Zmiana sposobu prezentacji

Lunatycy z ostatniego piętra

Dzień pierwszy/część pierwsza/
 
Nocą  wyciągam pchełki z oczu.
Przez te Szachrajki nie mogę być Gerdą.
Rankiem dwie krople Waleriany stają  się  kroplówką.
Frenia tabletką truje Cyklofa.
Ubiera seksapil  Monroe  pożyczony  z „Pół żartem, pół serio”  i  Chanel  numer pięć
Z hiszpańską muchą frunę  do Mistrza.
Z winy  wysokiego poddasza obie padamy w progu.

Krytycyzm Mistrza orzeka,  że w  jasnych rajstopkach wyglądam jak kurwa w śpioszkach.
Pieni się. Idzie w kierunku pianina z własnoręcznie zrobionymi pieniędzmi w dłoniach. Od tygodni wynagradza sam siebie. Zarzuca szlafrok na głowę, biało czarne fałszuje w uszach.
- Ubierz jutro kabaretki - to zagram kankana – prosi. 
- Kabaretkami  to nawet dziwki się brzydzą. -  Szpilki od koleżanki pożyczę.
- Szpilki bez kabaretek do kankana! Do  „Szpilek” się nadaje – mruczy.
Wpada na pomysł, żeby Bieńczyka na głos czytać. Trafia na ucztę Babette. Kiszki koncertują. Język pląsa. W przełyku gwiżdże. Wścieka się, bo w lodówce  światło, ale też połówka . Wyciąga „wszystko” pozorując śniadanie, dziwiąc się, że się alkohol uchował. Nie opuszcza go wrażenie, że  ostatnio ktoś podrzuca flaszki, albo diabeł  wczoraj butelkę przykrył ogonem, gdy jej potrzebował
– Kolacja będzie księżycowa – mówi (...)

--- cały tekst ---

Pimpirymcia Pudernica

Pimpirymcia Pudernica 
 
 W  świńskim siodle i racicach
 bez laptopa, kart tarota
 egotyczna  jak kocica
 żyła  mrówka pudernica.
 Drobne ciało aż drętwiało,
 kiedy kredką firmy”Pokaż”,
 malowała szwy w galotach
  i pazury dwa ostrzyła,
 bo zdrapania knura żyła.
 Kiedyś zaszli do księgarni,
 bo im Lola złotousta 
 poleciła księgi ustaw.
 Chcieli lepiej się ustawić, 
 rysem wiedzy myśl naprawić.
 Ona powiedziała - co tam,
 schodząc z siodła  w papilotach.
 Czytać dobrze nie umiała,
 więc z wysiłku tak zsiniała,
 że jej knur z Racic Przednich,
 co już w kącie  śledził Greya,
 rzucił się  jak hiena tłusta
 na metodę usta usta.
 Mrówką jeno biedną była,
 więc  się w ślinie podtopiła,
 a papilot  został.
 I tak topiąc się bez krzyku,
wnet trafiła do przełyku.
Potem do żołądka knura,
tam cholesterolu góra,
porośnięta kanapkami,
dżemem, tłuszczem, kasztanami.
W dole rwąca nurtem rzeka,
Fisher King już na coś czekał.
Zsumowanie wszystkich sumów,
z wąsem Dali, wsparciem tłumu.
I narcyza miał też w klapie,
w nosie fochy, szpadel w łapie.
Znał się ciut na polityce,
trendach w modzie i muzyce.
Miał (...)

--- cały tekst ---

Fragment III

Kiedy stary Bielecki - ojciec Mirry  zjechał  do  miasteczka  ze świata barczysty i jak Cyklop jednooki, ludzie szeptali po kątach. To, że jego najlepszym  przyjacielem był  koń nie mieściło im się w głowie, bo tu  do czworonogów stosunek był inny. Koń to koń. Zwierzę pociągowe, ale żeby zaraz przyjaciel i żeby dawać mu wódę do popitki?
Co „ przyzwoitsi” utyskiwali, gdy wchodził z nim do baru „Muszelka” i wlewał piwo w pysk, podczas gdy koń mlaskał. 
Odmieniec był magistrem farmacji z zamiłowania artystą malarzem z wyboru zaś furmanem. Nosił dziwne stroje i nie dawał się nikomu, bo nie na darmo był Odmieńcem. Mówiono, że kocha tylko swego konia dla którego  jeżdżąc od domu do domu i rozwożąc węgiel - chleb  suchy zbierał. Był jak  kloszard, nawet gdyby nie żył jak kloszard. Umysł  miał wolny i  jedno oko bystre, bo drugie przestrzelone w dzieciństwie przypominało wyblakłą meduzę. Zeszpecił go brat, w czasie gdy matka piersią karmiła. Młody był, głupi, nastraszyć chciał tylko. Huknęło. Pocisk przeszedł przez oko malca i uchem wylazł wprost w serce karmicielki. Po  wypadku przygarnęła go ciotka stara panna i rygorystka. Po matce została fotografia w sepii i nabój na pamiątkę tragedii.   
W miasteczku średnio lubili Odmieńca. Plotkowali, że przyjechał nie wiadomo skąd, że kogoś szuka, że  niebieski ptak z niego, bo  węgiel rozwozi, a ma dobry (...)

--- cały tekst ---

Fragment

Gdy  zasypiam we śnie często jestem dziewczynką zamykaną w komórce ku uciesze Sisters z podwórka. Robi się ciemno, a ze szpar w podłodze schowka na węgiel wychodzą mgliste stwory. Boję się, że wejdą we mnie. Ze snów kolor wydrapią. Na razie okrążają,  jak w zabawie tyle,  że nie jest mi wesoło.
 - Kółko graniaste, cztero kanciaste!
 Zza drzwi dobiegają  głosy bliźniaczek z gatunku tych, co wyrywają skrzydełka motylom, a ślimakom zabierają domki.     
  –Wypuście mnie, nic nie zrobiłam! 
 – Twój ociec je hitlerowskimi sztućcami, a przez matkę  nasz wujek się pochlastał. Odpokutować  musisz pluskwo, bo na śmierć się pociął.
 Tak twierdzi jedna z tych, które zamknęły mnie w tym składzie na węgiel. Nic nie widzę, ale zdaje mi się, że słyszę szepty duchów. Nie szepty. Oddechy. Tuż przy uchu. Krzyczę aż gardło zdzieram.
 - Zamknij ryj – żądają siostry – Jak będziesz tak darła mordę czarną wołgę sprowadzisz. Grabarze w  garniturach spuszą ci  krew i po tobie. Z Amelią się  już rozprawili, choć ludzie pierniczą, że dała drapaka z ukochanym. 
 - Widziałam  w ubiegłą niedzielę,  jak całowała  się w wozie cyrkowym – mówię.
 - Gówno widziałaś, bo już w sobotę spuścili  jej krew , a ciało pogrzebali w parku pod wieżą ciśnień. Wisielców też tam chowają, bo poświęcona ziemia cmentarza nie dla nich. W (...)

--- cały tekst ---

Kontakt z redakcją



Zgłoś nadużycie


Opcja dostępna tylko dla użytkowników zalogowanych. Zarejestruj się