czym jest łopian sam w sobie
czym jesteśmy dla łopianu
bo jesteśmy dla siebie - w to wierzę
wsza i obłok Magellana
a pomiędzy nimi
godziny swędzące ciała pokłutych bydląt
i koniuszki palców ścigające wrażenie ulotne
kłótnie, szarpaniny na ulicy
podpatrywane ustronia w lokalach, a dalej..
pustka
Jak dziwna jest siła spojrzenia
ściągnięte rysy ożywia, kusi zmianą miejsca
i wizjami połączeń w wojnach ras i płci
źrenice się rozszerzają, garbią lub prostują plecy -
jestestwo niesamotnego ptaka w dżungli
Może powrócimy na oku atomu
na oczach atomów pędzących i pierwszych wież
rozglądnięcie się piasków na pustyni dało by krzyk
kto patrzy - jestestwa
i atomy są, deja vu, one powróciły
jak ciała same ich marzenia o innych ciałach
bezoczne stwierdzenia obecności w pustce
piękne wiary płatków róż i śniegu
bez obłudy czyste wyobrażenia
czyste śnienia obłoków i skóry
perspektywy zatracone
widzę osiągnięte
rozmowa z promieniem ostatnia
z tym jakim jest dla mnie, a dla innych czymś innym
więc kontakt zatracić z duszą to najgorsze zło
ale taka rozmowa z promieniem samym w sobie
to przerwa w byciu, przerwa dziecka płodu snu rośliny -
bezoczna
lecz i wtedy żyje rozmowa gdy wstajemy świadomi
świadome błądzenia konieczne
kłamstwa dni zanikające w prawdziwych walkach i miłościach
Belamonte/Senograsta, 11 września 2017
owe uniki i sprzyjania sobie ludzkich ciał
to coś innego - sieć - niż zderzenia kul bilardowych,
ale czy aż tak bardzo
ktoś wychodzi do pracy popchnięty przez konieczność
dociera do swego bezcelu omijając wschody i zachody słońc
omijając lustra, ale popychany spojrzeniami
myśli otoczka gra biegnie pomiędzy nami
w książkach, w ekranach słowa się zderzają
my i te nasze wyobrażenia czegoś chcą
kamień na drodze w moich oczach
trudno orzec który z nas bardziej stanowi o sobie i o drugim
on wydaje mi się narzucać z większą siłą niż ja jemu
zawsze echa zderzeń, zawsze iskra
sieci pajęcze spojrzeń przenikają się jak babie lato
jak tygrys przeskakujący przez płonące koło
ściśnięta pięść, zbiegły się w gruzły żył, połączyły
głowy, słowa, słońce, napój miłosny
życie jest śmiertelne, śmierć jest żywotna
dopełniają się zmysły, usta, atomy, grawitacja pragnień cząstek
splot w Lewiatana i w Tristana i w Izoldę
i w wulkan
obsiadły motywami wojny
zakwitły za lat tysiąc Mesjaszem i rajem
wyprzedziły i zaczekały na tłum
gruzła znaczeń, jak robactwo
wokół pustki
rozwinięta wokół nich otoczka
Belamonte/Senograsta, 10 września 2017
kamień ma przeszłość
rozmawia z dłonią zdobną w miecz i dłuto
jest użyczeniem piersi niewieście
procą w jakiejś wojnie
konaniem wiatru
czeka od dawna na przylgnięcie brzucha jaszczurki
na włączenie w ołtarz, na troskę..
podróżnik, rozpustnik, dopełniony wyobraźnią
zbiegły niewolnik i sędzia, treść snu
wiek jego sugeruje młodość
jeszcze nie dołączył do rozmów na swój temat
nie rozpadł się
wydaje się pociągać za sobą konieczność istnienia
wielu rzeczy, kamieniom obcych, gwiazd bliski
popychany w kierunku swej czarnej dziury, matki kamieni
przez kosmiczny wiatr, uciekający od jednej mgły
do mgły przyszłości, wciąż piaskiem broczący
na darmowej wycieczce obrazów zdarzeń
z kamienia lecą iskry na wszystkie strony
dochodzą w cele bezdusznych widm
w ich ruchu się roztapiają
śpiąc przechodzi przez żyły, rodzi się, pocałunki składa
przerwy wypełnione brakiem oddziaływań
pomiędzy gwiazdozbiorami rozsiane znaki przestankowe
to tylko iskry oczu, iskry kamieni
złudzenia narodów, wielkie motywacje
cele ostateczne wielkich nazw - ewolucji, ruchu mas
zamknięty sen, lot, noc, dzień
ziarno
Ta iskra to marzenie w świecie bezdusznych popchnięć
To ogień narodów
Belamonte/Senograsta, 9 września 2017
zjawisko pasmo jeszcze drzew
nieruchoma opaska na biodra lub taśma na czoło
na linii szeroko rozpięta, klarowna
wchłania ruchy
obserwuję to z nogą tkwiącą pod lodem
niebo odbija się w jeszcze wodzie
woda odbija się w niebie
nic nie tłumaczy zjawiania się tych trzech
ziemi nieba i wody
ziemia wyrosła pomiędzy nimi
a raczej to drzewa wyrosły pomiędzy nimi
nie sugerują ziemi,
drzewa sugerują ucztę dla umysłu
wstępują w oczy
potem już mocno nienasycony
tym pasmem spłowiałej zieleni
wydostaję się i idę na piwo
trzeba zachować to ciekawe przeżycie
nie zapomnieć tego spokoju
braku wynikania
braku miejsca dla siebie
nieokreśloności siebie na obrazie
chwili buntu protoplazmy
i za chwilę powrotu pomiędzy te drzewa
w to ich rozdzielanie klarowne
zanikanie punktów koncentracji
luki w karmie
gdyby nie faza bólu przez którą musi przejść
każdy organizm gdy się rodzi, umiera, zakochuje i budzi
to mógłbym utonąć już teraz, opaść na dno
a ten duch, mgiełka z dziecięcych rysunków
bo chyba tylko tak mógłby on wyglądać
osiadłby na tych drzewach, stał się treścią widoku
rozpuszczony
Belamonte/Senograsta, 8 września 2017
Jeszcze przed miesiącem miałem szansę powrotu do starego bezpiecznego siebie
porwała mnie ta klatka pod wpływem cudzego krzyku
i wygnaniec osiadł w ciaśniejszym M ciągle jeszcze jeden.. przyzwyczajenie,
egzystencjalna konieczność
..a ona gdy pełznie w powietrzu i wyrzuca hausty
gdy fale niewidocznego morza przenoszą ją poza siebie
porywają i choć ginie to się wynurza wciąż dalej od brzegu spojrzenia
przeniesiona nad sobą, rynsztokiem, obozem, poza siebie przez fale Erosa
które ciskają ją gdzieś w czeluście wulkanu
w nocy o skały i gwiazdy
nie czuje nigdy zniewolenia, znika jak żagiel na horyzoncie
opada w kwiecie westchnień na brzegu spojrzenia więźnia
w swój staro nowy ubiór siebie samej
Belamonte/Senograsta, 7 września 2017
Nie wiem gdzie zamieszkało słońce
w czyim brzuchu się odradza
podświetla łabędzia i drzewo będąc ich życiem
krzakiem gorejącym ciała
wszystko odbija jego lot
jest lotu chwilowym skamienieniem
wyrazem słowem życia
spotkaniami by przelać z ust w usta grzeszne
święte piękne złe czyny
tego anioła upadłego która błądząc
dochodzi do prawdy
stare struny rozpadające się w promienie
kształty uczuć w poezji rozpryśnięte
wędrują wzbogacone
drogi światła
element wnoszący zmartwychwstanie
wyraz do twarzy
ogólniki i powszechniki z ciał miliona i nienawiści miliona
z wylanych łez
osoby i wartości w społecznościach mrówek i ryb
pomiędzy listowiem w perspektywie okna
moje oczekiwanie
okno - znaczący rekwizyt życia
Ona tu nie przyjdzie
nie wypełni mnie światłami
grzęźnie w pyle zagrzebana matka
odbita we wszystkim, daleko odrzuca mnie
pewnie szuka okazji by się zapomnieć
choć przekonuje o swej cnocie
Prawie nigdy do końca się nie zapomina
Tylko już czasem gdy nikt nie czuje jej bólu
Wszystko ją atakuje
podłogi, suszarki do włosów, dzieci, motocykliści
Jej własne nogi, lęki, piwo
niosą ją pod samochód,
by mogła zmarnować kolejną szansę,
a potem płakać i chcieć współczucia
Tylko śmierć może ją uspokoić
nie szanuje się
nasze podobne piekła zaprzyjaźniają się
bariera moja czy jej
Rozkosz tej słabości zawstydza ją,
tego nie może zabraknąć
i twarz ukrywa,
takiej twarzy się nie pokazuje
Wtedy się oddala, spełnia kieliszki
nie spełniając obowiązków miłości
lekceważąc wszystko
wesoła dziwną wesołością
życia swego szukając
już całkiem bez dokumentów
ale z oczami wciąż nieobecnymi
bez życia.
Belamonte/Senograsta, 6 września 2017
może kiedyś została mi przekazana tajemnica
wyszeptana i zdradzona liściom komuś czemuś
przez łzy przez siostrzyczkę
gdy o bramy bólu łamałem kości
szeleściło złoto w blasku ogniska
płynęło ciało przyszłości przyjaźni
łez i szczęścia
odparowanych śmierci duszy
obojętności i dumy
odpychających rąk i spojrzeń
uwolniona łabędzica
przyjaźń bez miejsca na Ziemi
miłość i zawód mojego taty
nie chcę pieniędzy, nie chcę od was niczego
nigdy nie złapie już nikogo za rękę
o pewnych rzeczach nie trzeba było śnić
tylko je robić
czekałem na start
pamięć ćwiczyłem od dzieciństwa
by sobie przypomnieć
słodki ciała jęk, syren nocnych zew
ogromu ból, wiosnę kolebki myśli
na Ziemi
pomiędzy liśćmi morzem fontanną i oczami
rozpięta tajemnica
odprężenia
pokochania się
przylgnięcia mchu
zamykania oczu
wygładzania twarzy
rysowania własnych kraterów na księżycu
linii papilarnych snów
życia
Belamonte/Senograsta, 5 września 2017
padając całuję liście
budząc się i zapominając oddycham
rozpaczając zbliżam się do ogniska
zbierając grzyby wącham wiatr
jestem na piętrze imiesłowu
rzadko schodzę na ziemię
podróżując teraz kimś trochę obcym
określam powszechną regułę
wznoszę się do nieba
obserwuję migoczące fale
i wpadam rozpędzonym pociągiem w przepaść
spadając zasypiam
zasypiając budzę się
albo śnię
niszczę wszystkie materialne dowody
jestem kimś innym pracując na poczcie
załatwiając w pośpiechu fizjologiczne potrzeby
nie znajdując u ludzi pomocy
piszę pisząc
umieram umierając
żyję żyjąc
albo nie
wziąłem swój przydział bólu
staruszkowi i dziecku nikt nie pomaga
dobrze czy źle, nie wiem
chwile są wyrwane z ciągłości
coś się dzieje od dłuższego czasu
wyjściem jest
radujący
ratujący śmiech
Belamonte/Senograsta, 4 września 2017
serce przebite strzałą
runa młodości
piasek w klepsydrze
runa starości
grudniowy wiatr pociągi i waląca dykta u sąsiada
runa świadomości życia i nocy
żeby słyszeć wiatr trzeba żyć
żeby czuć jak rozrywa ciała szalonych Chrystusów
trzeba mocy
żeby stał się ciszą
trzeba bezsenności
życie to sen
przebudzenie to kontrapunkty dźwięków w ciszy
nie żadna muzyka
a walenie dykty
rzężenie konających
życie to dobra śmierć z modlitwy
dobra śmierć to jedna z wielu dobrych rzeczy życia
to nie wyrwany ze snu
przez ciszę która jest włócznią pioruna
tutaj czeka wulkan a za wulkanem cisza czyha na sen
a sen to porządek zmysłowy słodka metafora
cisza statku w przestworzach anielskiej łodzi
do której się wchodzi gdy Ziemia się skruszy a ty masz bilet
i wchodzisz na dach żeglującego wieżowca z basenami
kortami i dupami które gdy masz trochę kasy
nawet sobie możesz złapać za dupy
ale ty tę łódź zostawiłeś
z tą swoją kasą szukając starych kamienic z dziwkami
do których nie masz już telefonów
tak zostawić wznoszący się pałac
schodzić z kolorów latającego wzgórza
w tą szarą niższość
powrócić w niepewność kołyski śmierci
pomiędzy mury rozkruszające się
pod wpływem wylewu ze źródła ciemności
gwiezdnej nocy
musiał by jakiś powód po temu
chciałeś własnej woli zasługi ceny
bycia zauważonym przez parę oczu
zarejestrowanym w kosmicznej świadomości
jednego stworzenia które ci się odda
ale potem w tym śnie znów szukasz latawca
i nie możesz znaleźć
nie ma powrotu do tych dup
a są zaułki bieg szpary w murach
z których wylewa się woda światło i mrok
słychać odgłosy konających
dobrej i złej śmierci
zbliża się moment rozdzielenia Ziemi
nadchodzi Marianna
w ostatniej chwili stajesz się kałużą
ręką rybą oknem ziemią sobą
w odbiciu i rozgałęzieniu
wody światło i mrok
to runa końca
szum wiatru stuk dykty szum wiatru stuk dykty
ssss puk uuuu puk puk sssszuuuu puk
Belamonte/Senograsta, 18 sierpnia 2017
Ośmiornica
Dzień jest ośmiornicą, pasieką wiatrów
Mam w sobie wroga z wijącymi się mackami,
któremu przy odrobinie szczęścia
może uda się jakoś wykręcić
Ten dzień wyciąga po mnie palące łapska co minutę
A więc lawiruję, a korytarzem co nie ma wyjścia
biegnie młodość
roześmiana bryła głosów chłopców i dziewcząt
otwarła drzwi i wypadła na słońce...
jak zwykle senna ściana
przyparła mnie do muru
coś mnie pochwyciło i wciąga do ściany,
gdy biegłem za tatą ciemnym korytarzem...
czekam na prześwietlenie głowy,
które jak zwykle niczego nie wykaże,
nie może wykazać
A moja młodość błąka się wciąż w tym korytarzu,
gdy czekam tu przygłuchy
na lekarza
Zagubiona polana
biją dzwony, dzisiaj wszystko ma znaczenie
wzywają do radosnego poznania Boga
co się z tobą dzieje?
dlaczego nie pomagasz ludziom?
wstań, na raz!
ja się nie żalę, bo kocham życie, ale...
może wszystko jest radosnym misterium
może właśnie kapłan odprawia mszę, gdy ja się zamyśliłem...
wiem jak wielkie to bluźnierstwo
stary przyjaciel podaje rękę
na polanie księżycowej byłem i nie
na polanie ze snu -
milczącej, żyjącej, oddychającej, mówiącej inaczej
zagubionej i odnalezionej ponownie
cisza, księżyc śle promienie
to ja
sam słuchałem mszy
potok przeciął jej ciało
rozbił na tysiąc kawałków promienie księżyca
z lasu wyszedł wilk
czekałem na niego
ma mi coś ważnego do powiedzenia
to ja
tak mówi do mnie wszystko
krety wychylają łebki z ziemi
ptaki milczą
świat nieobojętny
zagubiona polana
przez wszystkich zbrukana
leży pokonana -
To śmietnisko
-
- Pomóż mi doktorze.
- Zresztą nie. - To ja powinienem pomóc Tobie.
Przystań
przystań na rogu
w niewyjaśnionym zamiarze
przy ich milczącym współudziale
bezwolne
powiew unoszący rzeczy
w pytającej, chłodnej ciszy
czy ktoś za tym stoi?
zapytać to zniszczyć magię
ku przystani przepaści
Łabędzie
wielkie białe ptaki na horyzoncie nadziei!
zstąpcie spłyńcie na moje powieki
niech zamkną się podwoje szaleństwa
na wieki
swoimi litościwymi dłońmi
przybijcie mnie do krzyża cierpienia
ciosem w kark przerwijcie, z błyskiem litości w oku
agonie nic nie rozumiejącego
szyją wygiętą w uroczy łuk
białością skrzydlatych ramion
bezwzględnością swych ruchów
bezlitością dzioba
wężowym sykiem nagiej szyi
spojrzeniem podkrążonych oczu -
nic do mnie nie mówicie i nic do mnie nie mówiłyście?
Gospody płaczu
świty szaleństwa
gospody płaczu, opatrznościowi dziadowie i dziewczęta
ptaki, które znają twoje myśli o poranku
i płaczą z tobą aleje
w ciebie biegną labirynty, wschody i zachody słońc
gdzieś na stronie zgubiłem magiczny klucz do mojego życia
wiosna, która błądzi z tobą po strychu
i odkurza bruzdy obrazów
szukamy, na pewno widzieliśmy coś
co umknęło naszej uwadze
a było dowodem na istnienie Boga
pociągi lipca gnają przyprószone kwieciem akacji
żyją
nigdy się nie zestarzeją
wszyscy bliscy już w nich są
i z dziś i z wczoraj i z jutra
i ze snu i z jawy
Maczuga
to będzie moja wirująca maczuga
sto świec wbitych w gniazdo os
zasklepia otwory, dopala się
do góry nogami płonąc i po bokach
ruch ognia w kierunku centrum, dymu do góry
stearyna kapie i czego nie porwie otchłań
będzie uchwytem
Do śniącego
Bolesne przebudzenia ze snów bardziej pięknych i realnych niż życie
Spójrz wbity w poduszki. Oto słońce,
a ty jesteś martwy, milczysz
śpisz i śnisz piękny sen o lecie
pogrążony w nim całym sercem
Martwisz się, że cień gór na jeziorze
stoki, mały pełny ryneczek, karczma
rzeka, śluza, wędki, butelka wina
dziewczyny w krótkich sukienkach
ciała, które jestem gotowy zaczepiać
ciała gotowość na życie
zostaną stłamszone po przebudzeniu
Usłysz, to wiosna woła mnie
słyszę ptaki co śpiewają dla sztuki
by torturować nienarodzonych aniołów
Chcę wieść życie anielskie
Anioły są pierwsze, dopiero zawiedzione
zamieniają się w demony
Rycerze świtu
To życie to krwawy korpus bojowy
legendarnej armii
Owieczki niewinne wiedzie na zatracenie
spokojna rzeczka wśród palm płynąca
szamotanina z własnym cieniem, wspomnieniem
i duszność i zamknięcie
To ułuda myśl o niej na palu, o jej rumieńcach
to mgła opadająca z pola widzenia
odsłaniająca baterie, poranione działa, perspektywy
kości przejechanych pijaków, szkła, rozbite samochody
i jej uśmiech drogi
O jak grzeje mnie myśl o niej, jej obraz
wypełnia mą pustkę od dni paru
Kruki kołują nad równiną
podróżnicy podpalają lonty
Rycerze świtu obudzili się w oddali
pozakrywali oczy na czerń nocy
na łachmany na ulicach
na opuszczone zgwałcone armaty
na pustych chłopców i głuche dziewczęta
na zaciskająca się obręcze na skroniach
na zgniłe odpadki sensu i kukurydzy
odwrócili oczy i pędzą
rozpatrzeni w muzykę ze swych głów
zanurzeni w głuchoniemość
Trud rozpoznania rysów rzeczywistości już ich nie dotyczy
Orfeusz w piekle
Gdy nie mogę się ruszyć, to wspomnienie poprzednich wiosen
utwierdza w niemocy
Już kończy się maj
bunt świtu po nocy
rozdeptane robaki
dzień przetacza się srogi po zaułkach miasta
przez głowy pijaków
od rana do nocy
Zanurzam się w jej ciepło
to niezbędna dawka
to nowy narkotyk, może to nie narkotyk
Ona się nie dowie, nikt się nie dowie
Kurwa, chciałbym ją dotykać, pieścić
Z myśli o trupach i potykającej się aktywności
do łagodnej rzeki, spokojnej czy burzliwej
nieważne, ważne że niezakłóconej
Zawód poety
Poeta w bezsensie pichci sens,
swoją rozpacz podaje na półmisku.
Potem płacą mu za to, czuje się normalny,
jakby to było wytwarzanie jakichś nakrętek,
części maszyn. I tym to jest, ale...
I potem pan doktor od poezji
wkrada się do łask bezdusznego urządzenia
tego świata, ze skłócenia z którym
narodziła się jego twórczość.
Jego rozpacz już nie jest rozpaczą,
jest już poezją i teraz wystawia ją na sprzedaż,
jak towar, chucha na nią, by się podobała,
była jak najbardziej głęboka i piękna.
Ale to jest już martwe. Taki poeta zdradził ludzi,
zdradził siebie, swoje cierpienie.
Nie jest grzechem czuć się lepszym,
grzechem jest tego nie mówić ludziom.
W węźle
co chwilę spryskiwanie się wodą lub jej unikanie
raj utracony w bieli, spokój, pustka
oczyszczanie z bieli
zapadnia
podpieranie ścian
życie to głód życia
muszla wypełniona oceanem
zrywam w kółko obręcze
co na skroniach zakłada wiatr
przez most dążę
i siedzę w jaskini
wyciągnięte ręce modlitwy
to przedłużenie wycia wilka i konwulsji plazmy
okręgami studni przygnieciony wzrok
pijawki myśli na ciele
sprawdzanie stanu bielizny, pościeli
to pewnie nerwy się poplątały i zgubiły wątek
cięciwy gotowe wystrzelić w noc
w węźle duszy
nocy i płomienia, wrzasku i cienia, rzeki i lata, matki i kata
wina i przeciągu, gniewu i pociągu
kości i wiatru
w uścisku, w przeplocie, w locie
w przejściu
wasze ścieżki i moje skrzyżowały się
pośrodku tej figury tkwię ja
nad pustym brzuchem gitary
wyrzucającym dźwięk przy szarpaniu owych strun
aż pudło rezonansowe gitary serca przemówi -
życie jest przedłużonym umieraniem
Dojrzałość
Nigdy nie będę miał wieku
Jestem wieczny
Nigdy już nie będę stary, nie poznam życia
Wieczny szczeniak
Ale także ponure myśli, w wieku tym na ogół nie spotykane,
roją mi się już w głowie
Myśli o śmierci, stracie ojca, wojnie,
błyskawicach rakiet przecinających niebo
wiecznej monotonnej równinie bez końca
rzeczywistości co jest jak smród, od którego trzeba uciekać,
gdy rozrzednie opar snów
Niepewności Boga
Jestem więc stary
Ale jestem też dzieckiem
Dziękuję Ci Losie za ten nieokreślony wiek
Za nieśmiertelność
Mogę przemawiać do wszystkich
Bo naprawdę ja już się nie zmienię !
Niewidoczny brak... Pamiętnik Mordercy Życiorys... w ogniu rodzi się moja...
śmiech Mefistofelesa...
Niewidoczny brak wód
Piękne są ptaki o wschodzie księżyca. Wieczne są barwy naszych snów. Miły jest spokojny dzień i zakorzenienie. Brak zbędnych słów, tylko te najpotrzebniejsze: ” Kocham cię, pomóc ci?’’ itd. Także sztuka. Ale wszystko na spokojnie. Uciekłem wnet stamtąd. Ale przecież chyba nie miałem racji.
Potem szukałem odpoczynku. Długo, starannie układałem się do snu. Pisałem pamiętniki z podróży. Wynajęli mnie aniołowie bym nosił ludziom łzy. Wnet to porzuciłem.
Potem byłem adeptem sztuki. Spijałem łzy i krew z ciała Chrystusa. Biegałem za nim po polach. Ale Bóg okazał się być gnijącym kawałem mięsa. Tylko jego ryk przez wieki jeszcze po jego śmierci biegł za mną po łąkach, tych pełnych beztroski łąkach z dzieciństwa.
Ale teraz śmiech, teraz nic. Rzeczywistości na zawsze cię porzucam, nie chce cię już znać. Zresztą ja nie wiem , co to jest rzeczywistość. Będę chwytał sny.
Blokada (drzazga)
To ma być wesołe, że jakiś facet mówi do mnie jak do kretyna?
Wszystko tkwi we mnie? Wszystko tkwi na zewnątrz?
Gdzie jest drzazga. No we mnie. Gdzieżby. Ale dlaczego tkwi.
Dlaczego jej nie wyjmuję. Skąd się wzięła. Ze mnie, czy z poza mnie.
Tak i tak.
Nie to naprawdę nic nie pomaga.
Powinienem wyśpiewać wszystkie swoje potrzeby, o których milczę.
Witaj maszyno szczera
moja młodzieńcza depresjo
ludzie i pająki
wspólnie sobie ustalali obyczaje, powtarzali się wciąż, bo byli niechętni
pracy zapamiętywania, bo to jest blokada
Prośby (bramy bólu)
"proście, a będzie wam dane
szukajcie, a znajdziecie"
zdanie rozkazujące (palec wskazujący)
zdanie pytające (palec wskazujący złączony w kółko z kciukiem)
Dotrzeć do czegoś -
(wiele typów złóżonych rąk ku górze wyciągniętych
jak szczypce chrząszczy, grzebień koguta,
dwa jajka w podstawkach, piersi może)
zdanie życzeniowe
wyrażające pragnienie
jest piękniejsze
od wszystkich
innych zdań
Co tam rozkazy, pytania
oznajmiania, drwiny, groźby
Gdy człowiek składa ręce do modlitwy słyszę najczulszą muzykę, najodleglejsze wołanie
wyłaniają się z nocy kierunkowskazy na tysiące dni
szlaki, którymi trzeba iść
Prośba, Prośba tym piękniejsza im bardziej skierowana w pustkę
Dajcie mi jeszcze płakać
Pozwólcie mi płakać
Otwórzcie mi bramy
bym znów mógł płakać
Matko weź mnie znów na ręce, gdy jeszcze nic nie wiedziałem
Ukarz mi swą twarz
Niech będzie jedną z tych twarzy zobaczoną w chwili szczęścia
Niech to wspomnienie nie będzie się nadawało do zbrukania
Prośby, Prośby, Prośby
Idzie żebrak po prośbie i nie prosi, on o nic nie prosi
Ten człowiek niczego nie chce
Nie pragnie, no może tylko naszej śmierci, zemsty
A Ty moja miła, czy potrafisz naprawdę prosić
i wyrażać życzenia
Czy masz pragnienia
Czy przypadkiem nie posiadłaś mądrości?
Szkoda by było
Nie trzeba chcieć śmierci, trzeba chcieć cierpieć
trzeba chcieć żyć
Przewodnik (Wspólnota)
Wystarczy niebo ! – mojej wyobraźni,
noce i pamięć minionych dni,
w wieżowcu na Manhatanie, w samotności obcych wzgórz –
niebo.. i ta panuje –
wyrzeźbiająca pod zamknięta powieką :
rzeki góry nadzieje rozkosze zmartwychpowstania – cudze, moje własne,
takie same.. złudzenia, nie złudzenia..
Będą więc dziewczyny, oddechy pod wodą, pod wiśnią,
te same próby samobójstwa – co wczoraj? – pamięć podpowie
Sprawdzić czy oddychanie nie jest także tam możliwe..
Materac, stare ważki, koryto, spływ,
Ojciec czekający na odbiór przesyłki z wieczności –
Andrzeja ozłoconego przez odblask słońca w łuskach złotych ryb..
Chmury - one są moją pamięcią –
na równi z życiem pod niebem ceniąc życie pod powiekami.
Co jest tą aleją pełną drzew wysmukłych, którą widzę, gdy w maju słyszę gołębie –
pamięcią czy tęsknotą ?
A gdy jest rześki poranek, a ja widzę,
jak zjeżdżałem z mamą chrzestną i ojcem na rowerach,
ze zbocza góry w stronę rzeki i lasu –
to wspomnienie czy sen na jawie ?
A czym jest to wczoraj, sen, jawa, dzisiaj ? –
ojcem, matką, bańką powietrza,
iskrą światła odbitą w drobinie ze sreberka mlecznej czekolady,
zapodzianą w zakamarkach starego dywanu,
widzianego przez dziecko o poranku,
leżące na fotelu głową w dół.
Alkoholik życia (humoreska)
Jestem alkoholikiem życia, jedzenie mi szkodzi, życie mi szkodzi, muszę przestać jeść.
Wczoraj, kiedy jadłem obiad po pierwszym nasyceniu głodu, kiedy nie zdążyłem jeszcze za wiele zjeść, odczułem, że pokarm zaczyna zalegać w żołądku. Wtedy nie wycofałem się, ale zjadłem jeszcze jedną kromkę chleba z masłem i śledziami.
Myślę, że gdybym odszedł przy pierwszym sygnale napełnienia i gdybym nie dopijał przy tym herbaty to nie poczułbym przeciążenia.
A tak poczułem. Mogłem już zjeść tą kromkę, ale nie wypijać herbaty.
A może dałoby się jadać jako tako i nie odczuwać przeciążenia:
- gdybym nie smarował chleba tak obficie masłem, albo nawet w ogóle.
Wyeliminować masło.
Tylko suchy chleb do obiadu.
Jutro sam chleb, ser żółty, kiełbasa, ogórek.
Żagiel
coś plami mnie co kwadrans, to było wczoraj, przebudzenie
i ciągnący się ślad, a więc nie udało się zapomnieć
gdy rozwinięta w przeszłość płachta żagla zagarnia mnie ku przyszłości,
a znaczenia zabójstw i wojen i zachwytu nad deszczem co szepce
są szkieletem, osnową, wiecznością, światem Form
więc czy jesteśmy tylko maszynami,
i w którym momencie, jeśli to się w ogóle dzieje,
wybieramy?
podziemna sceneria cmentarzy
przeniesione natręctwa
pluszowe misie braku prawa do szczęścia
braku pewności, naturalności wyboru, zdrowia
macka lęku przed dotykiem czegoś do czegoś
macka wyrzutu
ale to tylko samce i samice,
numery, oczekiwanie na cios, grad -
to lęk przed Prawdą o sobie
Przeszłość jest bez dróg powrotu
zamknięta zgrana karta
Niepewność Boga - cdn. Dojrzałości
- myśli o Niepewności Boga
naznaczonej pięknym dramatem balsamu wiary
co może jest po trosze zwycięstwem, kłamstwem
gestem rozpaczy przed upadkiem w przepaść, ocaleniem godności
starzejącego się człowieka, który chce uwierzyć
- więc zaczyna wierzyć (subiektywny wytwór cierpiącego egoisty)
ale może tym sposobem odkrywa coś
co go łączy z innymi, co jest wspólne
a czego wiara jest tylko różnym (subiektywnym) symbolem
- w duszę jabłoni, sen, w reinkarnację
odrodzenie się w drzewie
powrót do niego każdej słonecznej jesieni – gdzie, kiedy –
toczy się mała rzeczka w kotlinie
po której falach płynąłeś do taty, pachniało siano
a na wzgórzu pośród drzew mieszkał rogaty, kozi bożek
Butwiejący rozkwit
Powoli dojrzewają czarne owoce – ciężkie, soczyste, kwaśne.
Rodzą się ze mnie, rodzą się we mnie, karmią się mną.
Chciałbym by zwiędły, ale ich korzenie sięgnęły dna.
Wahanie i niepewność to ich pożywienie.
Nie wierzę w przeznaczenie, ale są rzeczy które muszą się stać.
powoli płynie czarny smar
po rzece mojego smutku
wir skamieniały, rzeźba strachu
woda wraca do swego źródła
pamiętam lata szczęścia
– Zjedz ten owoc, niech płynie w twej krwi!
– Po prostu bądź mnie pełna.
– Nieważne co to przyniesie ci;
możesz posiwieć, cierpieć, bać się.
– Gdybym na świecie był tylko ja i ty, nazwałabyś to szczęściem
Nie ma nikogo, są tylko sny, melodie
świetliste przebudzenia
i piękne złe ogrody
Padniesz zemdlona, słodki wstręt
Chcę cię skrzywdzić; czy nie rozumiesz, że
kocham cię bardziej, gdy dusisz się? –
bo wtedy jakoś bardziej jesteś
czarne owoce są wieczne
nigdy nie spadają z serca
gdy wzejdzie ich godzina nie obronisz się
gdy przejdzie będziesz bliższy śmierci
a one będą w tobie tkwić, pokryje je kurz i pleśń
a jeśli jeszcze będziesz czuł, napełnisz się ich aromatem
by śnić kolorowe sny
Czarne owoce smakują mi, lubię je
Nie mogę ich wyrwać, gdyż straciłbym siebie,
okaleczył wszystkie warstwy duszy.
Ale kiedyś już nie będę w stanie
porażki przekształcić w zwycięstwo
i wtedy kurz i pleśń i wstrętny gad, co oblazł mnie,
ukażą mi swoje prawdziwe oblicze
Piękne jest życie! Spodziewam się wiele!
Jeszcze trzeba stworzyć świat,
w którym mogłyby żyć duchy.
Regulamin | Polityka prywatności | Kontakt
Copyright © 2010 truml.com, korzystanie z serwisu oznacza akceptację regulaminu.
13 stycznia 2026
sam53
12 stycznia 2026
absynt
12 stycznia 2026
wiesiek
12 stycznia 2026
AS
11 stycznia 2026
Sorrowhead (ex Cheval)
11 stycznia 2026
Jaga
11 stycznia 2026
smokjerzy
11 stycznia 2026
violetta
10 stycznia 2026
wiesiek
10 stycznia 2026
ais