1 october 2018

Lekcja

 
 
 
 
Ci, dla których to ważne, niech sprawdzą, jak nazywa się pociąg odjeżdżający około dwudziestej z Warszawy do Poznania. Wracałem z Targów Książki. Kiedy to było? Sprawdzać nie trzeba. Jak Polska długa i szeroka, każdy wie, że Warszawskie Targi Książki, tak jak Pierwsze Komunie, odbywają się co roku w maju. Z pogodą w połowie maja różnie bywa. Nieraz zmarzłem, mimo czapki nakrytej kapturem od bluzy. A bywało tez tak, że w przestronnych toaletach Stadionu Narodowego, gdzie odbywają się targi, świadomie zostawiałem zbędny podkoszulek i pulower, żeby mieć w plecaku więcej miejsca dla zakupionych książek.
Tego roku aura była w sam raz. Przy stoisku którejś z sieci księgarskich porozmawiałem z autorem Dziennika podróży na Ocolorę, panem Rajmundem Kalickim. Jasność z niego emanowała; blondyni starzeją się pogodniej. Podziwiam delikatność i mądrość pana Kalickiego. Lubię jego zdania, na przykład: „Dlaczego jest tak, że cienka stróżka wody smakuje bardziej, niż gruba?”. Albo to, że lody lubił bardziej, niż Stachurę. Albo to, jak synek znajomych, w chwili, kiedy gospodarze poszli do kuchni po kolejne potrawy, i kiedy zostali z chłopczykiem sami, malec powiedział: „Jedz stary dziadu, kutasu”. Szczerze rekomenduję Dziennik poróży na Ocolorę – lektura wyszukana, nie dla każdego.
Po targach, w księgarni Tarabuk przy skrzyżowaniu Nowego Światu i Świętokrzyskiej, piłem kawę z panem Jakubem Bułatem. Przy stolikach wystawionych na wątpliwej jakości powietrze, Jakub, zwany Panem Tarabukiem, na widok zbliżających się do nas dwóch młodzieńców, powiedział: Idzie kolejny pisarz. – Który?, zapytałem. – Ten w czarnej koszulce.
Tak poznałem Piotra Sarminiego. W międzyczasie, podchmielony bywalec księgarni koniecznie chciał mi przeczytać swoje przekłady wierszy Elizabeth Bishop – lubię takie sytuacje. Lubię Warszawę. W Poznaniu, jakoś nikt nie przysiada się, żeby przeczytać wiersze miłosne Elizabeth Bishop A Cold Spring we własnym przekładzie. (Chyba, że Damian, ale on jest na stałe w Brukseli i tam tłumaczy niestety już nie wiersze, lecz polityczne bzdury).
Koniec dobrego. Wracamy na stację. Do pociągu, do którego wsiadłem około dwudziestej, żeby wrócić do Poznania. Wrócić odwodniony; w Warszawie nie było czasu, żeby napić się wody. Nie chcę wracać. I boję się podróży pociągiem. Tych ludzkich zachowań; głośnych rozmów przez telefony; plastikowych pojemników, z których ludzie bez ostrzeżenia i bez krępacji roznoszą przykre zapachy. Pałaszują, jak nieludzie. Boję się bezmyślnie otwieranych okien, to znaczy zawiewających przeciągów. Jak będzie tym razem? Już się lękam.
Miejsce mam pośrodku w wagonie z przedziałami. Obok mnie lokuje się brązowo-bordowa dziewczyna. Bardziej brązowa, niż bordowa. Brąz, to według mnie kolor, który mógłby w przyrodzie nie istnieć. Dziewczyna jest drobna. Drobna istotka. Mam nadzieję, że przytuli się bezszelestnie do zasłonki. Naprzeciw niej siada dziewczyna dorodna; dorodne piersi i biodra sprytnie maskowane całkiem ciekawą plisowaną spódnicą. Kratka Burberry wzór tartanu Blackwatch. Również po przeciwnej stronie zajmuje miejsce młode małżeństwo chyba; klasa średnia z ambicjami. Przy oknie naprzeciw mnie już usadawia się popielatoszara myszka. Studiuje Bóg wie co. Jako ostatni pakują się do przedziału matka z grubawym synkiem. Synek jeszcze dobrze nie wszedł, a już gada. Polacy generalnie szybko ładują się do pociągu. Owszem, zawsze trafią się ofiary losu, którym nikt nie powiedział, a same na to nie wpadły, że przy drzwiach wagonów napisane są miejsca, na przykład 20 – 68, a przy następnych drzwiach 69 – 100, i przeciskają się przez korytarz jak Powstańcy w kanałach. Korpulentny chłopiec lat około osiemu-, dziewięciu – już wiemy jak ma na imię: Oskar. Dziewczyna z obfitymi piersiami włożyła słuchawki w uszy i otworzyła książkę. Młode małżeństwo chyba, chwyciło się za dłonie. Brązowo-bordowa istotka obok mnie i szaropopielata myszka przy oknie, zawinęły się same w siebie; nie ma ich. Jakoś dojadę, myślę... tylko ten gadający grubasek. I światło można by zgasić w przedziale.
Ale nie, chłopiec z matką zaczynają odrabiać lekcje. Taka była umowa: wrócą ostatnim pociągiem tylko pod tym warunkiem, że w pociągu odrobią lekcje na jutro. Dzień jest powszedni. Jutro jest szkoła. Matka ucisza Oskara: Prosiłam, mów ciii-sz-eeej. Ludzie są zmęczeni, nie potrzebują słuchać twoich krzyków...
Oskar, po wstępnych grymasach, nawet chętny jest do nauki. Na składanym stoliku przy oknie rozkłada książkę do matematyki. Czyta równania. Liczy, rozwiązuje, pyta czy dobrze. Nawet sympatyczni są. Współpasażerowie tylko udają zmęczenie; pod półprzymkniętymi powiekami kontrolują czy chłopiec się nie pomylił, czy dobrze dodał, odjął, podzielił.
Zrobione. Teraz przyroda, oznajmia na cały przedział Oskar. Praca domowa polega na tym, żeby odróżnić przyrodę ożywioną od nieożywionej. Chłopiec podaje egzotycznie brzmiące nazwy i pyta mamy: Ożywione czy nieożywione? – Zaczyna się ciekawie. Ja nie znam odpowiedzi. Współpodróżni, chociaż nie dają tego po sobie poznać, włączyli się w odrabianie lekcji. Widzę, że chcieliby podpowiedzieć. Po ich twarzach wnioskuję, że byłby to odpowiedzi raczej na chybił trafił. Mama gugluje w komórce. Sprawdza, uzyskuje dobrą odpowiedź. Oskar czyta pytania z podręcznika dla trzecioklasistów. My, których system sprzedaży biletów połączył w szkolną klasę, mamy problem. Na szczęście jedzie z nami Wujek Google.
Dobra. Przyroda odrobiona. Teraz polski. Trzeba napisać list do przyjaciela. Należy pamiętać, żeby w liście była data, nazwa miejscowości, nagłówek, przywitanie, treść, zakończenie, pożegnanie, pozdrowienie i podpis. Oskar niewprawnie stawia litery. Tak między Sochaczewem a Łowiczem ma gotowy list. W przedziale temperatura jest odpowiednia; miło się zrobiło. Przyjemnie się podróżuje. Oskar czyta:
Drogi Szymku! Na wstępie mojego listu chcę Ciebie poinformować, że dzisiaj byłem z mamą na wycieczce w Warszawie. Zwiedziliśmy Pałac Kultury. Następnie poszliśmy na starówkę i widziałem kolumnę Zygmunta i zamek królewski. Potem poszliśmy na Wisłę. Potem poszliśmy nad Wisłę. Bardzo podobały mi się bulwary wisłowe... wiślane. Statki i był tam pomnik syrenki. Do muzeum Kopernika nie weszliśmy, bo była duża kolejka. Na tym kończę mój list do Ciebie. Składam pozdrowienia i żegnam Ciebie. Twój przyjaciel Oskar. Podpis Oskar.
A czego brakuje?, pyta mama. – Data i miejscowość. – A jaką miejscowość napisać? Co mijamy?
Zerkam na uroczo koślawe litery, skreślenia. Oskar zaczyna się wiercić. Patrzy w okno. Nic nie widać. Składany stoliczek, pulpicik właściwie, jest zbyt mały, żeby odrabiać lekcje. Trzecioklasista spakował książki do matematyki, do przyrody i list do Szymka. Teraz wyjął z plecaka nie książkę, lecz kartkę. Zaczął czytać sylabizując, ale za to głośno:
Ni-ech bę-dzie po-chwa-lon-y Je-zus Chry-stus! Przy-stę-puj-ę do pier-wszej spo-wie-dzi świ-ę-tej. O-bra-zi-łem Pa-na Bo-ga nas-tę-pu-ją-cy-mi grze-cha-mi...
Współpodróżni udawali, że śpią. – Ciszej, ciszej synku, mówiła mama.
 


list of responded items:

 

choose your artistic answer

 


number of comments: 1 | rating: 0/1 | report | add to favorite

Comments:

alt art,  

jak na trzecioklasistę przystało, przede wszystkim grzechem nieczystości..

report |




Terms of use | Privacy policy | Contact

Copyright © 2010 truml.com, by using this service you accept terms of use.


contact with us






Report this item

You have to be logged in to use this feature. please register