Zmiana sposobu prezentacji
Kim jesteśmy dla siebie pośród tłumu?
Odbiciami w lustrach oczu,
które kiedyś zatrzymywały świat,
a dziś mijają się bez słowa.
Przechodzisz obok obojętnie,
jakby wczoraj nigdy się nie wydarzyło,
jakby noc nie znała naszych imion,
a wspomnienia były tylko snem.
Jakby Twoje usta
nigdy nie dotykały moich,
jakby ciepło Twoich dłoni
nie mieszkało jeszcze pod moją skórą.
Dziś nie patrzysz.
Nie zatrzymujesz wzroku,
nie zachwycasz się moimi dłońmi,
nie szukasz mnie między ludźmi,
jak kiedyś.
(...)
--- cały tekst ---
Słucham poranka śpiewem ptaków,
deszcz o szybę uderza cicho,
jakby bał się obudzić wspomnienia.
A Ty odchodzisz.
Zimny koc po Tobie tęskni,
jeszcze pamięta ciepło Twoich ramion,
jeszcze szuka Cię po drugiej stronie łóżka.
Byliśmy na chwilę.
Na sekundę.
A przecież mieliśmy być na zawsze,
tonąć w swoich objęciach,
gubić oddechy między pocałunkami,
szeptać czułe słowa do końca nocy.
Miałeś być jedyny,
a ja Twoją jedyną.
Tak łatwo uwierzyłam,
że nie ma świata poza nami.
(...)
--- cały tekst ---
Jest w sercu zadra,
jakby ktoś ukradł mi czas.
Zamykam oczy — a przecież
było nas kiedyś więcej niż dziś.
Teraz czuję się sama,
zmęczona ciężarem frustracji,
a bezradność cicho puka do drzwi,
jak nieproszony gość w środku nocy.
Jak bardzo miłość potrafi trudzić,
jak mocno potrafi boleć,
nim nauczy się oddychać spokojem.
I jak łzy, które dziś palą policzki,
mogą kiedyś stać się ukojeniem,
zamienić ból w cichą siłę,
a tęsknotę w wspomnienie.
Nikt nie mówił, że znajdę się tutaj —
sama pośród czterech ścian,
słuchając ciszy głośniejszej od słów,
szukając siebie w pustych kątach dnia.
(...)
--- cały tekst ---
Dotykam snów przez szybę,
jakby były tuż obok,
a jednak poza zasięgiem dłoni.
Pani Noc drwi ze mnie okrutnie,
zabiera poduszki spod głowy,
plącze myśli we włosach
i nie pozwala zasnąć.
Sen urwany wpół słowa,
dzień za długi o tysiąc oddechów,
a ja stoję gdzieś pomiędzy,
nie należąc ani do światła, ani do ciemności.
Kocham cię.
Kiedy będziesz trochę ciszej,
kiedy ucichną wszystkie oczekiwania,
kiedy zostanie tylko bicie serca.
Kocham cię.
Czasami chcę wyjść,
iść przed siebie bez celu,
nie myśleć, nie pamiętać,
(...)
--- cały tekst ---
Zaglądam na dno swojej duszy
W kieliszku odbity strach
Głupota szczypie mnie w ciszy
A prawda rozsypała się w piach
Naiwność śmieje się szyderczo
W kątach brudnych moich dni
A ty bledniesz coraz bardziej
Jak kartka, którą zgniotły sny
Zamykam pozytywkę
Niech przestanie grać
Melodia naszych błędów
Już nie umie trwać
Świat milczy między nami
Gaśnie każdy znak
Tylko echo pustych myśli
Wraca jeszcze raz
Siadam przy stole samotny
Kruchy bałagan w dłoniach mam
(...)
--- cały tekst ---
Może mijamy się na schodach
Codziennie ten sam blok
Ty patrzysz gdzieś przed siebie
Ja uciekam w własny krok
Może stoisz obok w sklepie
Kiedy kawę biorę znów
I nawet nie przeczuwasz
Że pasowałbyś do moich snów
Może siedzimy w tym samym tramwaju
Patrząc w deszcz za szybą dnia
Ty słuchasz swojej ulubionej piosenki
A obok cicho siedzę ja
Los czasami pisze cicho
Najpiękniejszy z naszych dni
A my jeszcze nie umiemy
Odnaleźć swoich drzwi
Może jesteś tak blisko
Tylko jeszcze nie wiem jak
(...)
--- cały tekst ---
Bez dodatkowej pomocy,
bez dotyku i oddechu,
w pustym pomieszczeniu
pytam cicho —
czy to naprawdę aż tak boli?
Bezczelny czyn,
jak kamień rzucony w ciszę,
oślepia nagłym światłem
i rozdziera spokój myśli.
Tak źle, że aż monotonnie,
odrzucenie staje się codziennością.
Sprawiedliwość — wróg tych,
którzy dawno zamknęli serca.
Zamknięte pudełko ludzkiego szczęścia
stoi zakurzone gdzieś w kącie,
jakby nikt już nie pamiętał,
jak je otworzyć.
Czarne, śpiące oczy
płaczą ciężką krwią,
(...)
--- cały tekst ---
Chwilowego oddechu
pospiesznym zaskoczeniem
pojawiasz się nagle
pytaniem — „czemu?”
W myślach dziesięć razy
zaszło już słońce
na samo wspomnienie
o Tobie.
Dzisiaj znów wracasz
przez sen i ciszę,
a mnie brakuje
powolnego „dzień dobry”
na powitanie.
Oddechem mnie kołyszesz,
wpadasz w pusty bezwład ciszy.
A gdy tylko drgniesz powieką,
łza spływa srebrzystą rzeką.
Otuliły mnie zachody,
wiatry, szumy i wschody.
Suknie z ramion mi zerwały,
płatki lata zaplątały.
Okryłeś mnie płaszczem nocy,
gdy konały krople rosy.
Utuliłeś usta zemdlone,
napoiłeś żarem i popiołem.
W objęcia Morfeusza
odpłynęłam nagle, cicho.
Dzika, krucha i zlękniona,
omdlałam aż do świtu.
A oczy w półmroku drżące
śpiewały słowikowym tonem,
jakby noc ukryła w nich
cały smutek niespełnionych wspomnień.
Moje oczy już nie czekają
na ciepło twojego uśmiechu.
Nie wypatrują cię w tłumie,
nie szukają w pustych oknach świtu.
Serce nie drży już nerwowo
na dźwięk twojego imienia.
Milczy spokojniej niż dawniej,
jakby zmęczyło się tęsknieniem.
Zapominam o miłości
jak o wczorajszym śnie —
rozmytym, cichym, odległym,
który jeszcze boli przez chwilę po przebudzeniu.
Lecz czasem, gdy noc siada obok mnie,
wracam do starych fotografii.
I wtedy pytam ciszę szeptem:
czy kiedyś twoje zdjęcie
będzie bolało mniej?
Deszcz na szybie krwawy kreśli ślad,
blade oblicze tonie pośród szyb.
Cicho spływa chłodem tafli szkła,
jakby noc zapomniała, czym jest świt.
Echo wiatru kołysze niespokojny sen,
w pustych ścianach drży ostatni szept.
Każdy oddech cięższy jest niż cień,
każdy krok prowadzi głębiej w mrok i chłód.
Poranek wraca znowu bez nadziei,
bardziej martwy niż wczorajszy dzień.
Sine światło wpełza między ściany,
niosąc ciszę, której boi się nawet cień.
