Fragment

Gdy  zasypiam we śnie często jestem dziewczynką zamykaną w komórce ku uciesze Sisters z podwórka. Robi się ciemno, a ze szpar w podłodze schowka na węgiel wychodzą mgliste stwory. Boję się, że wejdą we mnie. Ze snów kolor wydrapią. Na razie okrążają,  jak w zabawie tyle,  że nie jest mi wesoło.
 - Kółko graniaste, cztero kanciaste!
 Zza drzwi dobiegają  głosy bliźniaczek z gatunku tych, co wyrywają skrzydełka motylom, a ślimakom zabierają domki.     
  –Wypuście mnie, nic nie zrobiłam! 
 – Twój ociec je hitlerowskimi sztućcami, a przez matkę  nasz wujek się pochlastał. Odpokutować  musisz pluskwo, bo na śmierć się pociął.
 Tak twierdzi jedna z tych, które zamknęły mnie w tym składzie na węgiel. Nic nie widzę, ale zdaje mi się, że słyszę szepty duchów. Nie szepty. Oddechy. Tuż przy uchu. Krzyczę aż gardło zdzieram.
 - Zamknij ryj – żądają siostry – Jak będziesz tak darła mordę czarną wołgę sprowadzisz. Grabarze w  garniturach spuszą ci  krew i po tobie. Z Amelią się  już rozprawili, choć ludzie pierniczą, że dała drapaka z ukochanym. 
 - Widziałam  w ubiegłą niedzielę,  jak całowała  się w wozie cyrkowym – mówię.
 - Gówno widziałaś, bo już w sobotę spuścili  jej krew , a ciało pogrzebali w parku pod wieżą ciśnień. Wisielców też tam chowają, bo poświęcona ziemia cmentarza nie dla nich. W czarnym, czarnym parku,  stoi czarna, czarna trumna  i  czeka na ciebie.
 
 …
 
Sięgając pamięcią do miejsc, w których się wychowywałam zawsze czuję ucisk w brzuchu. Cudne Miastko w dolinie rzeki , która ostrym strumieniem przecinała rynek na dwie równe połówki,  dalej polanę i łąki od zawsze budziło sporo wątpliwości co do swej nazwy. Ziemia zdawała się być tu nieurodzajna, bo tylko gdzieniegdzie porastała ją trawa. Za nieregularność wysepek  babka oskarżała wiatr,  który jej zdaniem słabo przykładał się do siewu, podejrzewając nawet, że do tak małych miasteczek dociera tylko jego cień.  
 Za łąkami leżały bagna pełne trzcin i błotnego ptactwa, kuropatw i żab, na które już od wczesnej wiosny polowały bociany. 
 Jednak nie one  były atrakcją  miastka ale duchy, o których  opowiadano mroczne historie. Twierdzono, że pod fundamentami kamienicy w której  wzrastałam w 1944 roku żywcem zakopano kilkoro ludzi w tym dwoje dzieci. Starsi mieszkańcy byli przekonani, że duchy niewinnych ofiar wojny przemykały czasem w korytarzach domostw, grasowały w piwnicach i komórkach na węgiel,  łącząc się w pary z pokutującymi wisielcami, których była cała masa. Bowiem ludzie w tej dzielnicy miasta zaliczanej do najuboższych odbierali sobie życie w dość regularnych odstępach czasu i to w tak wyszukany sposób jakby chcieli dodać szczyptę okrucieństwa i na koniec. Ofiarami tych praktyk była Margowa, krawiec Kozioł i wielu innych.
Margowa  miała opinię najpiękniejszej w mieście. Powiadano, że z racji swej  urody głowę na której  piętrzył się kok zadzierała tak wysoko, jakby wciąż  niebo oglądała. Kroki zaś stawiała drobne jak gejsza. Wychodziła z domu wystrojona przeważnie na biało i stale przesiadywała w kawiarni „Kolorowa” , która nie uczyniła jej życia barwniejszym. 
 Gdy szła niósł się za nią zapach wody toaletowej, o wdzięcznej nazwie „Soire de Paris”, którą można było  nabyć tylko w Peweksie, a lokalni  faceci zatrzymywali się w pół kroku.  Pomimo widocznych oznak uwielbienia zbyt wiele złych emocji gromadziło się wokół niej. Stale doklejano jej łatki,  a że opinie o innych zwykle wyraża się przez pryzmat własnych kompleksów czy zahamowań,  skaz przybywało.
 Potem długo doszukiwano się powodów dlaczego zamiast wody napiła się kwasu solnego, który wydobył jej wnętrzności na zewnątrz.
 Spekulowano. Mówiono, że miała kochanka, który ją porzucił, tak samo jak wcześniej zrobił to jej mąż. Powiadano, że była leniwa, naiwnie-puszczalska i malowała bohomazy, których nikt prócz  mojej babki nie kupował. 
 W złotych dla niej czasach nawiedzał ją sam proboszcz, więc co  lepsze rzeczy przysyłane z USA jako dary lądowały w jej mieszkaniu. Całą  chałupę,  po piwnicę zajmowały kartony z sokami, budyniami, zupami, cukrem i ciuchami. 
 Okres  prosperity nie trwał jednak długo , bo duchowny się zeźlił,  a jak się zeźlił, to nawet opłatka poskąpił.    
 Babka lubiła Margową i uważała ją za świętą, nie dlatego, że namaszczał ją  sam proboszcz ale, że była jak anioł, strącony na ziemię po to, by innym żyło się lepiej. Według staruszki kobieta miała same zalety. Pomocna, nie dzieliła włosa na czworo ani nie zadzierała nosa, jak  twierdzono. Miała gest i grację jak prawdziwa Grace Kelly, więc i odstawała.
 -W przedwojennej Warszawie byłaby panią. A tu psy dupami szczekają jak na  wysypisku śmieci – mawiała.
 -  Gdy do bagażu codzienności, dojdzie bieda i  nadbagaż, to życie każdemu brzydnie – uznała zaraz po pogrzebie kobiety. 
 - Co to jest nadbagaż  babciu? 
 - To zgryzoty, które wchodzą  w człowieka i pęcznieją. Przez lata robią się ciężkie i trzeba je dźwigać w sobie, choć trudno się z takim obciążeniem nawet  poruszać. Tkwią głównie w sercu, nogach i głowie, a gdy z czasem przedostaną się do płuc to koniec ze swobodnym oddychaniem. Zbudowane z łez wypełniają ciało goryczą.  
 
Po Margowej gorycz wypełniła starego Kozła, który nomen omenem stał się kozłem ofiarnym romansu własnej żony z koleżanką z pracy. O tym, że stara Kozła jest lesbą głośno było w mieście w owym czasie nieprzywykłym do przyklaskiwania takim upodobaniom. Kozioł początkowo ironizował, ale potem popadł w melancholię, która zaczęła go gasić. Burczał pod nosem jakieś niezrozumiałe wyrazy, zupełnie jakby miał swych rozmów za idiotów, więc ludzie w końcu przestali się do niego odzywać. Wtedy do akcji wkroczyły  Sisters  i wyśpiewując pod jego oknami :„ Stary Kozioł się najeżył, bo Kozłowa z babą leży. Stary Kozioł wciąż kuśtyka, gdy Kozłowa sobie fika” dokuczały mu, co tydzień tworząc nową strofkę coraz dosadniej przedstawiającą figle w łóżku obu pań.
 Nie wiadomo czy Kozioł  przejął się kpinami pod własnym adresem, czy też tak boleśnie przeżył zdradę. Faktem jest, że skurczył się w sobie , aż w końcu zawisł na pasku od spodni w piwnicy. Po jego zgonie powiadano, że nocą starszy, bo koźla dusza zgubiła drogę do czyśćca.

Jeśli zaś chodzi  o duchy to najpopularniejszy zawładnął porośniętą bluszczem kamienicą,  znajdującą się nieco dalej od domu w którym mieszkałam. Nawiedzony budynek  chylił się ku ruinie. Dawno pewnie zrównano by go z ziemią, a pozostałością zajęliby się złodzieje, gdyby nie zamieszkiwała tam kobieta tak stara, że ojciec podejrzewał, że ma ze sto lat. Babina zapytana o wiek zawsze  machała ręką twierdząc, że dawno przestała  latka liczyć.  Na imię było jej Wiera i z oddali sprawiała wrażenie wyschniętego na wiór pnia dębu, więc o zmroku z powodzeniem można było pomylić ją z tym gatunkiem drzewa. Skóra jej była brunatna jak kora i cała w bruzdach, włosy zaś siwe, że aż białe i tak przerzedzone, że stara nigdy nie ruszała się z domu bez nakrycia głowy.   
 Wiosną nosiła flauszowy beret, latem  jedwabną chustkę w grochy, która jesienią stawała się gruba i kraciasta,  by zimą zamienić się w futrzaną czapę z nausznikami. 
 Poruszała się o lasce dość sprawnie pomimo, że narzekała na ból kolan, wcierając w nie miksturę z bursztynu na spirytusie, podarowaną  przez babcię potrafiącą wyleczyć nawet dyfteryt. Za swe usługi babcia  nie pobierała pieniędzy, więc wizyty okolicznej biedoty szukającej antidotum głównie na uporczywy kaszel, katar sienny,  dokuczliwą migrenę, depresję, a nawet nędzę, dawały w kość całej rodzinie, a szczególnie mojej matce.  
 Palce Wiery powykręcane przez reumatyzm dygotały. Twierdziła, że choroba weszła w nią  podstępnie. Wskoczyła na plecy, gdy podnosiła siatkę z ziemniakami, a potem przeszła na pozostałe części ciała i  za skarby świata nie chciała z niej wyleźć.  Podczas licznych wizyt składanych babci, uparcie twierdziła, że mieszka z duchem. Wyznała też, że zbyt dużo przeżyła by obawiać się zjawisk nadprzyrodzonych. Niewiele więc sobie z tego robiła, że w dzień skrzypiała podłoga i wirował żyrandol zaś nocą słychać było dziwne dźwięki, jakby  za jednym zamachem puszczały wszystkie zamki od drzwi wejściowych. Po chwili w korytarzu chrobotało, jakby mysz grasowała i stukały obcasy, którym towarzyszyły jęki. 
 Mówiła bace, że zaraz potem, gdy wprowadziła się do zrujnowanego domu świadek tamtejszych zdarzeń opowiedział jej  tragiczną historię. W miejscu, gdzie obecnie znajdowała się  jej sypialnia, trzej Rosjanie zgwałcili, a potem zaczęli mordować niemiecką kobietę w zaawansowanej ciąży. Ponoć wbrew  przestrogom pozostała na ziemiach odzyskanych nie emigrując do Berlina, jak uczynili to jej dwaj bracia. Żołnierze, gdy tylko zrobili swoje zaciągnęli kobietę do sieni, kopiąc ją buciorami w podbrzusze i wyzywając jeszcze nie narodzone dziecko od szwabskich bękartów. Jednak zanim wyzionęła ducha  jeden z nich przyłożył kolbę pistoletu do brzucha ciężarnej i nacisnął spust, a gdy wrócił do chałupy, by napić się wody, powystrzelał wszystkie  lustra.
 Los jednak chciał, że  sąsiad zakatowanej,  zaczaił się w krzakach i obserwując przebieg zdarzenia ze strachu bał ruszyć  nawet ręką, by czasem gałęzie nie stały się jego denuncjatorem. Opuścił kryjówkę dopiero  po dobrym kwadransie. Pomimo, że przeżył wojnę i zaznał wiele podłości tak okrutnego mordu  nie widział.  Ukląkł przy zwłokach, a gdy dostrzegł, że ofiara poruszyła głową pognał po lekarza, który odwiózł  ranną do szpitala. Tam zajął się nią miejscowy chirurg, ale ani jej ani dziecka nie zdołał uratować.
 Po jakimś czasie w domu zaczęło  coś stukać. Powiadano, że  tajemnicze odgłosy nie mogą brać się z nikąd, że na pewno to duch Gertrudy Bauer  krążąc w miejscu dawnej kaźni, czegoś szuka. 
 Gdy Wierę po wojnie przywieziono w wagonach bydlęcych wraz z transportem innych osób z Ukrainy nikt nie poinformował jej, że dom dlatego stoi pusty, bo w nim straszy. Dopiero, kiedy opowiedziała ludziom o dziwnych rzeczach, które zwykle dzieją się nocą, sąsiad wyznał jej wszystko jak na spowiedzi.
 W mieście plotkowano, że Antoniukowa jest odważna, bo nie dość, że nie boi się ducha Gertrudy, to jeszcze twierdzi, iż na stare lata  otrzymała  go w darze od losu. Nie może co prawda z nim porozmawiać, ale poprzez to, że czuje jego obecność, nie jest już taka samotna.  Kobieta twierdziła, że gdy jej dom na Ukrainie spalono, ocalała tylko ona,  komoda z rzeczami osobistymi, lustro i parę książek. 
 Nie mogła liczyć na pomoc nikogo ze wsi, bo w podobnej sytuacji znaleźli się niemalże wszyscy, a sprytna  to ona  nie była. Nic więc dziwnego, że gdy po przyjeździe do Polski otrzymała dach nad głową poczuła się jak w raju. Opuszczać zaś raj choćby nawiedzony, nie uśmiechało się jej wcale.
  Do dziś pamiętam spotkanie z duchem frau Gertrudy, który jak powiadała Wiera zachowywał się wobec niej  łagodnie, lecz nie lubił odwiedzin obcych w domu, który pewnie nadal uważał za swój. Więc, gdy po raz pierwszy  przekroczyłam próg mieszkania starej Ukrainki poczułam strach, nie tylko na skutek wcześniejszych opowieści ale i mrocznego wnętrzna. W rogach pokoju wiszące pajęczyny były jak skrzydła nietoperza.  Wokół panował półmrok. Pod ścianą stała ocalała z pożaru drewniana szafka, pięknie rzeźbiona, która wyglądała jakby  zapamiętała czasy cara Mikołaja i całej dynastii Romanowów. Nad skrzynią pełną „skarbów”, a tak naprawdę bezużytecznych rzeczy, mających jednak wartość emocjonalną dla ich właścicielki wisiało lustro. Patrząc na rzeźbioną ramę i taflę szkła uświadomiłam sobie, że pomimo, iż jest tak wiekowe, odbija jedynie teraźniejszość, bo nie wiedzieć czemu zdawało mi się, że stare lustra powinny odbijać też przeszłość
 Gdy wtopiłam się w fotel,  Ukrainka postawiła na stole  herbatę zaparzoną po rosyjsku z konfiturą z wiśni. Napój był aromatyczny, ale nie słodki. Chciałam pomieszać płyn,  gdy  nagle łyżeczka  odsunęła się , a Wiera poprosiła bym się nie lękała, bo duch Gertrudy wyraźnie mnie polubił, bo dba o moją linie. Wystraszyłam  się jednak tak bardzo,  że nawet nie dotknęłam ustami szklanki. Wybiegając z domu staruszki, wpadłam do mieszkania i od progu krzycząc coś o duchu, napotkałam się ze sceptycyzmem ojca, który twierdził, że takie rzeczy nie istnieją,  a jedyne, co mogło zadziałać to babska wyobraźnia.
 O incydencie w domu Wiery wkrótce dowiedziały się Sisters. Wywabiły mnie z mieszkania pod pretekstem zabawy i zamknąwszy w ciemnej komórce, pozorowały głos frau. Zabawa weszła im w krew i zdawało się, iż prócz straszenia nie mają nic ciekawszego do roboty.  Zabroniły o tym też opowiadać, bo inaczej spotkać miała mnie „zasłużona kara”.
 Po okresie „wysługiwania się” Gertrudą czas przyszedł na ducha Margowej, potem Kozła, aż wreszcie Sisters „wywołały” postać swego wuja,  który  rzekomo  kochał się w mojej matce i udręczony podciął sobie żyły.  Wierzyłam w jego obecność tym bardziej, że bliźniaczki podkręcały głosy, więc byłam przekonana, iż zza drzwi komórki przemawia do mnie wyimaginowany kochanek matki. Były przy tym tak  sugestywne, że słyszałam chropawy głos, a w powietrzu unosił się zapach klubowych, które ponoć były jego drugą miłością. Płakałam, błagałam, by otworzyły drzwi, ale zabawa zwykle przeciągała się do momentu, gdy wyczerpana milkłam. Drzwi wtedy otwierały się same. Powtarzało się to cyklicznie, a owo znęcanie się starszych ode mnie o osiem lat łotrzyc sprawiło, że śniłam koszmary i zasypiałam wyłącznie przy zapalonym świetle.  
 W tym czasie doszło też do incydentu ze sztućcami.
 Ojciec od Wiery Antoniuk pewnie po Gertrudzie Bauer dostał metalowy nóż z widelcem. Nie przeszkadzało mu wcale, że na odwrocie sztućców widniała swastyka.
 - Używa ich po jakimś Szwabie, hitlerowcu – twierdziła zgorszona matka, bo epatowana przeżyciami z okresu wojny przez własną matkę, nabrała uprzedzeń w stosunku do Niemców, bo trudno ich było nie nabrać. Jednak z obawy przed gniewem męża, nie wyrzuciła sztućców na śmietnik. O powyższym fakcie opowiedziała jednak sąsiadom, także w końcu o tym czym ojciec jada wiedziała cała kamienica.
 - To wstrętne, że twój stary je hitlerowskim widelcem i jeszcze ich noża używa – mówiły Sisters, a ja stojąc ze spuszczoną głową, nawet nie drgnęłam z obawy, że znów zamkną mnie w komórce. 
 Gdy w grupie  bawiliśmy się w berka, wkładały  mi do rajstop kamienie, żebym za nikim nie mogła nadążyć , przezywając córką Szwaba. 
 Wychowana na grzeczną dziewczynkę z kokardami we włosach tak wielkimi, że mogłabym pofrunąć stałam pośrodku placu zabaw i nie frunęłam. Spoglądałam na nie, jak zza szyby, bo matka nie lubiła  utytłania w piachu, ubabrania psim gównem.
 Gdy  raz  poplamiłam kremplinową sukienkę, wyzwała odflejtuchów i dała klapsa w tyłek. Krzyczała, że nie jest niczyją służącą i nie urodziła się po to, by zajmować się ciuchami, bo naprała się tych brudów,  nanosiła garów, nagrzała tej cholernej wody.  Po tych pełnych goryczy wyznaniach, przyglądałam się dzieciom jak tarzają się w piachu, nurkują w podwórkowych kałużach lub leżą beztrosko na trawie. One zaś od czasu do czasu spoglądając na mnie  przezywały motylem.  
 - Motylicy się nabawisz głupia, jak będziesz tak sterczała -  mówiły Sisters, a ich ubranie przypominało szmatę po wytarciu wiadra na kartofle.
 
-Halo, Halo tu Londyn. Ona czarna on blondyn. Ona biegnie, on za nią. Ona pada, on na nią. Ona mówi nie rób złego, a on wyciąga metrowego….-   podśpiewywały pod nosem wciąż to samo.
 - Co to  metrowy? –pytałam.
 -Tylko taka  ciemna masa nie wie nic o kutasach – rymowały i wtedy to właśnie pokładając się ze śmiechu wpadły na  pomysł, by kolejny raz przywołać ducha swego wuja, który  tym razem udzielić miał mi lekcji z anatomii. 
 Ku memu przerażeniu chciały wepchać mnie znów do komórki i wtedy jakby wstąpił we mnie duch powstańców warszawskich z opowieści babki, które od dawna towarzyszyły mi przy śniadaniu. Gryzłam i drapałam tak mocno, że szybko skapitulowały. Jednak liczne ciosy w brzuch i głowę, których  w samoobronie nie poskąpiły, sprawiły, że w drodze do domu pociemniało mi w oczach i upadłam . Ocknęłam się u sąsiadów Bieleckich na tapczanie. Mirra ich córka cuciła mnie kolorowym wachlarzem matki.
 - Wyglądasz jakbyś z wojny wróciła. 
 - To wszystko przez te duchy i samobójców. Boję się ich.
- Lękać się tego, czego nie ma jest tak samo niemądre jak wypatrywać księcia z bajki tu, gdzie wszyscy żyją jak szczury.
 Puściła „Love me tender”. Stary gramofon na korbkę wirował, a my wraz z nim, aż znalazłyśmy się w rogu pokoju, potykając się o ogromny baniak z winem i choć muzyka rwała od środka, stanęłyśmy na chwilę. 
 - Posmakuj Ślimaczko jakie  to dobre. W usta wsadź słomkę i ciągnij ze słoja. To zaczarowany miód, po którym rzeczy zmieniają swoje właściwości. Ojciec twierdzi, że szczęściarza od nieudacznika różni tylko to, że ten ostatni nie umie wykorzystać okazji, więc korzystaj ile wlezie.
 I  korzystałyśmy obie aż do nieprzytomności, a gdy wrócili do domu starzy Mirry leżałyśmy na podłodze, wtulone w siebie jak szczeniaki. Sześcioletni  pijany dzieciak z równie pijaną dwunastolatką”.

alt art
17 czerwca 2013 o 17:26

ładne rzeczy..

zgłoś

Ano ładne, bo w wieku sześciu lat rzuciłam to picie.

zgłoś

Jerzy Woliński
17 czerwca 2013 o 19:02

wrócę...

zgłoś

Ananke
17 czerwca 2013 o 19:25

doskonałe! opowiadanie wciąga, język jest barwny, fabuła zajmująca. Ma to jakaś kontynuację ?:))

zgłoś

To jest kontynuacja Kaftana jako zapiski Adrianny i jej traum z dzieciństwa. Pozdrawiam i za odwiedziny dziękuję.

zgłoś

zuzanna809
17 czerwca 2013 o 19:59

... był sobie czarny, czarny las. A w tym czarnym, czarnym lesie był sobie czarny, czarny dom.... kończyło się czarną trumną z trupem... brrrr - pamiętam, że w nocy nie mogłam spać. W ogóle w dzieciństwie ogromnie bałam się duchów. Twoje opowiadanie przypomniało mi te historyjki, które sobie na podwórku opowiadaliśmy wieczorami.... Pozdrawiam serdecznie, Małgosiu!:))))

zgłoś

Zuziu pamiętam tę opowieść, o czarnej trumnie. Pamiętam też bliźniaczki, które zamykały nas - młodsze dzieci w ciemnych piwnicach i zza drzwi straszyły. No i całą rzesze samobójców . Chyba się starzeję, bo dzieciństwo do mnie wciąż wraca.

zgłoś

zuzanna809
17 czerwca 2013 o 20:27

... myśmy też w piwnicach wymyślali różne strachy. Kiedyś taki jeden kolega mało by nie dostał ataku serca po akcji "dynia". No mieliśmy fantazję. Brunhilda, co nie chciała przebaczyć - nas inspirowała!:)

zgłoś

Brunhilda też była i u nas. Te strachy chyba są pokoleniowe, to znaczy właściwe dla przedziału wiekowego, bo aktualne chyba bardziej wiążą się z komputerem, gdyż tak zwane podwórkowe życie niemalże ustało. W każdym razie w dzieciństwie bardzo bałam się duchów i tych grabarzy z czarnej wołgi.

zgłoś

zuzanna809
17 czerwca 2013 o 20:52

:)))

zgłoś

Joha
17 czerwca 2013 o 20:10

Małgosiu, zaciekawiłaś mnie :) Wrócę tu jeszcze raz, by spokojniej poczytać. Pozdrawiam serdecznie :)

zgłoś

Również pozdrawiam Joasiu.

zgłoś

ratienka
17 czerwca 2013 o 20:48

Ciekawie napisane, lekko się czyta. Wiadomo, że dzieci wszystkiego muszą skosztować... Serdeczności Małgosiu. :)))

zgłoś

Szel
17 czerwca 2013 o 21:34

jeszcze nie skonczylam czytac a juz mam uwage natury formalnej, chodzi mi slowko 'upierdliwy' na ktore mam szczegolna awersje....otorz to slowko funkcjonuje dopiero kilkanascie lat w polskiej mowie, wiec raczej w czasach ktore opisujesz nie moglo byc uzywane ! prosze zmien je na cos innego a najlepiej nie uzywaj go nawet w mysli :)

zgłoś

Masz racje. Słuszna uwaga, też właśnie mi nie pasowało. Zaraz zmienię.

zgłoś

Szel
17 czerwca 2013 o 21:41

w medycznym zargonie mowi sie tak o meczacych pacjentach...dlatego tak tego nienawidze! dlaczego pacjent ma byc potulny kiedy cierpi i jest mu zle?

zgłoś

Też nie lubię tego słowa i rzeczywiście wtedy nie funkcjonowało wcale. Już je wywaliłam.

zgłoś

Szel
17 czerwca 2013 o 21:49

pamietam kiedy cora pielegniarka przyniosla je pierwszy raz ze szpitala, tak jej wtedy glowe za nie zmylam, ze nigdy juz go od niej nie uslyszalam :)

zgłoś

Nie lubię też słowa zajebiście, ale na przykład wypasione już mi się podoba, chyba dlatego, że takie wypasione.

zgłoś

Szel
17 czerwca 2013 o 21:57

a mi sie zajebiscie podoba zajebiscie !!!!!!!!!!!!!!!!:)

zgłoś

ratienka
17 czerwca 2013 o 22:03

niestety, mnie także nie!!!!!!!!!! Już lepsze - wypasione. :)))

zgłoś

ratienka
17 czerwca 2013 o 21:55

Bo to głupie słowo, miałaś rację. Ale przyznam się bez bicia :))), że zwracałam się tak czasami do... ślubnego... :)))))))

zgłoś

Szel
17 czerwca 2013 o 21:58

niejednemu mezowi pasuje,ale ja na swojego wole mowic memlok, albo maruda...za melkoa obrazil sie na mnie na kilka dni smiertelnie :)

zgłoś

Ale do ślubnego jakoś tak pasuje...

zgłoś

Szel
17 czerwca 2013 o 22:03

zagadujecie mnie dziewczyny nudnymi mezami a moje czytanie stoi :)

zgłoś

Szel
17 czerwca 2013 o 21:56

'Stale doklejano jej łatki, a że opinie o innych zwykle wyraża się przez pryzmat własnych kompleksów czy zahamowań, skaz przybywało.' madra mysl...czytam dalej :)

zgłoś

Szel
17 czerwca 2013 o 22:10

'niezrozumiałe wyrazy, zupełnie jakby miał swych rozmówców? za idiotów,'

zgłoś

Bazyliszek
17 czerwca 2013 o 22:13

bardzo ale to bardzo podoba, chociaz wiele poprawek trzeba, ja smok nigdy nie powiem, bo truml mnie nawidzi:((( sxory:)))

zgłoś

ratienka
17 czerwca 2013 o 22:22

przepraszam, ze wtrącę swoje "trzy grosze". Smok przesadza, nie wiem czy tak jest jak mówi, raczej jest lubiany. Mam rację Małgosiu? :)

zgłoś

Szel
17 czerwca 2013 o 22:27

Bazyliszek pije do mnie Ratienko, nawyzywal mnie tu gorzej niz bura suke, a teraz ma pretensje ze nie chce z nim rozmawiac!

zgłoś

Pewnie, że tak, Smoka lubi większość, on tylko tak kokietuje, komplementów się domaga, ale że do Szelki tak się zwracał to nieładnie.

zgłoś

ratienka
17 czerwca 2013 o 22:33

Pierwszy raz to słyszę! Nie wchodzę w szczegóły, to Wasza sprawa Szel... :)))

zgłoś

Szel
17 czerwca 2013 o 22:35

pierwszy raz mu wybaczyalam,ale do dwuch razy sztuka ....

zgłoś

Powiadają, ze do trzech.

zgłoś

Szel
17 czerwca 2013 o 22:50

omal po pierwszym nie wynioslam sie z trumla, drugi byl jeszcze gorszy,obawiam sie trzeciego juz bym z takim stoicyzmem nie wytrzymala ( takiej sterty wyzwisk i pogardy jeszcze od nikogo nie otrzymalam )

zgłoś

Szel
17 czerwca 2013 o 22:15

"Za swe usługi 'staruszka ' nie pobierała pieniędzy," chyba babcia, bo inaczej miesza sie z ta staruszka Wierą

zgłoś

Bazyliszek
17 czerwca 2013 o 22:15

chcilem wiecej ale_((((

zgłoś

ratienka
17 czerwca 2013 o 22:16

Czytaj sobie Szel a ja zgadzam się z Małgosią. Do ślubnego pasuje to słowo, co Ty wiesz i my, wiemy... :))))))

zgłoś

Szel
17 czerwca 2013 o 22:17

nigdy nie przyjelam tego slowka do swojego okletego jezyka !!!!;)))))))))))))))))))

zgłoś

Jaro
17 czerwca 2013 o 22:17

Czyta się:) Fajne:)

zgłoś

ratienka
17 czerwca 2013 o 22:47

Do trzech razy, Szel - mutko! :))))

zgłoś

Szel
17 czerwca 2013 o 22:52

o trzecim to by mnie admin zbanowal !!!! ;)))))))))))))))))

zgłoś

Bazyliszek
17 czerwca 2013 o 22:53

bardzo mi sie podoba chociaz przecinki i kropki, mow co chcesz, bazyli by.l, lecz go nie ma, i mu sie podoba? wiem oni mnie:(((((

zgłoś

Bazylku ostatnio czytałam Jacka Dehnela, który w jednym z art. Polityki twierdził, że największą robotę robią korektorzy i że to oni powinni dostawać literackie nagrody. Pewnie i miał chłopak rację.

zgłoś

Bazyliszek
17 czerwca 2013 o 23:31

znam Jacka,buz Malgos i juz:))))

zgłoś

Tak się od razu do znajomości z Jackiem przyznawać:)

zgłoś

Bazyliszek
17 czerwca 2013 o 23:58

nie znam go ale poezje:)))

zgłoś

Arti
19 czerwca 2013 o 15:59

jest... co poczytać... pozdrawiam... :)))

zgłoś

Ania Ostrowska
19 czerwca 2013 o 18:27

Przeczytałam z zainteresowaniem, bo mimo, iż tekst jest miejscami chropawy i przydałaby mu się drobna korekta (moim zdaniem), to opowieść brzmi wiarygodnie, wciąga do środka, a czegóż chcieć więcej :)

zgłoś

Aniu masz rację, nie drobna, ale duża korekta by mu się przydała ale cieszę się, że choć cię ciut wciągnął. Pozdrawiam.

zgłoś

Bazyliszek
20 czerwca 2013 o 19:52

popraw Malgosiu na poczatku "postacie":)))

zgłoś

Ok. Smoku, później popoprawiam, bo teraz muszę wyjść. Buziaczki.

zgłoś

Bazyliszek
20 czerwca 2013 o 19:57

oki Malgosiu na spoko bo tekst cacy, buziaczki:))))

zgłoś

bosonoga - Gabriela Bartnicka
20 czerwca 2013 o 19:56

Nie nudziłam się ani przez chwilę, tym bardziej - warto tekst nieco doszlifować :) Pozdrowionka :)

zgłoś

Jerzy Woliński
22 czerwca 2013 o 16:45

wciąga na dłużej:)

zgłoś

Jarosław Rymarz
23 czerwca 2013 o 10:54

O tak, muszę tu jeszcze wrócić

zgłoś

Veronica chamaedrys L
2 lipca 2013 o 18:30

...poruszasz Małgosiu...oj, poruszasz...znów siedzę w lochach pod kościołem...i ze strachu serce drży...buziaki...:)))

zgłoś

Och Veroniś, a ja na liściki odpisuję, choć w skrócie, bo zaraz muszę lecieć. Buziaczki. Ty masz już chyba wakacje?

zgłoś

Veronica chamaedrys L
3 lipca 2013 o 09:50

...już odpisałam, przepraszam...od dziś...:)))...Twój Kaftan jest taki miękki jak tetrowa pielucha...:)))...przytulam, do policzka by móc zasnąć...:)))

zgłoś

Kontakt z redakcją



Zgłoś nadużycie


Opcja dostępna tylko dla użytkowników zalogowanych. Zarejestruj się