|
| |
|
ALL WORKS
Poetry (4) Prose (41) Diary (1) Photography (24) Graphics (3) Books (1)
About me Friends (44) | |
Zmiana sposobu prezentacji
Jest nas tu tylko trzy; ja, mama i babunia, a wokół las i las, bo mamie pozwolono mieszkać na plebanii, a mnie się wydawało, (byłam dzieckiem) że w samym środku lasu. Nikt inny tu nie mieszkał i nawet nie wiem gdzie był kościół, być może wcale go nie było, nie było też żadnego księdza. Plebania była poniemiecka, a mama miała uczyć w szkole. Szkoła nie była dla mnie jeszcze niczym interesującym, mnie intrygował las. Był gęsty, mroczny i liściasty. Dla mamy stał się darem losu, bo w lesie były grzyby, mnóstwo grzybów, całe połacie grzybów rozmaitych, a w domu, czyli na plebanii tylko kartofle od mieszkańców wsi. Czasem mieszkańcy przynosili mleko. Początek lipca. Jadłyśmy co dzień gotowane grzyby do tego placki na oleju.
Przywieźli nas tu furką, najpierw szosą, a potem drogą stromą i piaszczystą do tego mrocznego niby domu, który jak mogło się wydawać stoi w środku lasu. Ale być może las się wdarł, kiedy nie było tu nikogo? Wieś jest za lasem. I uprawne pola. Mama mówi, że oprócz grzybów w lesie, tam trzeba poszukać czegoś do zjedzenia, ale ostrożnie, w tajemnicy. Pamiętam, po Powstaniu mieszkałyśmy na strychu u jakiegoś chłopa. Mama nie miała już pierścionków i zegarka, nic już nie miała do sprzedania, byłyśmy głodne, ja i babcia. Mama kradła pszenicę temu chłopu i gotowała na piecyku.
Wyszłyśmy z lasu powolutku, bo babcia (...)
--- full text ---
Nigdy nie czulam sie tu dobrze. Pomiędzy mną a wujem Frankiem, ciotką też, nie było zażyłości, więc przychodziłam do nich rzadko, ot tak; interes jakiś, czasem prośba, żadne tam Święta, czy Wielkanoc, ale któregoś roku w dniu imienin wuja zastałam salon pełen gości. Był między nimi jeden taki, o którym pomyślałam; dziad obleśny, a okazało się, z KC. Reszta, jak mogłam się domyślić, koledzy wuja z ministerstwa, wiceminister, sekretarze i jacyś urzędnicy pomniejszego szczebla. Była też parka z innej paczki. On nietypowy jak na owe czasy. Przystojny, szyk francuski. Aktor. Pomiędzy nim a ciotką Helą coś iskrzyło, z jej strony wręcz na granicy uwielbienia.
Dlaczego ja się tam znalazłam? Bo wuj mnie nie zaprosił. Widocznie przyszło mi do głowy, by złożyć mu życzenia i zostałam. Upiłam się i z kimś tańczyłam. Z członkiem KC? Być może. Wesoło było? Nie pamiętam.
Wujowi skończyła się kadencja na stanowisku radcy w ambasadzie i teraz musiał zadbać o to, by się ustawić w kraju. Nie było z tym trudności, miał już posadę na wysokim szczeblu. Był członkiem partii. Był ostrożny. W domu dbał o to, by nic się nikomu nie wymknęło nawet w rodzinnym gronie. Majątek? Willa? Cóż, nie jego. Nikt mu niczego nie zarzuci. Jego jest tylko goła pensja, bo dom odziedziczyła jego żona po nieżyjącej już teściowej wuja.
(...)
--- full text ---
Stoję i czekam. Ciemno już... A nie tak znów zupełne ciemno, bo tu i tam latarnia świeci i widać jakieś oświetlone okno, ale to mnie nie ratuje od uczucia beznadziei, bo pekaesu już nie będzie. Stało tu jeszcze kilka osób, lecz większość z nich już się rozeszła. Z tych co zostali ten i ów wciąż jakby niezdecydowany. Może samochód jakiś? Ale gdzie tam. Mało kto na wsi ma samochód, a to jest szosa przelotowa przez Wólkę Mlądzką, Kołbiel, jeszcze dalej.. Najwyżej jakaś ciężarówka. I co ja mogę zrobić? Iść? W pantoflach na obcasach? W nocy?
Pójdę. Bo muszę.
Prawie płaczę. I po co było leźć do tego kina. Nikt nie zaczepił, nie zagadał. Dobiegłam do Śródmieścia łapiąc pociąg. Z pociągu na autobus. No i stoję. Strach. Szosa przede mną niczym otchłań. Już jestem sama? Tamci poszli? Być może złapią coś po drodze.
I na co czekam? Sama nie wiem.
A jednak ktoś się zatrzymuje. Samochód. Mały jakiś. Osobowy. Ktoś drzwi otwiera, zabłysło wewnątrz słabe światło, człowiek wychylił się, zapytał
- Podwieźć?
Chcę mu się przyjrzeć. Nic nie widzę. E… Kto by to nie był, wszystko jedno. Ktoś kto w tych czasach ma samochód nie jest na pewno byle kim. Lecz ten samochód taki sobie, nie maluch, ani duży fiat. Tamten zagarnia coś z siedzenia, jakieś rzeczy. Lampka się pali, Siadam z przodu i widzę że jest brudno. Stary grat. Ostrożnie (...)
--- full text ---
Do namalowanych przez siebie obrazów uciekam się w chwili zwątpienia. Żyją już własnym życiem, ale godzą się dać odpowiedź na pytanie; jaka jestem? Odpowiedź życzliwą albo okrutną, to zależy od światła w pokoju i od tego z jakiej patrzę odległości.
Oczekuję pobłażania i pocieszenia, nie zawsze jednak mogę na to liczyć. Kiedy światło jest zbyt ostre, albo kiedy stoję zbyt blisko widzę ich nieporadność i brak elegancji, a wtedy nie są już moimi sędziami, ale przyjaciółmi godnymi współczucia.
Z pewną dozą zniecierpliwienia.
Zbyt często nierozerwalny związek pomiędzy nami spycha mnie na margines doborowego towarzystwa.
Jan stoi na skwerku pomiędzy Alejami, a ulicą Smolną. Czeka. Mają się spotkać niedaleko stąd, w kawiarni, ale wie, że ona właśnie tu wysiądzie z autobusu. Jest przejęty, nie ma pewności, czy ją pozna. A jeśli to starucha, rozlazła, brzydka, nieporadna? Nie widział jej od tylu lat, pamięta aż za dobrze, ale inną, młodą. Może i stara, może brzydka, ale na pewno nie jest głupia. Już samo to, że kiedy usłyszała w radio, że jest, przyjechał, książkę wydał, od razu zadzwoniła. Nie do niego. Do wydawnictwa. Poprosiła, żeby przekazać mu wiadomość. Że jeśli zechce, niech się skontaktuje. Podała numer telefonu. Kiedy mu o tym powiedzieli zrobiło mu się słabo. Tak. Zasłabł. Pewno zbladł. Dobrze, że nikt nie zauważył.
Wyszedł wciąż trochę roztrzęsiony i zadzwonił. Nie była tym zdziwiona. Nie poznał jej po głosie, chociaż to nie był starczy głos. Onieśmielona, powiedziała, że chciała mu pogratulować. Ach tak, dziękuję. I wtedy przyszło mu do głowy, że musi się z nią spotkać. Powiedział, że nie mieszka w Polsce. Była ciekawa gdzie. W Australii. - Och! Udała zaskoczoną, chociaż musiała słyszeć o tym w radio.
Nie wiedział jak jej to zaproponować, w końcu zapytał wprost, czy chciałaby się z nim zobaczyć, a ona, jak gdyby od niechcenia powiedziała, że nie widzieli się od lat czterdziestu. No proszę. Pamiętała. Czy pamiętała też jak się rozstali? Nie, (...)
--- full text ---
Na plener do Jasienia przyjechałam z Kaliną z wydziału grafiki. Tym samym pociągiem przybyła duża grupa kolegów i koleżanek, ale my, jak zawsze , trzymałyśmy się osobno. Niektórzy od razu po przyjeździe zabrali się do malowania, Kalina poszła nad jezioro, a ja powędrowałam na wzniesienie skąd widać było pola pegeeru rozległe, jak gdyby nie mające końca. Wracając na kolację natknęłam się na kolegę. Siedział na kamieniu. Zerknęłam, co też on rysuje. No proszę, to były postacie ludzkie, ale jakieś dziwne. I pomyślałam; wariat, po co mu plener? Przyjrzałam się chłopcu. Brzydki. I jakiś inny od nas wszystkich. Młodszy.
Znajomość została zawarta jeszcze tego wieczoru przy ognisku. Ja i Kalina siedziałyśmy na uboczu tylko we dwie, a on się przyłączył. Podszedł, powiedział;
- Dobry wieczór – usiadł. Odpowiedziałam;
-Cześć.
I tak się zaczęło. Zapytał, czy nie przeszkadza. Skądże. Mimo brzydoty wydawał się interesujący. Chociaż rozmowa była dość banalna. Nie mogłam skupić uwagi. Po drugiej stronie ogniska w swobodnej pozie bywalców siedzieli dwaj moi koledzy z roku, którzy w pewien szczególny sposób nie byli mi obojętni. Kiedyś próbowałam porozmawiać z nimi poważnie o sztuce, czy coś w tym rodzaju, ale oni nie wydawali się zainteresowani i nie podjęli tematu, jakby to, co mówię , było niestosowne. Więcej się do nich nie (...)
--- full text ---
W niebyt
A wtedy powiedziałam jej, żeby się wyniosła. Dosłownie tak. Brutalnie. Moje małżeństwo było zagrożone. Bo dla niej zdrada była czymś zwyczajnym i niby żartem, niby serio raiła mu to tę, to tamtą. Mojemu mężowi, znaczy się.
Mieszkała z nami od pewnego czasu z konieczności. Po ciągłych przeprowadzkach, zmianach pracy nie miała się gdzie podziać. To trwało już od kilku lat, od czasu kiedy porzuciła męża. Nie tylko męża, również dzieci. Mieszkała jakiś czas w Kraśniku dopóki nie umarło jej kolejne dziecko. Dziecko, które nie miało szansy na przeżycie.. Wodogłowie. Ojcem dzieciaka był lokator, to z nim uciekła, mężowi zostawiając tamtych troje. To prawda, mąż, który nie dawał jej spokoju, dziś powiedzielibyśmy - molestował, miał również dziecko ze służącą. Czuła się wiec poniekąd usprawiedliwiona. Tak myślała. A tak naprawdę kochała się w lokatorze bez pamięci. Ten facet jednak szybko ją porzucił. Kiedy urodził się kaleka była sama.
W Kraśniku znalazła pracę w zakładach przemysłowych, ale po śmierci dziecka zwolniła sie i przyjechała do mnie. Nie znałam wtedy jeszcze mojego obecnego męża, byłam sama, wynajmowałam pokój. Pracowałam. Miałam dwadzieścia lat, a ona o trzynaście więcej. Co mogłam zrobić? Siostra przecież. Jej mąż przez jakiś czas nalegał na jej powrót. Ona nie chciała. Czemu? Nie wiem. A potem (...)
--- full text ---
Zszedł ze schodków, skręcił w lewo, minął szopę a za nią kupę starych mebli przykrytych spaczonymi drzwiami i zaczął obchód wzdłuż parkanu. Psy się rozbiegły, znały trasę. Przy płocie sterta desek a dalej boczna furtka. Za ogrodzeniem tylko las. Ta furtka ułatwiała jego żonie dostanie się do lasu w poszukiwaniu drewna do piecyka. Tą myślą poczuł się skrzywdzony. Lekarz mu kazał chodzić przez godzinę, więc chodził po ogrodzie, przy płocie, dookoła, potem alejką wzdłuż i wszerz. Spacer za ogród nie miał sensu, bo nawet gdyby kogoś spotkał, nikt się do niego nie odezwie. Wiedział dlaczego. Dobrze wiedział. To wszystko dranie i złodzieje.
Mija kopczyki liści, które zgrabił. Będą tak sobie leżeć aż do wiosny, potem zarosną zielskiem. Lubił porządek w miejscach, które widać z drogi. To nic, że w krzakach leży pełno złomu i rupieci. Wszystko się kiedyś przyda. Czasami ona chodzi tam i szpera. Czegoś szuka. Ciekawe czego? Na ogół tego, czego szuka, nie znajduje. On widzi to przez okno. Śledzi ją, jak tylko ona wyjdzie do ogrodu. Na próżno odciął ogrzewanie, bo jakoś dała sobie radę, wstawiła piecyk i teraz zbiera drewno na rozpałkę. Był tym zirytowany, bo poczuł się bezsilny. Ale na razie. Zobaczymy.
Kiedy podchodził do komórki w której miał wszystko czego potrzebował, coś jednak przyszło mu do głowy. Furtka. Poprzedni pomysł z (...)
--- full text ---
Wyjątkowo mroźny, grudniowy dzień. Wyskoczyłam do sklepu po dyskietkę komputerową. W sklepie był przedwczorajszy przeceniony chleb, prawie za darmo. Wzięłam dwa.
-Dla ptaków – powiedziałam
Kiedy wróciłam prosto w okno świeciło jaskrawe, zimowe słońce. Na firance poruszały się skrzydlate cienie.
Ten chleb jest rzeczywiście dla ptaków. Nie cały. Trochę dla nich, trochę dla mnie. Za oknem wszyscy moi stołownicy. Mazurki, trznadle, kosy… pani Kosowa cała w aksamitnych brązach. Sikorki. A jak się spieszą. W każdej chwili może przylecieć sójka i po chlebie. Co za ożywienie, co za krzątanina nad balustrada tarasu. W starym domu wieszałam kromki tuż za oknem. Można było siedząc w kuchni godzinami patrzeć na ptaki. Teraz też siedzę i patrzę zanim nadejdzie zmierzch. Bo wtedy nagle znikają. Zostaje sama z pustą kartką papieru, ze stertą czasopism. Ale nie czuje się samotna. I to nie tylko dlatego, że od niedawna chodzę na spotkania miejscowych poetów amatorów. Trafiłam tam przypadkiem i zmieniło to w pewnym sensie mój stosunek do samej siebie. Już nie myślę o sobie jak o kimś wyjątkowym, co wcale nie znaczy, że mam jakieś szczególne poczucie wspólnoty z tym towarzystwem. Ot, taka sobie zbieranina. Starzy i młodzi poeci, każdy tu może przyjść, czytają swoje wiersze. Zdenerwowani i podnieceni czytają zbyt cicho, zbyt szybko, zanim się zorientuję o co chodzi, już koniec. (...)
--- full text ---
Barak, gdzie umieszczono biura powiatowej rady, pomimo zwietrzałej cegły i ścianek działowych z płyt pilśniowych, trzymał się jeszcze nieźle. Pokoje małe, dwa, trzy biurka, łatwo się było zaprzyjaźnić z kimś, ale i znienawidzić również, zależy na kogo się trafiło. Panie w pokoju nie były dla mnie dobrym towarzystwem. I one także uważały, że jestem tutaj zbędna. Ale to przecież nie kto inny, to moja siostra pracowała w kadrach.
Miałam najniższą pensję, według okienek w siatce płac dla nie przygotowanych do zawodu. Ledwo starczało na ubranie. Na ciuchach zamiast płaszcza kupiłam kurtkę z misia i wyróżniałam się korzystnie wśród moich rówieśniczek ze wsi. Kierownik, przystojny i żonaty przychodząc na rozmowę siadał na moim biurku dyndając lewą nogą, a prawą wspierał o podłogę. Robił tak jednak tylko wtedy, kiedy byliśmy sami. Być może wyjazd w teren mógłby się stać okazją żeby gdzieś się zaszyć, ale nie w towarzystwie pana Stasia, kierowcy, który zapewne był kimś więcej niż kierowcą i donosił. Nie uważano mnie za puszczalską, miałam opinię niedostępnej. Zresztą przygoda z kierownikiem nie była w moim stylu. I choć zaloty kierownika wywoływały dreszczyk podniecenia, starałam się być ostrożna.
A przecież było nudno. Zbierałam pieniądze na wakacje. Lato spędzałam zwykle sama. Pojadę. Gdzie? Nad morze. Po (...)
--- full text ---
Pojawili się nagle. Widziałam ich przez okno jak szli od strony szosy drogą wokół gęsiego stawu. Trzech chłopców. Dwóch małych i jeden dość wysoki. Na pewno domyślili się, że ich śledzę, bo kiedy przechodzili pod moim oknem, któryś gwizdnął. Minęli staw, byłe czworaki, w których mieszkali pracownicy stoczni, szkołę i drogą wśród poletek nieskoszonego jeszcze żyta ruszyli w stronę lasu. Las nie mógł być ich celem. Pewno zboczyli na pagórek. Mają ze sobą papierosy. Zapalą, ale później. Teraz jeszcze nie.
Pobiegłam do Brygidy powiedzieć, że już są,. Truda gdzieś w rowie pasie kozę i niby przez przypadek, niby to od niechcenia przypędzi ją na pagórek. Truda jest dumna. Ceni się. Nie to co ja. Ja jestem gotowa biec za nimi. To przecież chłopcy z miasta. Może nie tyle z samej Gdyni, co z przedmieścia. Ja chodzę tam do szkoły. Skończyłam w lipcu jedenaście lat i po wakacjach będę w siódmej klasie. W Pogórzu są tylko cztery klasy. Dwie moje przyjaciółki, Truda i Brygida maja to już za sobą..
Nie wiemy kim są chłopcy. Mają dwanaście, może trzynaście lat. Najwyższy i najstarszy ma na imię Radek. Ten Radek na pewno przyszedł do mnie. Bo chociaż wszystkie trzy jesteśmy takie sobie, ja mam kręcone włosy. Gisia pucułowatą i rumianą twarz, a Truda bardziej niż dziewczynę przypomina chłopca. Tych z miasta poznałyśmy (...)
--- full text ---
