Marek Gajowniczek, 31 october 2013
Posiwiały mchy na korze.
Korzenie zbutwiały.
Coraz więcej jest zagrożeń.
Silne wiatry wiały.
Korona pień pochyliła.
Wydłużyła cienie.
Obwisła gałąź przegniła.
Liść opadł na ziemię.
W każdej chwili może runąć.
Drzewu wsparcia trzeba.
Stok po burzy się obsunął
i rozmiękła gleba.
Marny los drapaka czeka.
Usycha w samotni.
Za robotą w świat wyjechał
ostatni robotnik.
Posiwiały mchy na korze,
bo czas swoje zrobił.
Rosła lipa tuż przy dworze.
Dziś straszy, nie zdobi.
Marek Gajowniczek, 30 october 2013
A ja tak lubię chryzantemy
i fortepiany czarne lubię.
Przed jesienią nie czuję tremy,
lecz we wspomnieniach już się gubię.
Nokturn mnie wciąga w zamyślenia,
kwieciste bujne i bogate.
Mocne akordy, przesilenia
skrywają tęsknotę za latem.
Minęło, ale zostawiło
wypełnione kwieciem wazony.
W domu dostojnie się zrobiło
i można poczuć się spełnionym.
Jak jesień żegnasz się z zielenią.
Żal sypnął perły na klawisze.
Odchodzisz z białą chryzantemą.
Rytmicznie biodrami kołyszesz.
Marek Gajowniczek, 30 october 2013
Polski Kościół Faryzejski
Kupców Przyświątynnych
jest bardzo europejski.
Otwarty na innych.
Nie ma jeszcze dobrej prasy.
Odstaje w reklamie,
ale zna dalekie trasy
i wodę w Jordanie.
Ubój uznaje za prawo.
Komunę za braci.
Występek brzydką zabawą
człowieka nie szmaci.
Miłosierne wznosi głosy.
Na wszystko jest zgoda.
Ma być bosy? - Będzie bosy!
Jeśli taka moda.
Będzie mówił do kamienia.
Rozmawiał z ptaszkami.
Czasy trudne. Świat się zmienia.
Kto winny? - My sami!
Wykruszają się prorocy.
Tylko Adam został.
Ma coś z żebrem i się poci.
Dziura w Brava Costa.
Płynie lud do Lampedusy,
lecz Rzym nie dla niego.
Trudne czasy. Rośnie nasyp
za nim góra złego.
Barabasze za kratkami.
Ktoś chodził po wodzie?
Chce wygonić Przyświątynnych?
Ratuj nas narodzie!
Od Annasza do Kajfasza
płyną oświadczenia.
Listy wsparcia? Dobra nasza!
Jednak coś się zmienia.
Tu nie słucha się Maryi,
bo to polityka.
Jedzie Jezus do świątyni.
Wita Go publika.
Dostał na to pozwolenie,
ale czekać musi.
Podobieństwa. Przypomnienie,
a zło ludzi kusi.
Marek Gajowniczek, 30 october 2013
Siedział w twardej skorupie
Golem wszelkich dyskusji
i wszystko było głupie,
a on rozum miał w muszli.
Ociężały i stary
całą wiedzę pozbierał.
Tę ze "Zbrodni i kary"
i tę z bunkra Hitlera.
Z emigracji Paryża
i tę z "Mędrców Syjonu".
Mógł patriarchom ubliżać.
Blisko trzymał się Dzwonu.
Na nim się opierała
każda tutejsza racja.
Kancelaria i pałac
i cała demokracja.
Tak jak wszyscy Golemi
myślał, że będzie wieczny.
Inni poszli do ziemi,
a on czuł się bezpieczny.
Choć się wolno poruszał,
jednak był w każdej dziurze.
Zawsze pierwszy wyruszał
przeciw prawu, naturze.
Co powiedział - od razu
w złoto się zamieniało.
Zawsze był bez wyrazu.
Zawsze brzydko pachniało,
ale czołem mu bito
i zdobiono wstęgami.
Chodził z głową odkrytą
a powłóczył nogami.
Był pomnikiem, taranem.
umysłowym molochem.
Nagle wczoraj nad ranem
przyznał sam: - Jestem prochem.
Ogłupiały programy.
Opuszczono w dół głowy.
Wypaczyły się ramy
deklaracji rządowych.
Redakcyjny chleb sczerstwiał
i ze smutku zzieleniał.
Każdy tuz tu wszechmocny
w marionetkę się zmieniał.
Bliski koniec zobaczył
ten, kto końca się nie bał,
a w narodzie rozpaczy
jakoś nikt nie dostrzegał.
Może tam jej nie było,
bo to lud zaściankowy.
Może mu się znudziło
słuchać prawd golemowych,
bo ich wagi i siły
nigdy sam nie doceniał
i nie takich przeżyły
liczne tu pokolenia.
Marek Gajowniczek, 29 october 2013
Ona płakała, a on ją objął
w kącie, na szpitalnych schodach
i przyglądała się temu dobroć.
Ktoś tej dobroci żałował.
Scena nie była nienaturalna.
Tutaj to prawie codzienność.
Klatka schodowa. Cisza szpitalna.
Ciężarem stała się wieczność.
Schody kamienne. Zwyczajne, szare
a takie - do przejścia trudne.
Być może dobroć była oparem.
Nadzieje bywają złudne.
Łza jednak była bardzo prawdziwa.
To ona tworzyła ducha.
Nawet po jednej dobroć ożywa
i patrzy na nas i słucha.
Została przez to zapamiętana.
Na ziemię wróciła z wierszem.
Chociaż jest czyjaś - obca, nieznana,
współczucie wzbudza najszczersze.
Na pierwszych stronach krajowej prasy
zjawiły się kondolencje.
Najlepszy człowiek na trudne czasy,
na wsparcie i na kadencje.
Padły zaszczyty, padły pochwały.
Czernią kapały litery.
Łzy polityce nie pasowały.
Żal nie wydawał się szczery.
Tamten ze schodów był wyczuwalny,
wprost namacalny, obecny,
a ten dostojny i tytularny
nie wierzył, że będzie wieczny.
Jakby go wcale obok nie było.
Jakby się zapadł pod ziemię.
Umiera pycha. Umiera miłość.
Zabiera ducha milczenie.
Marek Gajowniczek, 29 october 2013
Zażenowanie.
Plama na ścianie.
Ten pająk był czerwony?
Zakłopotanie.
Niesmak zostanie.
Trudno być zadowolonym.
Piękny on nie był.
Narobił biedy,
a przecież to stworzenie boże.
Nieraz ukąsił.
Krew ludzką sączył.
Stąd plama w takim kolorze.
Na samym froncie.
Lepiej by w kącie
doczekał swojego końca.
Pająk czerwony?
Zadomowiony.
Nie szkoda!
I pies go trącał!
Marek Gajowniczek, 29 october 2013
Zarysowali niebo krzyżami
jakby się coś wydarzyło.
Popiół na głowy ludziom sypali,
aż w oczy piekło paliło.
Mają tu władzę. Mają pieniądze
na loty i na paliwo
i chcieli wszelką tutaj, jak sądzę,
wygasić ludzką złośliwość.
Żydowskie płaczki obsiadły radia,
ekrany i łamy prasy
jakby zapadła im się zapadnia
i wpadł w nią ze szczawiem nasyp.
I jęk się rozległ długi i niski,
a niebo się słońcem śmiało.
Zaklekotały żebracze miski.
W Lublinie zło okulało.
Gdzieś pax vobiscum na pożegnanie
zdało się słyszeć w oddali,
po czym skończyło się zadymianie.
Błękit się czysty utrwalił.
Marek Gajowniczek, 28 october 2013
Jesiennie, więc dekadencko
z postawą luźną, niemęską
nucę wciąż człapiące rege
w dal idąc przepaści brzegiem.
Jesiennie - filozoficznie
o życiu myślę lirycznie
słów wnętrze dzieląc na role.
Spoglądam na to, co w dole.
Na czerwień lasów bukowych.
Na barwy, które mam z głowy.
Na uciekające strumienie.
Wędruję. Ścieżki nie zmienię.
Lubię to rege człapiące.
Powolne jak gasnące słońce.
Spokojne, takie schyłkowe
i krótkie, bo przedzimowe.
Człap ze mną muzyczko, człap.
Gdy zechcę zmienisz się w rap.
Zapragnę - podskoczysz czasem.
Nie jestem takim smutasem.
Jesiennie - ku zachodowi,
na niespodzianki gotowi
idziemy po czasu grani
spokojni, syci, choć zgrani.
Człap ze mną muzyczko, człap...
Marek Gajowniczek, 28 october 2013
Zbiera się. Pęcznieje. Rośnie.
Wygląda żałośnie.
Kumulacja! Hit! Atrakcja!
Wciąż głośniej i głośniej.
Aż przychodzi taka chwila,
że kogoś utrafi.
Złotą rybę - na pohybel!
Wznieś toast! Się napij!
Kumulacja! Obrzydliwość.
Zła uosobienie.
Przelewa się nieuczciwość
i staje się cieniem,
gdy przychodzi taka chwila,
że kogoś utrafi.
Złotą rybę - na pohybel!
Wznieś toast! Się napij!
Miałeś może trzy życzenia,
pałace i służby
i liczb kilka do skreślenia,
górę weksli dłużnych,
ale przyszła kumulacja.
Wszystko diabli wzięli.
Minął hit! Żadna atrakcja.
Już jest po niedzieli.
Marek Gajowniczek, 28 october 2013
Po co rzucasz tu słowa?
Atmosfera nerwowa
i bez słów niebezpiecznie gęstnieje.
Sytuacja jest nowa.
Zmowę zabiła zmowa.
Niepotrzebnie rozbudzasz nadzieję.
Po co podsuwasz myśli?
Po niektórych już przyszli.
Ludzie żyją z piątku na sobotę.
Uwiązani do dyszli,
teraźniejsi i przyszli
ciągną górę milczenia z kłopotem.
Po co szukasz tu zgody?
Uzgodniły narody
jakie będą następne świadczenia.
Mają swoje powody.
Od powietrza i wody
izolują potrzebę istnienia.
Po co pytasz dlaczego?
Alfa będzie omegą
i ostatnich zobaczysz wśród pierwszych.
Szkoda słów. Szkoda myśli.
Lepiej zęby zaciśnij.
Może jutro narodzi się z wierszy.
Terms of use | Privacy policy | Contact
Copyright © 2010 truml.com, by using this service you accept terms of use.
12 april 2026
Sorrowhead (ex Cheval)
12 april 2026
wiesiek
12 april 2026
Jaga
11 april 2026
Sorrowhead (ex Cheval)
11 april 2026
wiesiek
11 april 2026
Sorrowhead (ex Cheval)
11 april 2026
Anthony DiMichele
11 april 2026
Anthony DiMichele
11 april 2026
Anthony DiMichele
11 april 2026
Anthony DiMichele