Zmiana sposobu prezentacji
Żebrak światła!
Pod tkanką nieba:
białe kości chmur.
Ciepła krąży woda
w żebrach z kaloryfera.
Że krew raczej mniej krąży
w zblazowanych trzewiach...
I że żółć liści
ranki po lecie zakleja.
Gdy jedziesz na szczęśliwym powietrzu, to całe ludzkie istnienie wraz z jego bolączkami zdają się błahostką jak splunąć. W sensie, nie zrozumcie mnie źle. Szczęśliwe powietrze, to jak jakiś narkotyk, który wciągasz do płuc, krąży sobie we krwi, a ty dzięki niemu jesteś bardziej. Bardziej oddychasz, bardziej czujesz, bardziej się starasz, bardziej skupiasz i w ogóle jesteś obecny bardziej. Tyle, że szczęśliwe powietrze nie ma skutków ubocznych, no może z tym jednym małym wyjątkiem, że go w ogóle nie widać. I ktoś mógłby zwrócić tobie uwagę: Hej, co ty właściwie pierdolisz? Nie ma czegoś takiego jak szczęśliwe powietrze. Dobrze się czujesz? Ale ty doskonale wiesz, że ono jest. Niewyczerpywalne i zawsze. Dopóki raz po raz od chwili twoich narodzin unosi się i z powrotem opada twoja klatka z żeber. Dodatkowo, z każdym porannym przebudzeniem, gdy jesteś jeszcze jedną nogą w łóżku, owinięty snami, których nie potrafisz zazwyczaj spamiętać, możesz tą drugą nogą spróbować przemieścić się w stronę okna i otworzyć je. Bo tam, za szybą, czeka na ciebie następna porcja szczęśliwego powietrza. Może być, że jest ono z domieszką smogu i spalin. Z tym że nie jest to aż tak istotne, gdy szczęśliwe powietrze trwa poranne i chłodne. Wtedy nawet jeśli nie jest nieskazitelne, to i tak będzie szczęśliwe. I z każdym oddechem dociera do ciebie ten fenomen. Teraz. Że jesteś, że wypełniasz się światem.
--- cały tekst ---
"Całe to istnienie to jeden wielki mind-fuck".
A teraz rozmowa ze zwycięskim plemnikiem.
- Jak pan się czuł podczas tego biegu?
- Z początku byłem nieco zdezorientowany.. nie za bardzo wiedziałem co się dzieje. Wiesz jak to jest. Śpisz sobie smacznie w lewym jądrze, aż tu nagle ktoś wpada do pokoju i krzyczy „cycki na horyzoncie!”
- No tak, Promocja komórki jajowej na wspólne wyjście do świata zewnętrznego nie trwa zbyt długo...
- Człowieku! Miałem 3 nanosekundy żeby wyskoczyć z pidżamy i stać się samodzielną, autonomiczną jednostką...
- Wszystkich was było blisko 500 000 000, który etap biegu był dla pana najtrudniejszy?
- Z pewnością wyjście z progu... no i powrót przez gardło, tam było trochę przepychanek, wiesz, z tymi strajkującymi z Partii Mało Ruchliwych, aha no i ostatni wiraż na odbycie...
- To prawda! Miał pan niesamowity finisz, podobno utrącił pan główki dwóm chojrakom i cały czas siedział na ogonku rywalowi...
- Tak było? A tego nawet nie pamiętam... ale kojarzę, że gość przede mną w pewnym momencie zatrzymał się i zaczął walić swojego konia. To było dziwne. Gapił się na napływający tłum i krzyczał coś w stylu „och! Rozjedźcie mnie wy zuchwałe skurwysyny!”
- Pojebana akcja!
- No kurwa, bez dwóch zdań...
- A jak pan już dotarł do mety?
- Pamiętam jak wbiłem główkę w miękką, (...)
--- cały tekst ---
Mam na imię Adi. Stołuję się w najdroższej knajpie na świecie. Ta knajpa nazywa się własne sumienie. Robię rzeczy podłe. Takie, że zaraz po tym jak się wydarzą, chciałbym stać się małpą lub jakimkolwiek innym zwierzęciem, które w pakiecie oprogramowania od natury nie otrzymało opcji samoświadomości. Spoglądam w lustro. Z oparów uciech po nieprzespanej nocy wyłania się blada twarz szarego człowieka. Doskonale wiem czyj to zarys po drugiej stronie płaszczyzny pokrytej cienką warstwą srebra szkicuje mi jesienny światłocień. A może to nie jestem ja? Chciałbym, żebym to nie był ja. Łudzę się przez chwilę, że ten koleś w odbiciu to jakiś zwyczajny random, obcy everyman podmuchem wiatru zabrany z ulicy, co go losowość zdarzeń wkleiła w taflę równoległego istnienia. Metaliczny połysk kilkudniowego zarostu. Lekkie zmarszczki mimiczne. A może to bruzdy po starych łzach? Ironia nie rdzewieje. Podkrążone oczy, a na dnie źrenic spoczywa uporczywie jakieś niewyjaśnione poczucie; spokój, że już po wszystkim. Ten gość ma niewyobrażalną cierpliwość. I przegrał ostatnie pieniądze. Za każdym razem dzieje się to samo. Matematycznie to po prostu zbiór czynności i emocji obrysowany granicą czasu. Szybkie decyzje. Kombinacje. Niepewność, oczekiwanie, złość, radość, frustracja... talerz ze słowami jest głęboki. Ale ograniczony i przewidywalny. Znam już wszystkie krzywizny i wygięcia. Znów napełnia się.
--- cały tekst ---
w rozmowy w rynsztoku
w pełnym rynsztunku
z deszczu pod rynnę
porannych trunków
ktoś ze mnie podskórnie
znów krzyczy ratunku
w tym miejscu była kiedyś Żabka
jeszcze raz
była tu jasność
księżyc połyskiwał
hak nadgryziony arbuz
w poświecie uchylonej lodówki
majaczyło mięso snu
zbliżyłem się do parującej tafli
granice były nieoczywiste
zwróciłem twarz ku twarzy
drgała symetria zamkniętych powiek
idealny porządek wszechrzeczy
przeszkadzał w rozpoznaniu konturów
zgubię to światło
nim drzwi zostaną zamknięte
tyle zmarnowaliśmy pożywienia
a nadal nic nie wiemy o pestce
Nie ściągam butów –
do kąpieli i snu
– idę w tych samych.
W koszmary,
do piekła
z innych bajek.
Wisi mi sen
nabity na hak księżyca
jak mięso zwierzęcia.
W kałuży czarnej juchy
poprawiam oniryczny
przedziałek do pracy
i różowe okulary.
sądziłem
ucieczka
nie sądź byś nie był
okiem
oknem
otwartym
zamykam
tworzenie
bym nie był tworzony
stawanie
miękka krawędź równowagi
udręka zaciera
powietrze
stoi na baczność
powierzchnie
leżę na senność
nie ma
(...)
--- cały tekst ---
więc
zapomnieliśmy się
w splątanych zwojach
nawzajem nazywamy
włókna wspólnych snów
bezbłędnie wijąc ciepło
gdy
popełniliśmy się
szalenie spokojnie
by rozwiązać
supły
nici z oczekiwań
wisiał świt
nam pustkę
po cichu płonęła
pamięć
język światła
liże szare
popioły popołudnia
i komórki pełne listów
