Zmiana sposobu prezentacji

15 kwietnia 2019

proza

hierinim
hierinim

Przyjaciel od serca

Mężczyzna potrzebuje przyjaciela, do którego mail mógłby posłać: Boli mnie głowa, we łbie mnie łupie. Boli mnie w karku, głowy obrócić nie mogę. Coś mi się stało w lewe ramie, a prawe od dawna do niczego. Łokcie jak o stół oprę, to długo nie wytrzymuję. Kiedy chcę się wysmarkać, boli mnie siedemnaście żeber. Gdy kaszlę, muszę się o coś podeprzeć. Kaszlnięcie wywraca mnie na drugą stronę. Rano mam zawalone zatoki, nos, gardło całe. Brakuje mi powietrza. Pomocy wezwać nie zdołam.
Mężczyzna potrzebuje przyjaciela od serca, do którego mail może posłać. Czeka na zrozumienie. Na nic właściwie nie czeka. Pomóc nie można, byle przyjaciel wiedział.
Przyjaciel mailem odpisuje: Zrzędzisz, całe życie pieścisz się sobą. Niech cię chuj strzeli.

11 marca 2019

proza

hierinim
hierinim

Obiad z trupem

Zima brexituje, udaje że wychodzi, to znaczy wychodzi nieodwołalnie, ale zwleka, nie wiadomo kiedy wyjdzie. Zupełnie jak moi niefajni znajomi, którzy po wizycie ubierają się i jeszcze godzinę w ubraniach, w przedpokoju brexitują, opowiadając sobie super pilne pierdoły. Mówię to do chłopaka, który siedzi przy moim stoliku U chudych ludzi. On pierwszy się do mnie odezwał słowami: Uff, ale duuuże porcje, nie dam rady wszystkie... – To nie porcje są duże, tylko ty jesteś mały, odpowiedziałem mało grzecznie, ponieważ nie zależy mi na poznawaniu chłopców przy obiedzie. Uznałem jednak, że mogłoby to być niepotrzebnie zbyt mocne, i od razu zacząłem łagodzić: Jedz, jedz, będziesz duży i silny. Uznałem, że i te słowa mogą być średnio przyjemne dla chłopaka, więc łagodziłem dalej: Gdzie się spieszyć, jest czas, jest niedziela... – Chłopak uśmiechnął się i powoli znów wziął w palce, wcześniej odłożone sztućce. Oddzielał ryż od surówek. – Zaraz zgadnę ile masz lat, powiedziałem. Odpowiedział, że będzie poślizg o dwa lata. Nie załapałem, o co chodzi, więc wytłumaczył, że ludzie z reguły mylą się o dwa lata, zgadując ile ma lat. Poprosiłem, żeby pokazał twarz z profilu i strzeliłem: Siedemnaście. – Poślizg o dwa lata, powiedział. – To znaczy?, zapytałem. – Mam dziewiętnaście lat, odpowiedział, poślizg o dwa lata. – Pewnie w sklepie pytają ciebie o dowód? Mojemu koledze, który ma (...)

--- cały tekst ---

2 lutego 2019

proza

hierinim
hierinim

Siła, namiętność, zabawa, spokój, pieniądze

 
 
 




 
 
 
 
 
 
Nie czytałbym tekstu, którego autor swój wywód rozpoczyna słowami: Moje życie to pasmo błędów. Ale o swoim literackim życiu, a innego nie mam, często tak myślę. Moje literackie życie to pasmo błędów.
Opisuję, umiejscawiam opowieści w lokalach, które znikają ledwie tekst ukaże się drukiem. Kto wie, kto pamięta, gdzie była Częsta z Opowieści mężczyzny, który zarabia śpiąc? Zniknęła Złota Rybka z ulicy Kantaka, zniknęły inne miejscówki. Nie ma przy ulicy Wrocławskiej Tylko u nas, gdzie Rosita podawała schabowe. Nie ma nawet McDonalda koło Okrąglaka z opowiadania Kazanie na Wielki Piątek Roku Pańskiego 2016 wygłoszone w McDonaldzie koło Okrąglaka w Poznaniu. Przecież nie jestem w wieku Matuzalema. Nie przeżyłem żadnej wojny, a miejscówki zniknęły. Przynoszę lokalom pecha? Posiedzę gdzieś, napiszę opowiadanie i lokal zaraz zamykają? Nie. Po prostu popełniam literacki błąd. Całe pasmo błędów. Miejsca znikają z planety. Były i nie ma. Tylko ludzie są wieczni. Żałuję, że od razu, od pierwszego dnia nie zapisywałem pierwszych ludzkich wrażeń. „Ludzkich” – to znaczy wrażeń „z ludzi”. Nigdy naprawdę nie wiesz, czy ktoś z kim akurat jedziesz, stoisz, jesz obiad nie będzie tobie, mniej lub bardziej intensywnie, towarzyszył do końca życia. Dynamika, dynamiką jest (...)

--- cały tekst ---

25 stycznia 2019

proza

hierinim
hierinim

Te małe, osiedlowe sklepiki tbt

 
Czasy nas rozpieszczają; można wybierać i przebierać; to w związku z drobnymi zakupami tak piszę. Małe, osiedlowe sklepiki nie byłyby w końcu takie złe, gdyby tylko nie sprzedawano tam kaszanki w cenie kawioru; i gdyby szefowej przypadkowo nie myliły się ceny. Ale pod koniec dnia zdarzają się promocje artykułów, którym termin ważności skończył się wczoraj. Nawet mógłbym zaglądać tam częściej; pogadać z kobietami przy kasie czy za ladą. Tą panią za ladą uwielbiam wypytywać, z czego zrobione są produkty. Szczególnie długo wypytuję, gdy za mną formuje się kolejka. Pytam panią ekspedientkę na przykład:
– A te ogórki? Z czego są zrobione?
Pani ekspedientka z miną matki usypiającej dzieciątko, odpowiada:
– To takie małe ziarenko wkłada się do ziemi, proszę pana, potem są listki, kwiatuszek, i później z tego kwiatuszka robi się ogórek.
– To jak to? – pytam niezaspokojony – to z ziemi się robi ogórek czy z kwiatuszka?
– Raczej z kwiatuszka – z czułym, czułym jak dla dzieciątka uśmiechem odpowiada pani ekspedientka.
Ludzie w kolejce za mną parskają śmiechem. (Właśnie teraz przypomniała mi się Martyna, która przed ostatnimi świętami, w mięsnym, gdy jedne baby zbyt długo zastanawiały się, czy chcą sześć, czy osiem plasterków tej szyneczki z pieca, a inne baby z kolejki zaczęły nieprzyjemne, złośliwe komentarze, krzyknęła na cały sklep: (...)

--- cały tekst ---

29 października 2018

proza

hierinim
hierinim

Mimochcąc

 
 
 
Wszedłem do lidla. Tak, do tej niemieckiej dotowanej sieci nie płacącej w Polsce podatków, jak mówią. Wszedłem, ponieważ szedł tam kolega niewidziany od lat. Kolega ma nowotwór, ale ten najbardziej wyleczalny. Zwolnili go z pracy, gdy wrócił po pierwszej operacji. Praca była w kościelnej instytucji, w klasztorze dokładnie. Tam to norma, takie zwalnianie. Rak nie rak. Rozwiązujemy umowę o pracę. I w tym lidlu patrzę, a tu leżą buty welurowe, przyjemne w dotyku, w kolorze grafitowym, podeszwa niegumowa. I rozmiar jak dla podolskiego złodzieja, czyli dla mnie. Przymierzam; ideał, w sam raz. Cena sześćdziesiąt dziewięć dziewięćdziesiąt. Sześćdziesiąt dziewięć razy sprawdzam wszystkie etykiety, nalepki i wszywki: skóra, skóra, skóra. Sprawdzam szycie, wykończenie i tę podeszwę chropowatą, której nazwy nikt mi nie zdradził. Git. Kupuję. Ze Staszkiem żegnam się i jeszcze raz gratuluję, że wyrzucili go z pracy w klasztorze zakonu, którego nie lubię. Dlaczego? Tradycjonalista jestem. W tym zakonie msze odprawiają w butach na słoninie. Po butach ich poznacie. Staszek dostał rentę i teraz jest freelancerem, wolnym strzelcem. Na wolnej nodze, jak mówią Czesi. Staszek jest urodzonym reporterem. Napisał książkę o księżach alkoholikach. Hit normalnie; na allegro po sześćdziesiąt złotych schodzi od ręki. Niczego Staszkowi na odchodne nie życzę. Jeszcze raz gratuluję, że już nie (...)

--- cały tekst ---

16 października 2018

proza

hierinim
hierinim

Łatwe opowiadanie

 
 
 
Dzień dobry, w dzisiejszym odcinku opowiem wam, jak samemu można szybko i bez problemu napisać Łatwe opowiadanie. Potrzebna nam będzie do tego tylko jakaś przeczytana książka, którą mamy w domu pod ręką, i jedna kremówka papieska.
W moim liberalno-lewackim Poznaniu przy ulicy Głogowskiej powstała Po-Dzielnia. Sklep, w którym wszystko jest za darmo. Wchodzisz i bierzesz, co chcesz. Nie musisz nic w zamian zostawiać. Poszedłem na otwarcie.
Regulamin Po-Dzielni jest taki:
1. Zabierz to, co jest Ci potrzebne. Nie musisz niczego zostawiać w zamian. Uporządkuj półki po swojej wizycie.
2. Możesz zostawić w Po-Dzielni przedmioty, których nie potrzebujesz, poza meblami, dużym sprzętem AGD etc. Pamiętaj, że zostawione rzeczy muszą być w dobrym stanie (ubrania wyprane!), by ktoś mógł z nich po Tobie skorzystać.
3. Przynoś pojedyncze rzeczy. Nie przyjmujemy całych kartonów, toreb, worków i siatek. Rzeczy poukładaj w wyznaczonych miejscach na konkretnych regałach/skrzyniach/drążkach.
4. Nie zostawiaj produktów spożywczych. Do tego celu powstała Jadłodzielnia na Rynku Wildeckim (stragan nr 78). Można z niej również wziąć artykuły spożywcze.
5. Osoba pełniąca dyżur w Po-Dzielni może nie przyjąć przedmiotów ze względu na widoczny zły stan techniczny, mocne zużycie lub brak miejsca.
6. Prowadzący Po-Dzielnię nie ponoszą odpowiedzialności (...)

--- cały tekst ---

1 października 2018

proza

hierinim
hierinim

Lekcja

 
 
 
 
Ci, dla których to ważne, niech sprawdzą, jak nazywa się pociąg odjeżdżający około dwudziestej z Warszawy do Poznania. Wracałem z Targów Książki. Kiedy to było? Sprawdzać nie trzeba. Jak Polska długa i szeroka, każdy wie, że Warszawskie Targi Książki, tak jak Pierwsze Komunie, odbywają się co roku w maju. Z pogodą w połowie maja różnie bywa. Nieraz zmarzłem, mimo czapki nakrytej kapturem od bluzy. A bywało tez tak, że w przestronnych toaletach Stadionu Narodowego, gdzie odbywają się targi, świadomie zostawiałem zbędny podkoszulek i pulower, żeby mieć w plecaku więcej miejsca dla zakupionych książek.
Tego roku aura była w sam raz. Przy stoisku którejś z sieci księgarskich porozmawiałem z autorem Dziennika podróży na Ocolorę, panem Rajmundem Kalickim. Jasność z niego emanowała; blondyni starzeją się pogodniej. Podziwiam delikatność i mądrość pana Kalickiego. Lubię jego zdania, na przykład: „Dlaczego jest tak, że cienka stróżka wody smakuje bardziej, niż gruba?”. Albo to, że lody lubił bardziej, niż Stachurę. Albo to, jak synek znajomych, w chwili, kiedy gospodarze poszli do kuchni po kolejne potrawy, i kiedy zostali z chłopczykiem sami, malec powiedział: „Jedz stary dziadu, kutasu”. Szczerze rekomenduję Dziennik poróży na Ocolorę – lektura wyszukana, nie dla każdego.
Po targach, w księgarni Tarabuk przy skrzyżowaniu Nowego (...)

--- cały tekst ---

24 września 2018

proza

hierinim
hierinim

Kosma i Damian

Dobra księgarnia rzadko kiedy jest duża. Właśnie wchodzą do niej Kosma i Damian, tak ich ochrzcijmy. Nie wiemy skąd, ani dokąd zdążają. Chociaż zgadnąć nietrudno; morska opalenizna. Wracają znad morza; może troszkę niedomyci, ale nie wymagajmy od dziewiętnastolatków wszystkiego. Układnie zapytali, czy mogą plecaki postawić przy kasie? O podłogę stuknęły jachtowe karabinki i szpej, który nie zmieścił się we wnętrzu tobołków. Ruszyli między książkowe regały. Szybko odnaleźli półkę z poezją. – Zobacz! Zobacz! O, jaaa! Jaa cię!, tak mniej więcej rozmawiali, pokazując sobie okładki delikatnie wyciąganych z półek książek. Koszule mają flanelowe; ochłodziło się dzisiaj. Kudłatego blondyna, z włosami jak snopek pszenicy, nazwijmy Kosmą. Damian – ciemniejszy – nadgarstek obwiązał bawełnianą czerwoną chustą. Ramiona mają szerokie, nogi mocne. Od wspinaczkowej ścianki? Od jachtingu? Do czego są te komplety karabinków przytroczone do plecaków i cały ten szpej?
Przyjaciele przy półce z poezją są na etapie kalkulowania. Z portfelami w rękach (Kosma ma portfel od f4, Damian ma portfel moro) przeliczają pieniądze. – Nie starczy na bilety do Krakowa! – Ale ja muszę kupić tego Rimbauda! – Ale bilety kosztują... – Ale ja muszę kupić tę książkę!
Chłopcy, o wyschniętych od morskiego słońca twarzach, uważnie liczą pieniądze. Rozłożyli monety i dwa banknoty na blacie. – Oby (...)

--- cały tekst ---

12 maja 2018

proza

hierinim
hierinim

Prawo do światła

Prawo do światła
 
 
Zawsze nocowałem w pokoju Oliwka. W Hostelu Chmielna 5 pokoje nazywają się tak jak kolory ścian. Tym razem dostałem łóżko w pokoju Rose. Może być, powiedziałem. Pokój ośmioosobowy, na razie jest tam tyko pan Cezary; jest już kilka dni i nie ma z nim problemów, powiedziała recepcjonistka. Może być, powtórzyłem. Cezary cicho słuchał radia z telefonu komórkowego i od razu zapytał, czy to nie będzie przeszkadzało? Jak będzie cicho, to nie, ale na noc, zanim uśniesz, to chyba wyłączysz? Taki spolegliwy dialog rozpoczęliśmy. Cezary nawet chciał pogadać, ale wisząca na wieszaku jego stara, tania z bazarku koszula nie zachęciła mnie zbytnio do konwersacji. Cezary zapytał: Skąd jesteś? Odpowiedziałem, ale nie odwzajemniłem pytania, i poszedłem pod prysznic. Po prysznicem sprawę przemyślałem. Wypada zapytać, skąd jest on, mimo że wychodząc do łazienki, kątem oka spenetrowałem zawartość kosza ze śmieciami; śmieciami, które wrzucił, facet z którym, było nie było, będę dzieli trochę czasu i przestrzeni. W koszu zanjdowały się pozostałości po najtańszych pasztetach z biedronki, takich po dziewięćdziesiąt groszy. Odświeżony wróciłem do pokoju. Cezary polegiwał w łóżku z cicho nastawionym radyjkiem. Grzecznie, nie z ciekawości, zapytałem: A ty skąd jesteś? Gdy dowiedziałem się, że jest z Warszawy, a powiedział to jak oczywistą oczywistość, tym bardziej nie (...)

--- cały tekst ---

26 kwietnia 2018

proza

hierinim
hierinim

Dama

Liza jest od rana poniżana przez męża, dzieci też jej nie szanują, nawet domowy pies na nią szczeka. W pracy to samo, szef ciągle wykazuje, że się nie nadaje do pracy, klienci mają ją za nic. Koleżanki w jej obecności wydymają wargi i kręcą głupio głową. To nie są koleżanki, to są znajome z tej samej pracy. W ciągu dnia dostaje same kopy. Pod wieczór rozmazana, zmaltretowana dniem, z siatami wraca zatłoczonym tramwajem.  Dżentelmen wstaje i ustępuje miejsca mówiąc: to dla Pani miejsce. Dla mnie miejsce?, dziwi się poniżana cały dzień kobieta. Wobec damy, nie mógłbym się zachować inaczej, mówi pan.  Liza siada. Przed swoim przystankiem patrzy na siatki z zakupami. Wstaje i wysiada bez siatek. Kroczy jak dama.

Kontakt z redakcją



Zgłoś nadużycie


Opcja dostępna tylko dla użytkowników zalogowanych. Zarejestruj się