|
| |
|
ALL WORKS
Poetry (109) Prose (3) Diary (57) Photography (25) Graphics (1)
Postcards (2) About me Friends (64) Collections (1) | |
Zmiana sposobu prezentacji
wygrywać serce nocą to takie proste
w czasie słuchania starych płyt winylowych
na ścianie dostępna złota kolekcja brekałtów
o świcie jest jeszcze ciszej może dlatego
że spacerujemy gdy inni zajęci śnieniem
a dotyk mroku ucisza drżenie sekwany
marszcząc brwi deliberujesz nad marzeniami
pod mostem marie nadstawiam chętne ucho
wieszasz kolczyk księżyca przywołując pełnię
wiatr podwiewa sukienkę mówisz marilyn
uśmiecham się tajemniczo nie zgadujesz
że zostałeś ojcem szkoda to takie ekscytujące
najpiękniejsze myśli są w fazie embrionalnej
są lejtmotywy których nie dotykam
nie drapię zbyt kruche
lubię transparentność ciszy
przenikasz wypełniając sobą
czekając na listopadowe leonidy
widzę jak skubiesz brwi
niczym wstający dzień
ciemniejsze rubieże nieba
przymuszając by świt nastał
stopy wciąż skierowane na zachód
nie znajdziesz w tych oczach
dziewczynki bez zapałek trudno
poczekaj trochę niech noc zaśnie
spójrz wraca im blask dnieje
przesuwasz krzesełko na wschód
w wazonie strelicje przestają
przypominać skamieniałe origami
rajskie ptaki rozkładają skrzydła
szybując przebijają gęstą mgłę
znajdują przejście na drugą stronę
podobno w wazonie szybciej umierają
obudziłam sierpniowe perseidy
zapominając o kwadrantydach
styczniowych przepraszam nie
(...)
--- full text ---
***
dom gryzą mole
ćma znowu składa skrzydła
w kornej modlitwie
***
plotą warkocze
naga brzoza na wietrze
ze wstydu szlocha
***
srebrzysty kolczyk
zakochany księżycu
znajdź swoje ucho
nie byłeś jedyny w wykonywaniu kocich ruchów
Kobieta nigdy nie jest tylko kobietą...jest też, a raczej przede wszystkim, mężczyznami,
których miała, ma i mogłaby mieć. Żadnej nie da się zrozumieć bez nich… *
piję nero d’avola rubinowa sukienka w kieliszku unosi się zapachem śliwek
smakuję prosisz do tanga starej gwardii przez cabeceo patrzę prosto w oczy
zbędny dialog nie potrzeba słów tylko turyści się gubią w różnych buenos aires
jedwab koszuli spływa czernią po czekoladowym torsie nęci miękkością usta
unosisz lewą rękę lekko przyginając poznajesz mnie po oddanej dłoni palcami
prawicy zagarniasz zamykając delikatnie w ramionach stawiających gracko opór
tańczę już choć teraz dopiero docierają do mnie dźwięki bandoneonów odwiedzione
przez łokcie oczy patrzą w tym samym kierunku jedyny kontakt na wysokości przepony
nogi zbyt silne mała powierzchnia zbliża kroki równoległe nie prowadzą do spotkania
poruszasz mnie w czasie aby pokonać tę smutną myśl którą tańczymy nie znając
zyskujesz łabędzie sekwencje ruch przeciwny do wskazówek zegara oznacza długie
życie nie sposób przez nie przejść w tych samych butach i to w dodatku na obcasach
potrzebuję zrozumienia
*„Mężczyzna, który tańczył tango”- Arturo Pérez-Reverte
dobra podobnie jak genów nie sposób wydłubać
niebo tamtego dnia nie mogło zdecydować się na kolor
potrzebowało czasu tak jak ty by zrozumieć konieczność
bólu tegorocznej wiosny słońce zza chmur wyglądało jak
srebrna ostryga wiatr milczał niczym owce idące na rzeź
przyszło nieuniknione szarość zagościła na dłużej
pamiętaj ani teraz ani potem gdy nadejdzie czas
nie panikuj każdy dzień przeżyj normalnie postępuj
zgodnie z etalonem przechowywanym w sercu
człowieczeństwo ma się w nim dobrze a nawet lepiej
niż ty sam bezpieczniej niż w sevres ktoś je zasiał
zakorzeniło się wypuściło pędy zakwitło pachnie
tuberozą i tobą ogrodniku czuję nie zdołasz zaprzeczyć
pielęgnuj przyleci motylem nie chce straszyć ludzi
albo przyjdzie obutym cieniem byś po sposobie stukotu
obcasów mógł rozpoznać wyglansuj szpice niech lśnią
od gwiazd lub zapal zapałkę nocą na balkonie jak latarnik
rozpoznasz będzie tak blisko że bliżej nie można
najpilniejszemu z uczniów należy się nagroda
o zachodzie słońca zobaczysz chłopca z konopną
(...)
--- full text ---
nie musiałaś przyprowadzić do ogrodu bajek by częstować
gdzieś w głębi domu ukrainka anna śpiewa wesołą dumkę o starości
w kuchni ciemno pusto zimno w stajni kare konie rzeźbią rżeniem
ciszę wiosennego wieczoru z trudem wspinam się po stopniach
strome drewniane schody trzeszczą pod naporem niepokoju
zaglądam do sypialni przez dziurkę od klucza zwykle trwał film
dla dorosłych telewizor milczy płomień świecy drży na ekranie
przybywam by zamknąć drzwi za dzieciństwem mocuję się
szarpię stare i nienaoliwione płaczą z bezsilności wyrzucasz
że nie myślę o bezłzawych z natury chwytam zimną dłoń
przyciskam do ust przekazując gorączkę proszę o jeszcze jeden
spacer nad wodospad wilczki do kościółka na górze iglicznej
milczysz skrzypce rzewnie łkają krople tańczą na policzkach
biegnę teraz już mogę nikt nie śledzi prócz zielonych oczu
jałowców wśród korzeni i gałęzi drzew domki miłości
przycupnęły obok siebie niczym jaś z małgosią przed laty
wieczne sieroty odurzone ciepłem tamtego mleka
ujrzałem cię jako nieokreśloność która nie znosi sztywności
Kobieta urodziła sobie mężczyznę. Mężczyzna jest jej tylko przydany. *
delikatna biel kwiatów rumianków skrywająca jasną postać
letni kapelusz trilby wepchnięty w kieszeń lnianej marynarki
czułość cierpliwość łagodność kontra pobieżność gwałt żądza
w świetle poranka burza włosów do kolan pod nią nagość
alabastrowe łydki kostki i stopy w czerwonych baletkach
nieobcy błysk flesza pozowanie wyssane z mlekiem matki
osobno a jednak razem czerwonokrwiste paznokcie
oddzielające płatki kwiatów od słonecznego środka
kopiec usypanych pierwszokomunijnych coraz wyższy
po obu stronach obiektywu niezrozumienie w chęci poznania
ułamki sekund dryfujące niczym pyłki w promieniach słońca
liczby przesłony zamykającej się jak ostrza wokół źrenicy aparatu
w akcie tworzenia nie tylko ciało stało się swoją własnością ale
pamięć wyobrażenia marzenia pobiegły nieuczęszczanymi szlakami
obdarzony łaską patrzenia podążasz za nimi tajemną ścieżką
(...)
--- full text ---
tu filmu nie będzie zbyt polski
„największą w życiu mądrością jest kochać z wzajemnością”
urodziłeś się w rodzinie silnych kobiet nie miałeś szczęścia
bo bez czepka mężczyźni zbyt wrażliwi nieprzystosowani
mama nazywała marysią nie znała ideologii gender chciała
byś wygrał z życiem nosiłeś długie włosy i różowe pajacyki
dziś stoisz przed lustrem widzisz to co czujesz w majtki
nie musisz zaglądać córka pyta tato czy ty zrobiłeś kupę
zakładasz szlafrok żona strofuje udało się poza tym nic
co z tobą przestań się mazać jak baba chłopaki nie płaczą
bądź prawdziwym mężczyzną zaciskasz powieki zajrzyj
w książeczkę wojskową albo w płeć mózgu albo sprawdź
na afiszu bilety wyprzedane brak polskiej dystrybucji
premiera anulowana masz wybór mars albo wenus
najpierw wypędź z siebie dybuka joanny d'arc
a potem już tylko wybacz matce i pokochaj siebie
*J. Kolski „Egzamin z oddychania”
nie potrzebuję chusteczek spod ściany płaczu
piszesz o trzech cywilizacjach pytasz czy widzę związek historii
z treścią religii anioły odcięły skrawki alb przysłoniły twarze
nikabem połowicznym na głowach złote jarmułki zamiast aureoli
nie odróżnisz jednych od drugich są w takich samych przykrótkich
życzysz wesołych świąt tego by w nadchodzącym roku życie
zechciało układać się po mojej myśli miłości zdrowia i miłości
wyjazdy przyjazdy odjazdy kiedy nie chcesz nie wiesz co to lęk
umrzesz młody tysiące kilometrów w śnieżycy jak ruski człowiek
nie odbijasz starych palców na czarnych klawiszach fortepianu
tylko mrużysz oczy i odciski znów młode słońce utrwala w bieli
w śniegu pod palmami ślady bosych stóp a może sandałów lub
piór z opadłych skrzydeł w czasie medytacji brak komercji
jeszcze wypijasz wiadro wódki jeszcze osiemnastce kręcisz w głowie
jeszcze nie umiesz składać wierszy to takie niemęskie jak twierdzisz
gdybyś nie podążał do jerozolimy by pisać telefon nie dzwoniłby
wieczorami nie pytaj dziś nie potrzeba słów graj na harfie i cytrze
przywieź mi gwiazdę betlejemską mirrę złoto kadzidło i uśmiech
(...)
--- full text ---
„Albo będzie z niej wielka duma, albo wielki wstyd”*
końskie kopyta rozniosły jesienne błoto zabryzgane
zady przyprószył pierwszy śnieg nastał czas tęsknoty
głodne wrony w grudach ziemi szukały hiobowych wieści
skrzypki umilkły harfy zawisły na topolach tabor zasnął
patrzyłaś w ognisko skry strzelały prosto w niebo
cygańska poetko zaśpiewaj a capella pieśń o leśnej miłości
załóż spódnicę z kwiatów przystrój uszy kolczykami ze złotych
dębowych liści włóż serdecznik na pięć palców jak rękawiczki
ozdób przeguby kastanietami wygrzebanymi z tobołka
niech dzwonią by nikt nie mówił że z kozich cycków
tańcz boso rozgrzej zmarznięte stopy zmęcz piersi niech
falują z czerwienią korali na wietrze jak złote łany zbóż
rozrzuć czarne warkocze dłonie unieś wysoko nad głową
modląc się całą sobą do księżyca i gwiazd wywróż sobie
szczęście albo napisz patykiem wiersz na gorącym popiele
poskładam każdą literę opłaconą skradzioną kurą
ostatni postój a ty tak pięknie nucisz o lesie o wodzie
(...)
--- full text ---
