Zmiana sposobu prezentacji
Widzisz tatko
nie zjemy już razem
wielkanocnego barszczyku.
Na tym portrecie siedzisz
świątecznie ubrany
jakbyś czekał na gości
i zaraz miał wstać
do powitalnych uścisków.
Jakby za chwilę miał rozlec się
świąteczny rwetes i gwar
a telefon na ścianie
rozdzwonić życzeniami Alleluja
W kieszeni marynarki czas zerwany z łańcuszka.
Na twarzy zastygły uśmiech.
Nie podam ci chrzanu z twojego ogrodu.
(...)
--- cały tekst ---
Przeszło pół wieku zbierała niedopałki
gaszone przez pośpieszne dłonie.
W rzeźbionych brzegach spoczęło życie
bogate w plany, trwogę
i rachunki słone.
Unoszą się z dymem duma, ambicje
by zanieść śmiechem i szlochem w dół
niepobożne życzenie na ostatnią drogę
popiół
Poranek.
Dach sąsiadów wschodzi.
Starannie prostuję dla ciebie płatki,
odżywiam rosą.
Południe.
Dach lśni w słońcu,
zarumieniona czekam na spóźniony autobus.
Jedziesz do mnie.
Wieczór.
Dach zachodzi,
rozkwitam w twoim spojrzeniu.
Zębami zrywasz płatki.
Noc.
Nie widać dachu.
Mam kolce.
Skradliśmy nasze dłonie
poświęconym obrączkom
splatając je w kasztanowej alei.
Nieprawe łoże czekało na rozkosz
od dawna nieznaną prawemu.
Ręce na nowo rzeźbiły ciała,
oczy płonęły blaskiem dusz,
błogosławiło źródło westchnień
i śpiew ptaków.
Rozstanie było oczywiste
jak wschód słońca
i niezachodząca tęsknota
schnących w kieszeniach
kasztanów.
Po peronie potoczyły się bagaże
i nasze stopy.
Lżejsze przy radosnym powitaniu.
Odjazd o dwudziestej trzeciej
jest planowy.
Rozstanie odbywa się punktualnie.
Uważnie sprawdzamy bilety,
zamieszanie z miejscem w przedziale
nie przerywa śmiechu –
konduktora łez ściskających gardło.
Głośny gwizd i stukot szyn
miarowo oddala słane pocałunki.
Opustoszały tor łączy
cichym żalem tęskniących serc.
No i stało się.
Jak grom z jasnego nieba spadło na mnie zakochanie.
Bum!
A przecież tak dziękowałam Bogu, że mimo wszystkich trosk, oszczędza mi tego – tak znanego z młodości uczucia, tej dręczącej chemii, tym gorszej, że miałam notoryczne skłonności do zakochiwania się w mężczyznach, którzy w ogóle tego ode mnie nie oczekiwali i nielubienia wszystkich, którzy gotowi byli skoczyć za mną w ogień.
I co? To, za co dziękowałam zostało mi odebrane? Podobnie jak wcześniej, kiedy pragnęłam wyrazić Stwórcy wdzięczność, a że nie wpadłam na inny pomysł – dziękowałam za piękne i zdrowe nogi… Rychło okazało się, że muszę się poddać operacji wstawienia endoprotezy biodra, na szczęście udanej.
Nic nie zapowiadało uczuciowej burzy. Z braku innych atrakcji siedziałam w Internecie i pośród wielu tekstów, czytałam wiersze Michała – utrzymane w moim smętnym klimacie, ale – przyznam nieskromnie –mniej przemyślane, rzewnie spontaniczne. Nie wiedziałam, dlaczego mnie irytuje. Dla zabawy wysyłałam do niego buńczuczne i -maile, on nie pozostawał dłużny.
Później poczęstowaliśmy się swoimi fotografiami. Tu już można było być czujną, przezorną i wycofać się rakiem. Jak zaczarowana wpatrywałam się w jego usta, jakże pięknie wykrojone! Ale zamiast uciekać, beztrosko przeszłam do następnego etapu znajomości: rozmowy telefonicznej.
Jaki on miał głos! Jaki głos! (...)
--- cały tekst ---
one wpatrują się
z odwiecznym smutkiem
uzbrojone w proszki
świętą cierpliwość
oni wracają obcym zapachem
spojrzeniem zwycięzcy
uwagą sapera wśród min
kiedy
zasypiają snem sprawiedliwych
we mnie przegląda się łza
kolejną rysą odbijam pytanie
czego im brak
Mam dom solidny jak jego mury –
Myślałam.
Łudziłam się: wróci twoja miłość, wróci…
Czekałam.
Oszukano mnie, jestem biedna
I nie umiem nic –
Płakałam.
A świat zachwycał maratonem.
Kto lepiej, dalej. Kto pierwszy?
Dziś się uśmiecham:
Jestem bogata.
Mam kilka wierszy.
muszę pilnować swojego uśmiechu
świat go zobaczy i skrzywdzi
muszę pilnować oczu
by nie uciekały w marzenie
najczytelniejsze z czytelnych
ręki żeby z dawnym zwlekaniem
sięgała po telefon
telefonu żeby jak wtedy
nie zawsze był przy mnie
butów – niech prowadzą
starymi ścieżkami daleko od
ciebie
