16 december 2012

Archipelag

 
 
 
                                                
                                                       
         Instytut zwany Ibejotem ze względów bezpieczeństwa pobudowano na pustkowiu i otoczono betonowym płotem. W jednym z budynków  jest reaktor, najprawdziwszy, chociaż jedynie do celów naukowych.
        Mieszkałam niedaleko. Niewprawnie pisałam na maszynie, lecz dzięki znajomościom dostałam w Ibejocie posadę  maszynistki w biurze rzeczników patentowych. Rzeczników było  troje; Chojnacki, Maria i kierownik działu. Wystukiwałam  na maszynie opisy wynalazków,  a oni w zamian byli grzeczni dla mnie i traktowali mnie jak równą sobie. Czasami w wolnych chwilach ktoś się zwierzał. Znałam sekrety Marii. Opowiadała mi o swoim związku z pewnym adwokatem. Gdzieś była ta trzecia, może żona, wieczna udręka Marii. A ona owszem, zgrabna. I tylko oczy miała wyłupiaste, bo chorowała  na tarczycę. Towarzyszyłam jej w spacerach cierpliwie wydeptaną ścieżką między budynkami i wtedy mi opowiadała  o swoim utrapieniu.                                
           Do sekretarki działu, brzydkiej, przychodził czasem  brzydki chłopak. Razem zaocznie studiowali. Pragnęła awansować, więc swoje obowiązki wypełniała pilnie. Oczytana. To od niej pożyczyłam powieść Witkacego „Sześćset Dwadzieścia Dwa Przypadki Bunga”.
          Chojnacki się nie zwierzał, jednak wiedziałam o nim sporo. Skąd? Nie wiem. Jakieś aluzje? Telefony? Może. Co rano jadł parówki. Gotował je  w tej samej gęstej, przetłuszczonej wodzie. Nie wiem dlaczego byłam pewna, że ktoś, kto je parówki na śniadanie, kobietom nie może się podobać. Mimo to, kiedy gadał przez telefon z tą i ową, czułam zawiść.
         Wszyscy lubiliśmy kierownika. Miły człowiek, żonaty, z jakiś powodów  nieszczęśliwy. Należał do PZPR, bo musiał. Ale ostrożny, bał się. Szczególnie tego, by nie wykryto, że ma romans. Kobieta, którą kochał, obsługiwała ksero.,  Musieli się spotykać poza instytutem. Pokój z kserokopiarką nie był bezpiecznym miejscem. Chociaż on często tam zachodził. Rozmawiali. Widać ich było przez oszklone drzwi.
            Ja z inżynierem - nazywał się Dudziński - spotykałam się na posiedzeniach, które polecono mi protokołować. Zapisywałam szybko, co kto mówi, niezbyt dokładnie, w znacznym skrócie, nie miało to znaczenia, protokół bywał formalnością.
         Dudziński na zebraniach nie spuszczał ze mnie wzroku. Wszyscy to widzieli. Dla uczestników posiedzenia, było to chyba krępujące, dla mnie – nie. Co prawda nie był kimś, kto mógłby się podobać. Nieduży, siwiejący, ale na pewno bardzo męski. I bywał podniecony. To było widać. Oczy jak gdyby załzawione z uporem skierowane na mnie i rumieniec. Nosiłam wtedy spodnie dzwony i obcisłą bluzkę. Kiedy kończyło się posiedzenie nie spieszył się, nie wychodził i rozmawialiśmy przez chwilę, dość nieskładnie. 
         To, że pojawił się w naszym dziale, było zupełnie naturalne. Siedziałam właśnie przy maszynie w włóczkowej sukni przed kolana. Rozmawiał z kierownikiem działu i oparł się o moje krzesło. Właściwie nie o krzesło, tylko o mnie. Poczułam coś twardego i nagle zrobiło mi się jakoś dziwnie. Stał tak dość długo, gadał, gadał. Nie ze mną przecież, z kierownikiem. Ale nienaturalnie gadał, chaotycznie
         Miał żonę i dwóch synów. Ja również miałam dwoje dzieci i dla nich, co dzień, w  garnku woziłam obiad ze stołówki.
         Miejscem, gdzie mogłam spotkać inżyniera poza biurem był autobus. Zielone autobusy z logo Instytutu woziły pracowników z pracy i do pracy. Tu kwitło życie towarzyskie. Tu i na placu przed budynkiem głównym i stołówką, gdzie zajeżdżały autobusy. Niektórzy się spieszyli, wsiadali jak popadło, inni – nie. Bo dobierali sobie towarzystwo. Dudziński kręcił się w pobliżu, wchodził tuż za mną, dotykał przez przypadek tu i tam, a potem siadał gdzieś na końcu autobusu pomiędzy mężczyznami. Był ostrożny.
         Jechałam dwa przystanki. Wysiadałam i duktem leśnym szłam do domu. W mieszkaniu zwykle był bałagan, nie nadążałam ze sprzątaniem. Dzieci w swoim pokoju odrabiały lekcje, były spokojne, pilne. A potem jadły obiad, który przywiozłam ze stołówki i oglądały telewizję. Zmywając myślałam z lekkim podnieceniem; ciekawe jak to będzie, kiedy Dudziński zaproponuje mi spotkanie. Gdzie? W lesie, nad rzeką, czy w hotelu? To były tylko takie sobie rozważania. Mąż wracał zwykle bardzo głodny. Rozmowa na ten temat nie była zbyt przyjemna.
         Pewnego dnia, w Warszawie, dokąd jeździłam po zakupy, kiełbasę, pasztetówkę, a także, co się trafi, spotkałam znajomego, który pochwalił się, że dostał od kolegi „Archipelag Gułag”. Przeczytał. Czy mógłby mi pożyczyć? Pytanie było kłopotliwe. W końcu się zgodził. Na dwa dni. (Będę musiała czytać w biurze). Tak się złożyło, że Archipelag miał przy sobie z pietyzmem owinięty w  papier. Tytułu i autora nie było dzięki temu widać, a więc zaczęłam czytać już w powrotnej drodze.
           W biurze włożyłam książkę do szuflady. Szuflada była uchylona. Starałam się być dyskretna ze względu na kierownika działu. Gdyby się ktoś dowiedział, że czytam „Archipelag Gułag”, to on by miał nieprzyjemności. Musiałby stawić się u sekretarza, tłumaczyć się, potem udzielić mi nagany, a może nawet zwolnić z pracy. A przecież miał chorego syna i tą z ksero.
          Czytałam wiec ukradkiem. Na szczęście wszyscy mieli jakieś sprawy, głównie prywatne, chodzili tu i tam po korytarzu. Ktoś  czekał na maszynopis. Mówiłam, że narobiłam błędów i musze pisać jeszcze raz. Zerkając do szuflady przeskakiwałam akapity, które wydały mi się nieciekawe.
          Książkę musiałam oddać następnego dnia, po pracy. Pojadę więc firmowym autobusem do samego końca. Nie wzięłam garnka na obiady. A w ciągu dnia siedziałam w toalecie, kolegom skarżąc się na bóle. W ambulatorium dano mi lekarstwo, a ja wciąż miałam do przeczytania kilkadziesiąt kartek, ale i tak ostatnie strony będę musiała doczytać w autobusie
           Dudziński jak zwykle czekał na postoju. Wsiedliśmy razem. Nie było  wolnych miejsc, tylko ta ława, jak to w jelczu z tyłu, gdzie z trudem wcisnęliśmy się obydwoje. Siedzieliśmy blisko siebie i z konieczności udo tuż przy udzie. Ramię w ramię. Lecz nie objęci. Przytuleni. Początkowo nie rozmawiałam z nim, czytałam. Nieuważnie. Potem on zaczął mówić coś, a więc podniosłam głowę. Chyba wyznania. Nazbyt szczere. Zerknęłam w bok. Zazwyczaj w autobusie śpią. Ale tym razem sąsiad nie spał. Słuchał. A tamten szeptał o tym, co by zrobił, gdybyśmy ... i tak dalej. Cichutko chichotałam nie bardzo wiedząc o co chodzi. Szept był nieskładny jakiś, dziwny, nieprzytomny, a jego noga coraz bliżej mojej. Obecność ludzi w autobusie wprawiała mnie w zażenowanie. Jednak nie wstałam, nie odeszłam. To prawda, było tłoczno, chociaż po drodze ludzie wysiadali, były już nawet wolne miejsca, ale ja wciąż siedziałam obok niego. Jego wariacki  szept odgradzał nas od reszty. I wciąż czekałam na coś, co mi jeszcze powie.
            I powiedział.
           Wysiadał wcześniej, ja jechałam dalej. Nachylił się nade mną i to co miał do powiedzenia, powiedział bardziej składnie. Prosił, żebym myślała o nim  intensywnie dzisiaj, dokładnie o dziesiątej w nocy. Przyrzekłam, a on wysiadł. Wiedziałam, o co mu chodziło, nie jestem przecież taka głupia. Zrobi to z żoną punktualnie. 
          Oddałam „Archipelag Gułag” znajomemu. W szkole byliśmy przyjaciółmi, więc mi ufał, jednak trochę niepewny, wystraszony. Musiałam go przekonać, że czytałam w domu. W biurze? O nie. Jakże bym mogła. Skądże.                    
         Wróciłam późno. Nieład, dzieci głodne. Maż siedzi przed telewizorem w złym nastroju. Na chwile zapomniałam o danej inżynierowi obietnicy. Przedtem myślałam o tym cały czas stojąc w kolejce po kaszankę. Teraz ją odsmażam. I wreszcie mąż i dzieci  są zadowoleni. A potem razem oglądamy film. Prawie dziesiąta, dzieci śpią.
         A ja i mąż  kładziemy się do łóżka.
 
 
 
 
 
     
 
 
 


Florian Konrad,  

Jak zawsze u Pani- nuda. Błędy- np w włóczkowej...

report |

Wanda Szczypiorska,  

Nie wie pan jak się pisze włóczka? Proszę zajrzeć do słownika. Oto i wartość pana komentarza

report |

Florian Konrad,  

hahahahahahahahahahahahahahahahahahahaha mówi się ,,we włóczkowej" ot i wartość Pani komentarza hahahaha

report |

RENATA,  

fajne opowiadanie podoba mi sie

report |

Wieśniak M,  

'jakby nie było' piszemy łącznie chyba że' jak by' odnosiło się do sposobu, jak by tu pomóc np. :)- pozdrawiam :)

report |

alt art,  

no nareszcie..

report |

Wanda Szczypiorska,  

No to się cieszę

report |

AS,  

tekst napisany bez żadnego wysiłku; niestety - im mniejszy wysiłek, tym większy gniot

report |

Wanda Szczypiorska,  

Taaa.. Zemsta za to, że objechałam tak, aż trzeba bylo komentarz wywalić. Znam ja takich krytyków.

report |

AS,  

nienawidzę graficiarzy, to tyle; a komentarz jak był tak jest... no taaa... nawet się nie wie co się komentuje; rozumiem; taki komentarz można zamieścić pod dowolnie wybranym tekstem i zapewne ten pod moim nie jest ani pierwszy ani ostatni; a do Pani "twórczości" wrócę, ponieważ zdaje się Pani zapominać, że podstawową cechą wszystkich artystów jest umiejętność tworzenia

report |

Wanda Szczypiorska,  

A swoja droga nie spodziewałam sie tak dobrej i trafnej oceny ze strony ASa. To nic, ze nie taki mial zamiar - trafił w sedno. To opowiadanie pisałam przez miesiąc godzinami siedząc nad każdym akapitem, poprawiając dziesiątki razy. Jeśli na nim tekst robi wrażenie napisanego bez wysiłku, to jestem z tego powodu naprawdę bardzo zadowolona

report |

alt art,  

nie chciałem tego mówić, ale tylko najwięksi od niechcenia..

report |

Wanda Szczypiorska,  

O nie. Hemingway setki razy poprawiał Starego człowieka i morze. Są na to dowody w którejś z bubliotek amerykańskich

report |

alt art,  

nie wszyscy hemingwaye najwięksi..

report |

AS,  

Mozart nigdy nie poprawiał swoich zapisów

report |

filo,  

to tak jak ja, tylko ja nie jestem Mozartem :D Spokojnie ;)

report |

AS,  

ani ja Salierim:)

report |

filo,  

hahahaha - idę :D

report |

filo,  

To jeszcze trochę do poprawy zostało. Proponuję nie zaglądać dwa-trzy dni, może dłużej i dopiero wówczas przeczytać jeszcze raz. To niezmiernie pomaga przy korekcie.

report |

Szel,  

ciekawa jestem Wandziu pierwowzoru ( uchowal sie moze? )strasznie!_ serdecznosci

report |

Efka,  

Poplątane życie, poplątane uczucia... ale tekst klarowny. Warto przeczytać.

report |

Jarosław Trześniewski,  

Przeczytałem- jak zawsze - z ukontentowaniem. Celne spostrzeżenia,zwięzła i trafna analiza psychologiczna postaci. PS. Jakie to szczęście ,że nie jadam parówek na śniadanie:))

report |

Szel,  

cmok!!!!!!!!!;**********

report |




Terms of use | Privacy policy | Contact

Copyright © 2010 truml.com, by using this service you accept terms of use.


contact with us






Report this item

You have to be logged in to use this feature. please register

Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu oraz prowadzenia danych statystycznych. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.    Polityka Prywatności   
ROZUMIEM
1