Yaro, 18 october 2014
rozespany odwiedzam balkon
każdego dnia o poranku zapalam papierosa
świeży powiew uchylam drzwi
za parkingiem za drogą las otacza spojrzeniem
nad nim mgły kryją w koronach tajemnice
dzieli mnie kilka centymetrów od przepaści bez dna
na dole czai się czarny kot
co ma w głowie co myśli pchlarz
modłów nie wznoszę tych sam wciąż
wąż czeka by skusić
bóg we mnie mieszka wiem to z pacierzy
co wieczór nawiedza mnie ktoś
mą dusze słabą chroń
wiara co we mnie zamieszkała twarda jak skała
w moim zamku strzeżonym przez ptaki leśne zwierzęta
z ust dobre słowo każdemu i temu z boku
ciepło w dłoniach niosę
łza po policzku miłością płynie
znaczy drogę wąską do zdobycia
w sercu zakwitło dobro zielona latorośl
płoną myśli drogie
nie zapomnij mnie boże
jestem zwykły chłopak z bożych stron
zakwitam wiosną latem plon zbierze
jesienią złotym liściem spadam lekko
krajobraz przypominam
góra wielka
kijem zmierzony wiklinowym
jak kosz zapleciony
idą dni idą słowa za nim postać uboga
duchem bogata choć choroba jak zmora
męczy nie ma spania noc dręczy do świtania
Yaro, 18 october 2014
chłodne dni przyjdą okryją płaszczem ziemię
niepokój ogarnie osłabną wielcy
istnienie nieskończone dąży krok po kroku
zanurz się w wodzie życia
zniknij z przestrzeni
spójrz w głębię odważnym wzrokiem
nie uwierzysz w słowa proroka
pokój pokój przyjdzie wielkie zniszczenie
wojna wypali sumienie
spopielałe włosy zmarszczone skronie
słabe dłonie cienkie jak liście jesienne
kruche spieczone obojętne
serca obolałe od nadmiaru uderzeń
nie ma gdzie się skryć piekło wszędzie
smród ogień palone mięso płonie
wyryłem na brzozowej korze
mieszkał tu kiedyś człowiek
Yaro, 16 october 2014
gdyby nie palce u dłoni
nie zliczyłbym nocy we dwoje
dodaję mnożę przerażony
skąd siły czerpią wodę
wypatruję poranka nie mogę
krążą jak sępy wygłodniałe
w obie strony zmiennym wektorem
nienasycone noce nieprzespane
wykorzystane okazje
nie mszczą świtaniem
rozświetlone rozśpiewane
uciekasz ode mnie zadowolona
zachodem słońca jak gołębie do klatek
powracasz zakręcona zielona kochana
od nowa miętoszę słowa
makaron na uszy muza w betonach zadowolona
Yaro, 16 october 2014
oderwany od rzeczywistości
idzie wolno ciemną stroną syn ulicy
w głowie myśli niespokojne
pragnienia niezaspokojone
rysunek na murze
przykuwa tępy wzrok
dorysuje strzałę i wielkie D
będzie okey
w kapturze chowa głowę
by ciepło w czaszkę biło
z głupotą nie wygra
nikt przy zdrowych zmysłach
każdy unika takich miejsc
na murze rysunek
przykuwa do muru tępy wzrok
dorysuje strzałę i wielkie D
będzie okey
idzie wolno ciemną stroną syn ulicy
w bramie kilku opryszków pali jointy
w ręku wino trzyma jeden z nich
ma nadzieje że przeżyje kolejny dzień
oderwany od spraw przyziemnych
rysunek na murze
przykuwa tępy wzrok
dorysuje strzałę i wielkie D
będzie okey
świat dziwny tętni nocą jak puls
krew w żyłach podnieca mnie
słowa wypowiada tylko gdy gniew
bez miłości sny umierają nad ranem
wyją jak pies przed spacerem
Yaro, 15 october 2014
dumam obok z samotnością
gościem moim smutki
sam z kieliszkiem wódki
zamykam rozdział o miłości
drwa płoną serce gorące
w piersiach dławi się bólem
włos bieleje
niespokojne myśli ochłodzone
w szarym płaszczu dziury
wypatrują oczy nieba dla siebie
wtulony w kołnierz aleją idę
park uśmiechnie się czasem
poklepie po plecach
daj spokój marzeniom wyznacz inne cele
w niedziele na ryby
zapraszam smutki i żale
Yaro, 15 october 2014
ulicami włączą się nogi
na nogach ludzie
z zakupami
z pracy
zabiegani wśród latarni promienie biegiem
w domach samotność przy stole drzemie
echo w duszy odbija miłość echem
sami pędem ale po co
zatrzymaj chwilę przed wystawami bilbordy wysoko
neony w kolorach wysoko
idzie grupami młoda sfora
miej czas na śmierć by pogadać wymiana kilka zdań
nawiązane kontakty na portalach oddalają słowa
na ulicy nikt dzień dobry nie odpowie
on cię zna ale w necie
bezduszny krajobraz zbliża się zmierz
na stole ciągle nic pustosłowie
strach przed końcem miesiąca
ulica zamiata wygania świtem autobusy
jedna trasa
ludzie zagubieni w labiryncie spraw
zagmatwani w pośpiechu dnia
Yaro, 15 october 2014
nie budź snów gdy nocą śnią
całkiem obcy
nie mogę spać
nie bądź jak spękany dzban
wody nie uniesiesz
jedynie w ustach milczenie
kolegom na pocieszenie uśmiech sprzedaj
w ciszy odnajduję siebie
spokój i natchnienie
na gorsze dni gorąca czerwona herbata
papieros na ustach nie wygląda dobrze
serca bicie nie napawa optymizmem
myślami daleko od domu
wracasz w każdą wolną chwilą
tutaj są pieniądze jednak brak
dotyku ciepłych kobiecych dłoni
spracowane słabe niezastąpione w domu
Yaro, 14 october 2014
ciężkie krople jak łzy
moczą szyby białe parapety
w ogrodzie kwitną czerwone płatki zwinięte
rozety kolorowe jak myśli zielone dywany
błądzisz po głowie zbłąkany
w oczach niebo przychylne
układasz na stole słowa
zabawnie ściskasz dłonie na głowie
rozmyślasz wzdychasz kochasz
chwile nabrzmiałe pękają bańkami
naciągasz zegar stary kukułka zasnęła
ucieka gwiazda łamie próg horyzontu
blask głaszcze serca bicia miarowe
list
na stole kompot wiśniowy
w karafce nalewka na zimne samotne wieczory
Yaro, 13 october 2014
nie zapomnę naszej miłości do grobowej deski
o kilka lat młodszy zacięty waleczny
będę o nas się modlić
nauczyłem się tęsknić
z aniołami śpiewam każdej nocy
cierpliwość prowadzi po krawędzi obłędu
nie ma żalu pytasz -dlaczego?
ktoś z nas musiał nawalić
ktoś myślał inaczej
czas mści sytuację niewykorzystaną
teraz idę spojrzę na zdjęcie usnę
przyjrzyj się w lustrze stoję z boku
spotkamy się w innym wymiarze
gdzie nasze gwiazdy będą świecić która mocniej
linia życia patrzy w oczy
nie walczyłem do końca
wyłowiłem cię od los
podarował miłość młodemu chłopcu
Yaro, 13 october 2014
świergotem słów
sroko rozmowę naciągasz
dzięcioł na drzewie
kurczowo pazurkami się trzyma
ostatkiem siły kornikowi głowę urywa
las życiem płonie tej jesieni
spacer szelestem liści i wszystko zapominasz
nie patrzysz na zegar czas w miejscu alejką umyka
złodziej chowa w kroplach rosy skarby chwili
nie uciekaj ode mnie zostań na moment
trawy spieczone
słońca promieniem
rozświetlone półmrokiem przechodzi obok
idę wplatam miedzy nas rozmowę
widzisz kochana las jest sam a nas przybywa
z każdym krokiem nowym rokiem
odejść chciałaś tylko dokąd
przy mym boku dotrzymuj kroku
czas zgarbi ciała wspomniesz tą historię
zabiera mnie kostucha zdrowie nie to
wnukom o mnie opowiesz
w szpakowatej głowie zapisane chwile
w zapachu leśnej konwalii
Terms of use | Privacy policy | Contact
Copyright © 2010 truml.com, by using this service you accept terms of use.
10 february 2026
Jaga
10 february 2026
nieRuda
9 february 2026
wiesiek
7 february 2026
wiesiek
6 february 2026
Jaga
6 february 2026
wiesiek
5 february 2026
wiesiek
3 february 2026
wiesiek
30 january 2026
Jaga
23 january 2026
Jaga