Marek Gajowniczek, 28 october 2013
Przyszedł Konrad, panie podchorąży.
Ten sam, który tu uchodził za Kolumba.
Który zostać komunistą już nie zdążył,
ale flagi tak jak wszyscy kładł na trumnach.
Chce dołączyć do Podziemia i przysięgać,
że w potrzebie za Ojczyznę zawsze stanie.
Tylko prosił by mu nie kazano klękać,
bo jest żydem i już żydem pozostanie.
Chciałby z nami razem być przed Listopadem.
Nie wyjedzie, bo jak my, tu dom swój czuje
i nie pragnie Ameryki. Jest Konradem,
a "Kolumbów" już od dawna nie czytuje.
Tamte czasy już uważa za minione.
Na pieniądze swoich przeżyć nie przeliczał.
Jeszcze wierzy, że nie wszystko jest stracone
i dlatego przyjął imię z Mickiewicza.
Odrzucimy, czy przyjmiemy go na próbę?
Na żylecie razem z nami stoi, krzyczy.
Na ulicę wyszedł pierwszy. Wszedł w rozróbę.
Trochę gazu, kilka pałek też zaliczył.
Jak pan myśli, panie podchorąży?
Czy to dobrze, że tak się upominamy?
Nie będziemy tej historii dłużej drążyć.
Do szeregu! Wprowadźcie go. Zaczynamy.
Marek Gajowniczek, 28 october 2013
Jeszcze troszeczkę, jeszcze dni kilka
i wrócą znów kotyliony.
Nastrój świąteczny. Bale na szpilkach.
Saluty. Śmiech nagrodzonych.
Warty, przemarsze, orkiestry, wieńce,
sztandary, wzniosłe przemowy.
Omdleją ręce od licznych wręczeń.
Odsuną w kąt Narodowych.
Państwo podkreśli doniosłość święta.
Gości zaprosi ze świata.
Niech wiedzą wielcy i niebożęta
jak ważna dla nas ta data.
Kto inny zagra rolę marszałka.
Kasztanka w bruki zastuka.
Porządek twarda utrzyma pałka.
Nie poszła w lasy nauka.
W Paryżu także to dzień doniosły.
Właściwie - europejski
i komisarze, liderzy, posły
świetność pokażą plebejskim.
Na baczność staną, uniosą głowy
panowie i pierwsze damy,
a w kącie stłuką wiec Narodowych.
Znacie ten obrazek? Znamy!
Ważna jest tylko siła przekazu.
Tak będzie jak pokażemy!
Pan Bóg też tworzył świat nie od razu!
Świętować w kraju umiemy!
Marek Gajowniczek, 26 october 2013
Wypasiony kłamstwem brzuch.
Rozbiegane dziwne oczy.
Wyszedł z ziemi inny duch
i na grobach walkę toczy.
Ludzi straszy. Zgina karki.
Uległość duszy wymusza.
Rozrzuca wyborcze kartki,
Serca mrozi. Łzy wysusza.
Odsunęli się anieli
przed gwiaździstym cyrografem,
lecz lewiatan się ośmielił
na skrzydłach położył łapę.
Pokłon bije faryzeusz.
Z judaszowym idą hołdem.
Pieśni wznosi koryfeusz.
Ucieszył bestyji mordę.
Dziwne znaki wznieśli w górę.
Reklamują rozpasanie.
Modlitwę, dobro, kulturą
wloką na kamienowanie.
Tłum okrzyki wrogie wznosi
pełen szpicli i agentów.
Nie zważają, gdy lud prosi:
Nie tykajcie Sakramentów!
Oporu żadnego nie ma.
Jest szatańska ordynacja.
Co dzień nowy, straszny temat.
Upadek. Kolejna stacja.
Zaparło się teraz wielu
widząc w świecie gorsze sceny.
Czy na Marsz w Święto pójdziecie?
Wyjeżdżacie? My idziemy!
Sancte, Sancte Archangele!
Sprawiedliwych śmiało prowadź!
Nie żądamy aż tak wiele:
Zechciej Panie nas zachować.
Wróć normalność. Przyzwoitość.
Chleb powszedni. Ludzkie życie.
Nie liczymy już na litość.
Nie pragniemy żyć w rozkwicie.
Przywróć słowom ich znaczenia.
Krzywe lustra od nas zabierz,
a Duch, który świat nasz zmieniał
niech pojawi się w Warszawie.
Marek Gajowniczek, 26 october 2013
Jak Chaplin piłeczką świata
bawi się dziś demokrata.
Podbija, rzuca i kopie.
Zjazd będzie. Tu - w Europie.
Najlepiej na Narodowym.
Uderzył w globusik z głowy.
Przyjemnie jest ludzi okiwać,
bo radość jest z tego prawdziwa.
Jak Chaplin wszedł na swe biurko.
Ta władza jest lekka jak piórko.
Wystarczy dalekie podanie
i sukces przynosi kopanie.
Najlepiej do jednej bramki.
Niech reszta wisi u klamki,
bo dzisiaj już golkipera
tak łatwo się nie wybiera.
Jest przepis i procedura
i w nosie mam pawie pióra,
kulturę i wszelkie oprawy.
Uderzył znów dla zabawy.
Chcą święta? - To będzie święto
i choć by mnie nawet przeklęto -
piłeczka po mojej jest stronie.
Pięścią trzasnął w globus na koniec.
Marek Gajowniczek, 26 october 2013
W zatłoczonym metrze w Londynie
przyglądał się chłopak dziewczynie.
Jechała w turbanie na głowie,
co raczej jest rzadkie wśród kobiet.
Nie patrzył dlatego w jej oczy,
bo turban uwagę przytroczył
myślami, czy toczek to nie jest,
a wszystko to w metrze się dzieje.
Obraca się metro londyńskie,
jak żarna, jak kamienie młyńskie.
Pochłania w swe wejścia tłumy.
Potrafi przemielić rozumy.
Oczęta miała cudowne.
Bezdenne, głębokie i zgodne.
Iskiereczki smutku, zabawy,
migały w tych oczach jak zjawy.
Być może ten chłopak był gender,
a metro działało jak blender.
Doszczętnie roztarło zmysłowość,
zachętę, ciekawość i płciowość.
Po co jej na głowie ta wieża?
Być może coś złego zamierza.
Czy nie jest to ukryta wdowa?
Ruszyła lawina cyfrowa.
Dostrzegło też oko kamery,
że chłopiec strzeżonej jest sfery.
Emblemat uczelni miał w klapie.
Badano na każdym pułapie.
Zdarzenie z pozoru niewinne
od innych uznano za inne.
Skupiły się satelity
na metrze, Londynie i City.
Przekazy, kanały i pływy
poruszyły umysł wrażliwy
i z klawiatury w świat płynie:
"W zatłoczonym metrze w Londynie..."
Marek Gajowniczek, 26 october 2013
Spotkali się jak to młodzież
w sobotę przy samochodzie,
a właśnie skończył się piątek.
Rozmowa na dobry początek.
Jesienią długie są noce.
Wóz stary i resor klekocze,
lecz takie to amerykańskie.
Uczucia nie zasną bezpańskie.
Dwóch młodych. One bardzo młode.
Noc długa. Chcą przeżyć przygodę,
a właśnie skończył się piątek.
Ktoś śmielszy już wyjął wyjątek.
Dwie młode. Naprawdę urocze.
Wóz stary i resor klekocze,
lecz takie to amerykańskie.
Uczucia nie zasną bezpańskie.
Dwóch młodych. Fotele jak w kinie,
a chłopak przy każdej dziewczynie
koniecznie jak twardziel chce wypaść.
Noc długa. Nie ma o co pytać.
Wóz stary i resor klekocze.
Ulica. Chodnika pobocze.
Bez echa nic nie zostanie.
Być może to złe parkowanie.
Marek Gajowniczek, 26 october 2013
Czarna noc październikowa wyłączyła światło.
W czarną dziurę mysz się chowa. Tak żyć nie jest łatwo.
Koc głupoty spadł na głowy. Kretyn zamiótł śmiech.
Nad miastami smog rządowy. Do drzwi stuka grzech.
Teatr "Dziadów" nie wystawi. Zjadł milczącą owcę.
Lewak lontem znów się bawi. Nic już nie jest proste.
Duch Rapacza u Porczyńskich klęczy przed obrazem.
Cienka spłonka. Strach się jąka - wyraz za wyrazem.
Zbierają się stare mary nad frankfurckim wieńcem.
Chichotem głaszczą zamiary. Wyciągają ręce.
Nike przeszła Łazienkowską. Tym razem milcząca.
Zjeżdża policja i wojsko. Zabronią się wtrącać.
Śpią Kordiany. Spektakl zgrany. Gustaw na ustawie,
a Konrada szwancparada postraszy w Warszawie.
Budzi się Rewolucyjna w kamiennych klawiszach.
Czarna noc październikowa. W Belwederze cisza.
Marek Gajowniczek, 25 october 2013
Przyszedł żołnierz do Urszuli.
Po żołniersku ją przytulił.
Potem drugi raz i trzeci.
Wyszła z tego trójka dzieci.
Życie mija i czas leci.
Dziś już dzieci mają dzieci.
Wychowane jak należy.
Wszyscy kochamy żołnierzy!
Gdyby nie to nasze wojsko,
kogo byś wysłała Polsko?
Poznała już ziemska kula
kim był żołnierz, kim Urszula.
Zawdzięczamy im tak dużo
Nad pustynną przeszli burzą.
Przelecieli przez pół świata.
Wojsko zawsze lubi latać.
Zawsze też chętnie przytuli.
Zawdzięczamy to Urszuli,
bo gdyby tak dać nie chciała -
kompania by nie śpiewała!
Nie śpiewał by o niej pluton
nie podawał rytmu butom.
I nikt by się nie rozczulał.
W garnizonie jet Urszula!
Marek Gajowniczek, 25 october 2013
Lubię panów z dwudniowym zarostem.
Przeciągnęła mi ręką po twarzy.
Wszystko takie wydało się proste.
Wszystko teraz się mogło wydarzyć.
Lubię takich walczących, odważnych,
którzy śmiało sięgają po swoje.
Zrozumiałem - zaczyna mnie drażnić.
Ja w piżamie i ledwo stoję.
Trudne są te poranne dziewczyny.
Zwłaszcza dla starszych panów - wieczornych.
Jesień długo nie szuka przyczyny.
Czas potrafi przełamać opornych.
Słońce wszystko ubarwia i cieszy,
bo nie będzie go wkrótce za dużo.
Jakiś smutek jesienny mnie przeszył.
Zamyślenie nad długą podróżą.
Jakaś senność z oczami w błękicie
i lenistwo rozlane w pościeli.
Pomyślałem, cóż takie jest życie.
Chociaż takie by inni mieć chcieli.
Marek Gajowniczek, 25 october 2013
Dzisiaj wielka konferencja.
Będzie rząd. Magnificencja.
Rabin oraz dwaj biskupi.
Media dały się ogłupić.
Celebrytki. Celebryci.
Napaleńcy. Niewyżyci.
Kwiat młodzieży. Reporterzy.
Kilku takich, co chcą przeżyć.
Na buraka burak mruga.
Ja na służbie. Ja usługa
Niezła dzisiaj kołomyja.
Będzie chryja... będzie chryja!
Są na pewno pederaści
z różnych opcji. Różnej maści.
Zamknij kufer. W spodnie lufę.
Obstawiamy salę, bufet.
W razie czego - na mnie mrugaj.
Ja na służbie. Ja - usługa.
Podjeżdżają limuzyny.
Słychać szmerek - s...syny.
Takim dobrze się powodzi.
Proszę wchodzić! Proszę wchodzić!
Gospodarz ręki nie poda.
Taka moda. Taka moda.
Pan tu także profesorze?
Aj, nie mogłem trafić gorzej!
Proszę zdjąć te boa z piór!
Wielka dama. Przy niej nur.
Na miejscu już jest komisja.
W wejściu zator. Kłótnia. Scysja.
Garderoba poszarpana.
Pani była obrażana!
A pan kto? - Urzędniczyna!
Ładnie wieczór się zaczyna!
Zagubiła się publika
w oświadczeniach, w polemikach.
Zapomniała profesura,
czym jest grzeczność i kultura.
Wykładowca lży docenta.
Pański tytuł na przekrętach
za komuny uzyskany!
A pan pewnie z tych słomianych,
do salonu przyszedł z gumna!
Pańska głowa - bezrozumna!
Oprócz gwiazdek, nic w niej nie ma!
Niech pan lepiej zmieni temat,
bo pokażę tu każdemu
pewien wyciąg z IPN-u!
Niech zobaczą, kto był świnią!
Krzyczą. Wrzeszczą, aż się ślinią.
Mruga burak na buraka.
Ale chryja... ale draka.
Słyszałem od jego żony,
że jest wciąż niedouczony,
za to córka wyszkolona.
Która to jest jego żona?
Ta wysoka. On jak kajtek.
Na pewno przyszła bez majtek.
Trzeba by ją lepiej chronić.
Chodźmy za nią. Dzwonek dzwoni.
W holu zator dziennikarzy.
Włos rozwiany. Pot na twarzy.
Chaszcze łokci i bicepsów.
Nie pchaj się baranku z plebsu.
Telewizja ma pierwszeństwo!
Krzyki. Ścisk. Kłótnie. Szaleństwo.
Wolna droga dla rzecznika!
Wprost. Agora. Polityka.
I panienki dziennikarki.
Kuso, aż przechodzą ciarki,
aż się oczy do ud lepią.
Tłok. Ściskają. Łapią, Klepią.
Zabierz łapy! Trzymaj w górze!
Ciaśniej, głębiej, mocniej, dłużej.
Mruga burak na buraka.
Ale chryja... ale draka.
Z tamtą byłem na wywiadzie.
Potrzebowska jest przy dziadzie.
Na każdego jest otwarta.
Niezła sztuka. Grzechu warta!
Ustawimy się tuż tuż.
Przyda jej się anioł stróż.
Na parkingu przed budynkiem
chłopak wypił odrobinkę
potem nałożył słuchawki.
Zapytał - Są już migawki?
Siadł w kontener pod talerzem
i poleciało w eterze:
- Pederaści różnej maści.
- Jak mikrofon trzymaj w garści!
- Niezła sztuka! S...syny.
- Odsuń się pan od dziewczyny!
- Świnia. Wyciąg z IPN-u.
- Obciągaj sobie samemu.
- Ale chryja... ale draka.
- Może lepiej na stojaka.
- Która to ta wyszkolona?
- Pani była obrażona!
- Przemówi magnificencja.
Odbyła się konferencja,
lecz awaria jest na łączach.
Nagrałeś to? Nie wyłączaj!
Na ekranie - jedno zdanie
zastąpiło sprawozdanie.
Poszedł skrót. Dobry dziennikarz
zawsze słucha pułkownika.
Słupki w górę. Trwa kadencja.
Wkrótce telekonferencja!
Na buraka mruga burak.
Jest O.K! Pełna kultura!
Ja na służbie. Ja - usługa.
Na zegarze biła druga.
Terms of use | Privacy policy | Contact
Copyright © 2010 truml.com, by using this service you accept terms of use.
12 april 2026
Sorrowhead (ex Cheval)
12 april 2026
wiesiek
12 april 2026
Jaga
11 april 2026
Sorrowhead (ex Cheval)
11 april 2026
wiesiek
11 april 2026
Sorrowhead (ex Cheval)
11 april 2026
Anthony DiMichele
11 april 2026
Anthony DiMichele
11 april 2026
Anthony DiMichele
11 april 2026
Anthony DiMichele