Zmiana sposobu prezentacji
znam już szelest liści
i tych, które nasączone zielenią
iskrzą się w pierwszych promieniach słońca
zabawne, żywo podrygują w powiewach wiatru
tak jak ja kiedyś, w swoich pierwszych trampkach,
biegałam w zaułkach miasta
a te ciężkie, nabrzmiałe zielenią
podczas lipcowych dni są parasolem
pod niebem z zielonym ażurem
cisza i letni spokój
nadchodzi czas niespodzianek
kobierce z wzorem kolorów i zamęt
czerwień, złoto lub brąz z szarym
będą przykrywać chodniki, ulice
w kolebce czystego błękitu
rozegra się scena
coroczna biel będzie hulać i tulić
z herbatą przyprawioną rumem
przetrwam zimne dni
spojrzę na zdjęcia
znajdę się w niezwykłych miejscach
tak się spieszę
nie mogę złapać oddechu
(...)
--- cały tekst ---
dawno z tobą nie rozmawiałam
miejsca, w których jesteś widoczny
zostały za mną
w starym świecie
pachnącym zbożem i łąką
po której łatwo było stąpać bosym stopom
mój czas przyspieszył
patrząc w szybę czerwonego autobusu
zastanawiam się
czy nie byłeś tylko we śnie
bezkształtny lub widziany
z imieniem rozpoznawanym
przez większość siedzących tu ludzi
mieszanka pigmentu nazw
wybranych dla kogoś
kto w tej chwili przyjmuje pasażera
mijanego karawanu
dostałam jedno skrzydło
i strach
boję się pustki
jeśli nie ma nic
nie dowiem się
jak niebo, przemieszczając światło,
(...)
--- cały tekst ---
lubię skulić się, nie widząc
wzdłuż narosłej płynąć krawędzi
zależy, od której strony patrzeć
dotknąć przed czy za
mogę kręcić się w kółko
będziesz zawsze krzyżem
nie czuję, kiedy uwalniasz ręce
stopy obojętnie zostawiają z tyłu
szpilki
w słowach, które wyciągam
po kolei
jedno po drugim
zawsze ułożone
równo wzdłuż uśmiechu
były wojny
łzy słone i białe
śmierć
cicho podchodzi
do szczeliny otwartego okna
letnie noce
szepty kochanków
śpiew
wśród gwiazd
wyśmianych dzisiaj
błękit wsparty o ścianę
kwitnącej glicynii
i poranek
rozpoczyna nowy dzień
zapach tego, co na stole
chleb
jak stara księga
przypomina
jestem
wśród korzeni zasnę
cicho tu, przytulnie
wtulę się w ciało matki
a wiosna wije zieleń
i słońce
chciałoby zabrać sen
zniknę wśród deszczu
popłynę w stronę wspomnień
schylisz się
i dotkniesz śladów
i jeszcze czerwień
tak gorąco
prosi o miłość
gdy usta przy zachodzie
i oczy wpatrzone
w wąską przestrzeń
łączącą dzień i noc
czasami jestem ptakiem
wspomnieniem lotu
wiatrem
błądzącym między płatkami maków
pozostało coś we mnie
słone, deszczowe
może to krople rosy zmywają
resztki nocy
teraz widzę lepiej
czasami
myślę o słowach — za małe
żeby opisać burzę rozdzierającą niebo
krew płynącą pośród grudek ziemi
to było wtedy
kiedy miała na sobie zieloną sukienkę
rude włosy pełne słońca
usta wyjątkowo czerwone
zmarszczki skupione małymi pajączkami
chciałabym
to nie ja
to czas oddał pokłon
w płucach powiew
wdycham go
jak dotyk innego miejsca
a może to ta druga
starsza od pierwszej
rozumie znaczenie odległości
mały biały domek i malwy
jeszcze wiatr kołyszący gałęzie
wczorajszy zapach to czas glinianego dzbanka
prosty, złożony w malowanym kufrze
nieraz słyszę bicie serca
ze śpiewem poranka
zaróżowione wtedy, zawstydzone
pośród złotych kłosów
szukało smaku razowego chleba
dosyć
jesteśmy bezdomni
tak daleko nam do siebie
łatwiej mi być trubadurem sztormu
wewnątrz roztańczonej fali
noszę ją jak zamknięte dziecko
prostsze jest wycie wiatru
składającego jęzory piasku
na brzegu, który zatapia rozterka
kocham słońce — nie zaprzeczę
że pięknie wygląda dzień
zawinięty w światło
wpatruję się w deszcz
jest oczywisty jak ściana kamienia
potrafisz przeniknąć kamień?
— zapytałam kiedyś
silniejszy oddech nadchodzącej burzy
...
po przeciwnej stronie przyciągania
twarze przykrywa pył
liczę ziarna piasku
i przytulam się do ziemi
jedno
drugie
równowaga?
sąsiedzi zaglądają przez uchylone myśli
złote paciorki, sznury gwiazd
nie wszyscy śpią
wspomnienie jak puchaty kot dociera
do białej poduszki
rozkłada się na prześcieradle
zmęczone ręce szukają znanego kształtu
dłoni ze śmiesznym znaczkiem
niebieska litera, którą nakreśliła młodość
serce odpływa
dla ciebie koncert po dwunastej
już wiem, że miłość to zbyt barwny motyl
przysiada w słoneczne dni na pachnących łąkach
czuję ciepły wiatr i pocałunki
delikatny szmer zostawionych godzin
nigdy więcej
odchodzisz
zostawiając samotne sny
palec stopy dotknął chłodu walczącego
z pierwszym promieniem. szeleszczą liście
tuż za oknem następny poranek wkroczył
do życia. myślę o sprawach banalnych.
lawendowe powietrze — z takim kolorem w płucach
zatrzymałabym zapach leśnych zaułków. wilgoć
paproci z kroplami, w których blady fiołek, wyciągając
łodygę, dotyka marzeń.
zieleń w oczach i w kolorze drzew, jestem pierwotna.
skąd krew czerpie źródło? najłatwiej z serca.
nienawiść i spokój potrafię zmieścić, nie zastanawiając się nad
wielkością. zanurzam się w czerwieni, a potem chwytam równo
złożony ręcznik — zielony, jak tłumaczenie wszystkiego.
