Zmiana sposobu prezentacji
Pasażerowie siłą rozpędu
pozorują życie
łup
mach
kiw
od okien i od przejścia
tylko pociąg żyje
od niechcenia
Nienajgorsza pogoda, popatrzmy w zoo na ptaki –
zaproponowano mi tego dnia.
Stałam później przed jedną z klatek a tu mały chłopiec
czerwona bluza, za szerokie dżinsy
„Nie wierzę w sowy, sowy nie istnieją!”
-woła do mamy.
Jest jasny dzień, więc spod skrzydła
nawet nie mrugnie na niego pomarańczowe oko.
„Nie wierzę w miłość, młość nie istnieje”
uśmiecham się do siebie wracając do miasta.
A tu ulicą idą ludzie
tak po prostu każdy w swoją stronę
dalecy mi i bliscy
za mną i przede mną,
powietrze właśnie zapachniało jak zwykle po deszczu
A niebo
cicho trwa w górze.
Na początku chodziło tylko o psa sąsiadów
z puszystym ogonem
tego, co wyglądał z balkonu kiedy dzieciaki
wracały ze szkoły
poszczekiwał cicho kiedy na niego patrzyłam
Aż pewnego dnia "nie ma"
powiedziało jedno z nas
"Nie ma, nie ma" śmiałam się i ja i inni
gdy przyszłe nieobecności
czaiły się nad nami
gotowe
rozpostrzeć skrzydła
wtedy jeszcze niewidzialne
nietłumiące blasku
bladego osiedlowego słońca
Miałam szczęśliwe dzieciństwo.
... nie widać, że
zaciera się trójka w dacie urodzenia
i ż w wyrazie inżynier?
Zapomniałem
jak słabe są
żyjące oczy.
Słabe jak serca.
Tylko ręce
zapalą znicze
i znowu
zapalą znicze
zapalą niechcący
jak od niechcenia
nie...
Idąc od bramy balansuję jak na linie
między ciałami
żywych
a światłami tamtych
W końcu grób:
jak zastawiony stół
przy nim ich i nasze
bardzo wciąż ziemskie
obcowanie.
Zerka z luster i szyb
w kałużach
chybocze z wodą
widzę je kątem oka
gdy mijam okna wystaw
kpi ze mnie rozmazane jak plama na łyżce
tak wytartej że aż błyszczy
A czasem wyjrzy spod powiek
przyjaciół i wrogów
to samo zniekształcone odbicie
mojej twarzy
Motyle po cichu
przysiadły na powiekach
taktaktak
postukuje
niewidzialna kołatka
a dawna
przyjaciółka rodziny
bez słowa czeka na progu
Nikt jej nie słyszy zawczasu
Przejdźmy przez galerię
„Miny i maski” to nazwa wystawy
więc
proszę
rzućmy okiem na prawo
dołeczki przymrużone powieki uśmiech
proszę wypijmy kawę a potem słoneczny dzień
niech nagrzeje skórę i rozjaśni włosy
A na ścianie obok
podkówki ust obciążone
przez pytania zadane
w czasie gdy ktoś za grubą ścianą udzielał odpowiedzi
Leży na tapczanie.
Otwarto okno.
Musi tak leżeć dwie godziny a potem przyjadą.
Ludzie usiedli w kuchni.
Córka odchyla głowę na oparcie fotela.
Kuzynka milczy, jutro
koleżankom opowie o wszystkim.
Już są, już pukają.
Sąsiadka wraca, drapie w swoje drzwi, niechże ten mąż już
otworzy.
Jak interes panie Kruk, interes idzie dobrze.
Usiądźmy już jej nie ma.
Wszyscy są zmęczeni.
