birczin
WSZYSTKIE PRACE Poezja (26) Proza (17) Dziennik (24)
O autorze Znajomi (16)

Zmiana sposobu prezentacji

28 listopada 2021

proza

birczin
birczin

Szczęśliwe powietrze

Gdy jedziesz na szczęśliwym powietrzu, to całe ludzkie istnienie wraz z jego bolączkami zdają się błahostką jak splunąć. W sensie, nie zrozumcie mnie źle. Szczęśliwe powietrze, to jak jakiś narkotyk, który wciągasz do płuc, krąży sobie we krwi, a ty dzięki niemu jesteś bardziej. Bardziej oddychasz, bardziej czujesz, bardziej się starasz, bardziej skupiasz i w ogóle jesteś obecny bardziej. Tyle, że szczęśliwe powietrze nie ma skutków ubocznych, no może z tym jednym małym wyjątkiem, że go w ogóle nie widać. I ktoś mógłby zwrócić tobie uwagę: Hej, co ty właściwie pierdolisz? Nie ma czegoś takiego jak szczęśliwe powietrze. Dobrze się czujesz? Ale ty doskonale wiesz, że ono jest. Niewyczerpywalne i zawsze. Dopóki raz po raz od chwili twoich narodzin unosi się i z powrotem opada twoja klatka z żeber. Dodatkowo, z każdym porannym przebudzeniem, gdy jesteś jeszcze jedną nogą w łóżku, owinięty snami, których nie potrafisz zazwyczaj spamiętać, możesz tą drugą nogą spróbować przemieścić się w stronę okna i otworzyć je. Bo tam, za szybą, czeka na ciebie następna porcja szczęśliwego powietrza. Może być, że jest ono z domieszką smogu i spalin. Z tym że nie jest to aż tak istotne, gdy szczęśliwe powietrze trwa poranne i chłodne. Wtedy nawet jeśli nie jest nieskazitelne, to i tak będzie szczęśliwe. I z każdym oddechem dociera do ciebie ten fenomen. Teraz. Że jesteś, że wypełniasz się światem.

--- cały tekst ---

8 listopada 2021

proza

birczin
birczin

Rest-aura-cja

Mam na imię Adi. Stołuję się w najdroższej knajpie na świecie. Ta knajpa nazywa się własne sumienie. Robię rzeczy podłe. Takie, że zaraz po tym jak się wydarzą, chciałbym stać się małpą lub jakimkolwiek innym zwierzęciem, które w pakiecie oprogramowania od natury nie otrzymało opcji samoświadomości. Spoglądam w lustro. Z oparów uciech po nieprzespanej nocy wyłania się blada twarz szarego człowieka. Doskonale wiem czyj to zarys po drugiej stronie płaszczyzny pokrytej cienką warstwą srebra szkicuje mi jesienny światłocień. A może to nie jestem ja? Chciałbym, żebym to nie był ja. Łudzę się przez chwilę, że ten koleś w odbiciu to jakiś zwyczajny random, obcy everyman podmuchem wiatru zabrany z ulicy, co go losowość zdarzeń wkleiła w taflę równoległego istnienia. Metaliczny połysk kilkudniowego zarostu. Lekkie zmarszczki mimiczne. A może to bruzdy po starych łzach? Ironia nie rdzewieje. Podkrążone oczy, a na dnie źrenic spoczywa uporczywie jakieś niewyjaśnione poczucie; spokój, że już po wszystkim. Ten gość ma niewyobrażalną cierpliwość. I przegrał ostatnie pieniądze. Za każdym razem dzieje się to samo. Matematycznie to po prostu zbiór czynności i emocji obrysowany granicą czasu. Szybkie decyzje. Kombinacje. Niepewność, oczekiwanie, złość, radość, frustracja... talerz ze słowami jest głęboki. Ale ograniczony i przewidywalny. Znam już wszystkie krzywizny i wygięcia. Znów napełnia się.

--- cały tekst ---

2 kwietnia 2021

proza

birczin
birczin

Mięsne kukły (opowiadanie pisane jak wiele innych tylko po to, by zagubione ego zostało poczochrane po włosach przemijania)

To był znów jakiś popierdolony, bliżej nie znany nikomu dzień. Z tych co to wszystko nie działa i nic nie wychodzi. Chciałem coś powiedzieć, ale nie wiedziałem po co. Odczuwałem potrzebę wypowiadania słów, zbędnie i obojętnie. Obojętnie też jaka kobieta weszłaby mi w tym momencie do łóżka. Nie miało znaczenia czy będzie to zwiewna, urocza blondynka w nienagannie dobranej garderobie, w szpilkach na kilkunastu centymetrach, czy oczytana, otyła szara mysz z nadliczbowymi problemami rodzinnymi. Nie miałem absolutnie żadnych oczekiwań co do zewnętrznej rzeczywistości, która przechodziła przez moje źrenice jak duch przez ściany i osiadała bezbarwnie na siatce neuronalnej. Mógł być ziąb, mogło padać i być wietrznie. Mógłbym przeprowadzić zrzędliwą staruchę przez jezdnię, dając jej na jedzenie albo wódkę, i mógłbym też wygrać w kasynie kilka baniek. Mógłbym zaprojektować most, skończyć pod mostem, albo skoczyć z mostu. To wszystko nie miało tak bardzo żadnego znaczenia. Nic się nie liczyło. Moje istnienie było chwilową kombinacją przypadku, mrugnięciem powiek i migotaniem przedsionków, serdecznie fragmentaryczne i zabronione dla jakiegokolwiek celu.
Czy wy też tak macie? Wszystko to fantasmagorie. Biegniemy, płyniemy, ogarniamy – jakiś ruch. Żeby się nie przewrócić. Poboczna fabuła jest taka, że w ogóle nie obchodzą mnie losy mojego kraju. Nic a nic. Jestem patriotycznym egoistą. Po prostu, w (...)

--- cały tekst ---

30 stycznia 2019

proza

birczin
birczin

Coś wisi w powietrzu

Coś wisi w powietrzu... obawiam się jednak, że niestety jest to wrocławski smog. Godzina druga zero trzy w nocy. Odbieram klienta z Rynku. Erik. Jakiś długi kurs. Na Wróblowice. Cholera, gdzie to jest? Odległość 19 km. Czas przejazdu 20 minut. Dobry! Dobry! Do pewnego momentu tak wyglądała cała rozmowa. Jedziemy. Janerka śpiewa ze zoranej płyty, że Jezu jak on się cieszy z tych króciutkich wskrzeszeń... Czyste głośniki wypuszczają z siebie lingwistyczne piękno, którym zachwycam się wciąż na nowo. Pasażer wypuszcza z siebie gazy. Tym już zachwycam się nieco mniej. Otwiera okno. Jest świadomy smrodu, który generuje. Na zewnątrz jakieś minus dwa. Zimne powietrze smaga mi szyję i cuci nerwy. W aucie wytwarza się swoista akustyka - niby dudniący wiatr, kołatający o podsufitkę i kokpit. Strasznie mnie to drażni. Tym bardziej, że zagłusza Janerkę, a na zewnątrz jakieś minus dwa. Myślę sobie – nie będę gościa upominał, żeby zamknął, bo jeszcze gorzej się poczuje. Jedziemy. Mijamy stadion. Przejeżdżamy Leśnicę. To już jest koniec świata. Większy koniec świata jest tylko na Psim Polu. Na szczęście to w innym kierunku. Jedziemy. Zagapiłem się z deka. GPS pokazał ewidentnie: oodbić w lewo. Koryguję swój błąd mocno hamując i zawracam przez martwe pole. Kurwa mać, przepraszam! Tłumaczę się, głupio i na głos nie wiedzieć czemu. Ale co to? Coś spadło pod fotel kierowcy. Ja jestem kierowcą. Klient leży pod (...)

--- cały tekst ---

27 listopada 2014

proza

birczin
birczin

Bezpieczne usuwanie sprzętu i wysuwanie nośników

Tak. Zazwyczaj gdy poznajemy miłość – niekoniecznie miłość własnego życia, równie dobrze może być to po prostu zwykła, przelotna miłość, albo miłość czyjegoś innego życia, czyli osoby, z którą tą miłość generujemy – to powinna nam towarzyszyć jakaś odrębna historia, swoisty kod, wprowadzający we wspomnienia i doznania tożsame jedynie z tą właśnie miłością. Przy okazji mile widziane motylki w żołądkach, gwiezdny pył i magiczna poświata za każdym razem gdy wybranka naszego serca, tudzież ten jedyny przekracza próg pomieszczenia, w którym się znajdujemy. Ale czy tak jest zawsze? Wystarczy wejść na typowy dla naszych czasów randkowy portal, i szybko okazuje się, że wyjątkowość i czar pryskają jak bańki mydlane, albo gdzie pieprz rośnie, upstrzone laurem sympatycznych emotek, które, prócz tego, że pozbawiają nas rodzimego języka, to niby pomogą nam w wyrażaniu tego wszystkiego co w nas głęboko siedzi, łącznie z motylkami w żołądkach. Przy okazji motylki w żołądkach brzmią jak nazwa orientalnej potrawy. I pieprz to, bo nie mówię już o słodkich selfie ,albo pseudo selfie, albo o zdjęciach stylizowanych na selfe. Ach, gdy patrzę na twoje zdjęcie, to mam nieodparte wrażenie, że mój monitor produkuje znacznie więcej fotonów niż zwykle. Dziękuję, moim stylistą jest photoshop.  Każdy niemal odruch i gest może okazać się z góry i z premedytacją zaprogramowany, a stąd już o krok do (...)

--- cały tekst ---

20 listopada 2014

proza

birczin
birczin

Gra w wyzwania

Pomiędzy tym co napisane, powiedziane, zrobione, a tym co pomyślane – eony samotności. Przestrzeń jest złudna. Że sobie odpoczniesz, że relaks i tym podobne. Aż tu potrzeba. Tapety myśli. I słów. Na antyprzestrzeń. Ale wpierw wyłów co potrzebne. Co istotne. Jak ostatnio na mieście grałem w wyzwania z bratem, to tak mnie nakręciło, że od razu otworzyłem się na ludzi. Mój brat jest zajebisty. Choćby dlatego, że jest kompletnym zaprzeczeniem mnie samego. Drugim biegunem. Fizycznie i mentalnie. Myślę, że gdyby nas połączyć w jedną osobę, to powstałby jakiś pojebany nadczłowiek. Albo podczłowiek, chuj wie. Musiałem, musiałem wtedy otworzyć się na ludzi. Żeby nie wyjść na ciapciaka, tępaka, czy kogoś takiego. Ogólnie to chciałem stłumić ten zewsząd atakujący wstyd, przed kontaktem i relacją z nieznajomymi. Przecież jesteśmy wspaniali. No i zaczęło się. Zlecaliśmy sobie nawzajem najbardziej popierdolone rzeczy, jakie przychodziły nam do głowy. A tak na serio, to nie były one aż tak popierdolone, tylko takimi nam się wydawały, bo kontury postrzegania zostały nam mocno zmiękczone i nagięte przez szkło butelek z pienistym płynem, który przedostawał się z nich wprost w nasze spragnione gardła, żołądki i mózgi.  Zaczęło się niewinnie. Od tego, że miałem stanąć w drzwiach do pubu i do wszystkich bywalców się szczerze i szeroko uśmiechnąć, co nie miało związku z szyderstwem (na razie). Oczywiście (...)

--- cały tekst ---

30 września 2014

proza

birczin
birczin

Dojrzały ogryzek miłości (zabawa z wierszem)

"Świat jest komedią dla tych, którzy myślą i tragedią dla tych, którzy czują".
 
Cholera Go tam wie, a może jest odwrotnie?

To było we czwartek. Jak zwykle przy pogodzie po szkole, graliśmy w kapsle w piaskownicy pod naszym blokiem. Czwartki na naszym osiedlu były zazwyczaj słoneczne. Nie to co piątki, w które zawsze padało. Franek zajął się budowaniem drugiego odcinka specjalnego, i właśnie gdy kopał podwójny tunel, dobrnął do czegoś, na czym nagle musiał się zatrzymać. Spytałem co wyprawia, bo wyciągając to, na co się natknął, wyrzucił to w górę i odsunął się jak poparzony, sypiąc nam wszystkim piaskiem po oczach. Szorując i trzęsąc nogami po całej trasie, zburzył nasze wspólne dzieło i już był pod drabinkami dla maluchów po drugiej stronie placu. I wszystko jak krew w piach. Na linię startu spadła dłoń. Ludzka, damska, bo chuda, gładka i z krótkimi paznokciami pomalowanymi na czerwono.  
 
- Co to?
- No jak to co?
- Nie widzisz, że to ręka?
- Debilu!
- Taa, twojej starej chyba.
- Ale skąd ona się tu wzięła?
- Nie wiem, ale powinniśmy wezwać policję!
- A jeśli pomyślą, że to my ją tu zakopaliśmy i nas oskarżą?
- Tak, chyba tylko policjant mógłby tak pomyśleć.
- Idioto!
- Kretynie!
- To co chcesz zrobić? Przecież i tak ktoś to odkryje.
 

--- cały tekst ---

29 września 2014

proza

birczin
birczin

Wyjścia nie ma

Zapach jej włosów cały czas pozostawał na jego dłoniach. Jak stygmaty, wina i niewinność. Pajęczyna potu, słońca i perfum. A był pewien, że nawet się nie dotykali. Że nigdy nie było ich razem nawet w jednym pomieszczeniu. Wyjścia nie ma. W gruncie rzeczy każdy jest klaunem i hochsztaplerem, katem w białych rękawiczkach. Teatr jednego aktora. Mimika i gesty. I zero czułych słów, żeby nie być zerem. A jeśli już, to czule przemycone pod woalem dwuznaczności. Nie rób nic, i nic nie mów. Dziej się. W klubie grali jazz. Cóż za archaiczna forma muzyki. Nikt już dziś nie słucha jazzu. A oni go tu nawet grają. Perkusista był jak chirurg, precyzyjne cięcia, odmierzone pałeczkami jak skalpel ciach, bach i bum, tss, wątroba, mózg i głowa, trans, cięcie, szycie i leczenie codziennych, przyziemnych spraw. Rekonwalescencja. Poważny, postawny koleś z miną autysty. Na klawiszach drobny, niepozorny informatyk, pisze program, o niczym, o niczym nie wie, o niczym nie zapomina, za szkłami przebiegają skupione oczy, to po rękach, które przebiegają po klawiszach, to znów po nutach, które przebiegają po szyjach, karkach słuchaczy. Wzory matematyczne. Jakby te bluesowe oczy pytały: to ja to piszę? I dla sprawdzenia szybciutko wgrywa-wygrywa nowe fragmenty. Kontrabas należał do szczupłego dryblasa. Palce  pruły sprintem po strunach jak po torach wyścigowych w niekończącym się maratonie. Dźwięki kurzyły się nad sceną. Kurczyły i (...)

--- cały tekst ---

14 czerwca 2014

proza

birczin
birczin

Wspomnienie

To czasami cię  dopada. Zazwyczaj znienacka. Gdy wydaje się, że wszystko jest w porządku. Po wspaniałym dniu. Aż tu nagle. Trach! Niebywały smutek. Niewyjaśniona pustka. Niewyjawione odczucie, ukłucie. Patrzysz w nocne niebo i chciałbyś odnaleźć sens. Że przecież jesteś jedną z ponad 7 miliardów jednostek chodzących po ziemi, że ze szczyptą z nich masz coś wspólnego, że masz jeszcze znajomych o podobnych upodobaniach, zawsze pomocnych, pod telefonem, gotowych na spotkanie. Że jest coś jeszcze. Coś więcej. Ale czujesz się cholernie samotny. Bo w tej właśnie chwili nie masz nikogo. Cień nieba. Ciężar osadza się jak sadza. Niewyraźnie, niewyczuwalnie. Aż w absurdzie zaczynasz się unosić. Kołysać. Nie masz nikogo. Nie masz siebie. Puch i pył.
 
A później zaczynasz biec. Chcesz się otrząsnąć z tego pyłu-puchu. Biegniesz jak najszybciej tylko potrafisz. Aż uda cię palą. I krzyczysz, że jesteś niezniszczalny. Że jesteś ze stali, że nic cię nie złamie. I wszystko zaczyna się od nowa.
 
 
Chcieliśmy mieć wspomnienie po sobie. Coś, o czym wiedzielibyśmy od razu, że jest nasze i tylko nasze. Coś, co będzie nas trzymać przy sobie. Coś prawdziwego, co nie pozwoli odejść. Chwila z życia. Teraźniejszość.  Nie było w nas nic takiego. Każde tylko rozgrzebywało stare porażki albo gdybało co stanie się w niedługim czasie, a gdy już następował taki czas, to gdybało co znów (...)

--- cały tekst ---

12 czerwca 2014

proza

birczin
birczin

Plecy

Do gabinetu wszedł człowiek. Od razu, bez dzień dobry oznajmił, że strasznie boli go z tyłu na górze, pod szyją, między pachami, i że nie wie co mu jest, żebym coś z tym zaraz zrobił, bo jak nie, to on zwariuje z bólu. Przeprowadziłem z nim wywiad, jak to mam w zwyczaju, zanim zdecyduję się na jakąkolwiek akcję. Właściwie to był okazem zdrowia, tylko ten rwąco duszący ból. Powiedziałem, żeby rozebrał się za parawanem i położył na stole, na brzuchu. Gdy to robił,  ja zakładałem mu kartę pacjenta. Chwilę później klient był już gotowy, podszedłem do niego rozluźniając ręce, chcąc zacząć masaż.
 
- O boże! Proszę pana?! – Wykrzyknąłem przerażony.
- Co się stało? – odpowiedział zdumiony, zrywając się niepewnie ze stołu. Miał ręce, nogi, ręcznik na pośladkach, wszystko prócz jednego. W tym miejscu był przezroczysty, widziałem tam wierzch stołu z którego się podniósł, natomiast dalej w górę wyłaniała się niewyraźnie szyja.
- Pan nie ma pleców!
- Jak to?
- Jak mam panu zrobić masaż, skoro pan nie ma pleców?!
- Ja nie mam pleców? Rób pan masaż, panie, wiesz pan? Pan nie wiesz, jakie ja mam plecy w medycynie niekonwencjonalnej!

15 marca 2014

proza

birczin
birczin

Sanatorium

To było takie sanatorium. Z początku dorośli kojarzyli je z uzdrowiskiem, dzieci z kolonią karną. Gdy turnus dobiegał końca, dzieci mniemały, że zostały uzdrowione, a dorośli nabierali przekonania, że wysłali je tam za karę. Jak spoglądam na to wszystko przez pryzmat czasu, to z jednej strony rozszczepia się Lot nad kukułczym gniazdem – tyle, że podopiecznym skrzydła jeszcze nie wykiełkowały, natomiast wszechobecne były kraty, karty z gołymi babkami, kolorowe pigułki do śniadania i personel w białych kitlach, a z drugiej Miasto zaginionych dzieci – tyle, że nie miasto, tylko zamknięty obiekt w scenerii bez rodziców i Świętych Mikołajów. I wszystko w odcieniach szarości, albo kręconego kamerą z ręki naprędce, w stylu starego kina Godarda.
A zresztą, gdzie byś nie polazł, to jest zamknięty obiekt, ekwiwalent samotności, przepuszczony przez filtr nieuchwytnych ludzi ponad – rządu albo innego ustrojstwa. Planeta ci ciąży jak kula u nogi. No chyba, że jesteś jednym z tych rusków, co łażą bez linek pomocniczych po drapaczach chmur, albo tych szajbusów – fruwających wiewiórów, co to zlatują w tych swoich szczelnych ortalionikach z wysokich skał, ślizgając się po przyziemnym powietrzu.
Tam, w sanatorium, rodzice zostawiali swe latorośle, by mieć czas tylko dla siebie, jak za dawnych lat. I mimo tego, że mieli czas tylko dla siebie, doskonale wiedzieli, że już nigdy nie będzie, (...)

--- cały tekst ---

Kontakt z redakcją



Zgłoś nadużycie


Opcja dostępna tylko dla użytkowników zalogowanych. Zarejestruj się