Zmiana sposobu prezentacji
Isabel przy wtórze bębnów i gitary krzyżuje dłonie na sercu
Isabel przy wtórze bębnów, oboju i gitary
krzyżuje dłonie na sercu, potem wysuwa stopę
i ręce układa jak ptak, który wolno szybuje,
a jedno skrzydło ku niebu, a drugie blisko ziemi.
Smolisty warkocz na plecach, gruby i nieruchomy.
Jak derwisz sennie leniwy zamknęła ciemne oczy
i jednostajnie się zwraca ku czterem stronom świata.
I moje dłonie na sercu. Także wysuwam stopy
na przemian przed siebie w tańcu. Rytm jest odbiciem życia.
Lecz nie odfrunę do nieba i nie uśmierzę myśli,
bo spod przymkniętych wciąż powiek na Isabel spoglądam.
Może jesteśmy tym samym, łączy nas ruch i światło,
a jednak skóra jej gładka i usta bardzo różowe.
Jak ona też kiedyś byłam. Wiosenna jak Isabel.
Pod lipami, Walther von der Vogelweide (przekład z niemieckiego)
Walther von der Vogelweide (1170-1230), Unter den Linden
W liliowych wrzosach było cicho,
możecie jeszcze zobaczyć ślad,
gdzie łoże nasze tam pod lipą,
pomięta trawa, złamany kwiat.
Pod lasem wiatr powiewał -
Tandaradaj!
a słowik słodko śpiewał.
Biegłam do niego jak w gorączce,
Szlachetna pani! tak witał mnie
miły, gdy czekał już na łące,
a ja szczęśliwa jak w czułym śnie!
Czy całował? Tysiąc skarg!
Tandaradaj!
Spójrzcie na tę czerwień warg.
Posłanie z kwiatów nam kobierca
miły zgotował, było błogo -
(...)
--- full text ---
Szkic do życiorysu w trzech odsłonach
Odsłona pierwsza: Dziecko kocha kwiatki, zwierzęta
i Kubusia Puchatka. Rośnie w gorączce miłości, aż wreszcie
wyrastają mu szpony. Uśmiecha się krzywo: gatunek dziwoląg.
Odsłona druga: Układy z całym światem. Krzyk gasi sumienie, dorosłość
na miarę prawdy lub kłamstwa. Słodka miłość przebiega na palcach.
Na szczęście szpony po latach tępieją. Lecz niestety, czasem żółć zalewa serce.
Odsłona trzecia: Księżyc obojętny i daleki. Biel gra teraz
inną rolę, a śnieg w odpowiedzi skrzypi pod nogami.
Jeśli się uda, cienie zaśpiewają dawną kołysankę.
Idzie przez las z duszą na ramieniu.
Gdybyż był chociaż cieniem października
albo przed-cieniem świątecznego grudnia!
Lecz on o sobie sam stanowić umie
w światłach cmentarnych, mgłach, śliskich ulicach.
A gustu za grosz i cóż za obyczaj! -
Woła na słońce ostrym gwizdem wiatru
w gołych gałęziach, więc ono się boczy,
dzień zostawiając deszczowi. Na szybach
przecinki mokre - to kod listopada,
króla depresji, zjadacza kolorów.
Nie dość wszystkiego - jeszcze te sny zsyła,
miłości każąc w kruczą przepaść skakać -
jak gdyby za dnia nieprawdziwa była
i trzeba siły, by w szczęście uwierzyć.
pośród zieleni drzew rozpromienionych
- na twarzach zmarszczki dopiero poczęte -
dziesięć lat temu jurni i bezbronni
- a w oczach naszych słońca wniebowzięte -
odchodzisz jednak by pewnego lata
zjawić się nocą na spacerze wonnym
słowa wymówić - powaga je splata -
zniknąć gdy zegar północ w dali dzwoni
w pamięci błądzę przeszukuję bramy
przeszłość tasuję jak karty bezładne
walczę ze śniegiem ze śmiechem lub łzami
- powraca wiosna i lecą żurawie -
jesteś czy nie ma cię - miłości chciwi
sami nie wiemy którzyśmy prawdziwi
W lustrze ta twarz
moja – nie moja
w zmarszczki już strojna
jak w ordery
po co to komu
do cholery
W lustrze ta twarz
nie moja - moja
mniejsze już oczy
usta węższe
opada owal
serce cięższe
I twoja twarz
twoja – nie twoja
nieswoi dalej
żeglujemy
wyboru nie ma
więc żyjemy
I nagle śmiech
pamięć przyciąga
(...)
--- full text ---
tutaj woda płynie całkiem bez umiaru
tutaj woda płynie całkiem bez umiaru
w pianę zmieniają się lęki by zniknąć w podłodze
susza afrykańska z łazienką w Europie
nie ma nic wspólnego już raczej
pluskanie Kleopatry kąpiele Marata
ich skórę także gładziły przyjazne strumienie
w przerwie sutomyślnej w krzykliwych rozmowach
ze zwolennikami Rzymu lub żyrondystami
koiły przez chwilę ciało i sumienie
wodo życiodajna co przywracasz zmysły
pragnienie ciebie z niczym równać się nie może
pierwszy haust po długich bezwodnych godzinach
nigdy nie będzie oczywisty
wodo życiożerna co zalewasz domy ogrody i pola
porywając martwe bydło kwiaty cmentarze i krzyże
cóż znaczą łzy przy tak bezgranicznej potędze jak twoja
tyle co nic
lecz tutaj jesteś tylko spokoju mistrzynią
twój szum jak oddech morza i odległa podróż
bezpiecznie jest przy tobie jak kiedyś
(...)
--- full text ---
i tak
i nie
i tak
i nie
tęcza na niebie na początku życia
bo deszcz bo słońce i ta ulica
trawa ta sama latarnie i bez
ktoś idzie naprzeciw sąsiadka i pies
i tak
i nie
i tak
i nie
dwoje podwoje okna ślub wesele
księżyc im świadkiem ty mój aniele
czasem w udręce zatrute słowa
szturchnięcia na wietrze trudna rozmowa
i tak
i nie
i tak
i nie
jesienią mrozy nastały za wcześnie
głowy już siwe oni jak we śnie
czas nie oszczędza mgliste zasłonki
(...)
--- full text ---
stoję w deszczu w głębi czaszki huczą słowa
że nie teraz pora na nas na spotkania
księżyc uciekł w głębię nieba za chmurami
ciemno wokół noc ponura mnie osłania
ty nie przyjdziesz wiem to przecież już od dawna
bo odległość inni ludzie i chłód ciała
by o śmierci i miłości znów rozmawiać
trzeba wiedzieć kto ważniejszy ten się wzbrania
więc czekamy już od wieków tak na siebie
w ceremoniach zaplątani i w nadziejach
gdzie ty jesteś nie wiem jeszcze a co gorsza
może całkiem zapomniałeś o istnieniu
„Jest to, powiadają, pospolity obyczaj przy spotkaniu takich władców, aby najznakomitszy był przed innymi w umówionym miejscu, ba, nawet przed tym, u którego zjazd się odbywa; a to dlatego, aby ten pozór świadczył, że to mniejsi odwiedzają większego i starają się o jego łaskę, nie zaś on ich.”
Michel de Montaigne, „Próby”, Księga pierwsza, „Ceremonia spotkania się królów”
mogłam żyć wśród winnic w kraju pokoju lub wojny
czytać w świętych księgach Wedach albo w śniegu ślady
wierzyć w mądrość Natury lub siłę Przypadku
w Stwórcę czy wielu bogów a może w demony
w nic a w ostateczności w zwątpienie
mogłam mogę mogłabym świat taki otwarty
czas zdaje się muszlą a ja w niej ziarenkiem
czyjaś ręka potrząsa nami
więc wpadam w zakręty a muszla szumi
jakby była oceanem głosami przechodniów ptaków kantyleną
wiatrem buszującym wśród liści
tylko nie upadnij
muszlo
muszelko
