Zmiana sposobu prezentacji
Alonissos - szmaragdowe wakacje
Są takie miejsca na świecie, gdzie turystyka dopiero pączkuje, a do rozkwitu brakuje jeszcze trochę czasu. Trzeba więc wykorzystać go, zanim nadejdzie moment, w którym kameralne zakątki stracą swe dziewictwo, a plaże zaleje wielojęzyczny tłum.
Alonissos, mała wyspa wysunięta na północ Archipelagu Sporadów, starożytnym Grekom znana była jako Ikos, którą zamieszkiwał syn Dionizosa i Ariadny - Stafylos (co oznacza winogrono). Sławę mieszkańcom przysporzyła bowiem właśnie uprawa winorośli. Już w najdawniejszych czasach zajmowano się tu winiarstwem, a urny z napisem IKOS opłynęły na ówczesnych statkach wiele mórz.
Wyspa, a właściwie wysepka jest malutka. Ma długość zaledwie 20 km. W najszerszym miejscu jest szeroka tylko na 4 i pół kilometra. Podobno była jedną z pierwszych wysp Morza Egejskiego, które zostały zamieszkałe, a będąc usytuowana na skrzyżowaniu głównych szlaków morskich, tętniła życiem. To z tych okolic wyruszyła mityczna łódź Argos, którą Jazon i Argonauci - najwaleczniejsi herosi tamtych czasów, popłynęli do Kolchidy po złote runo. W okolicach wyspy dno morskie kryje wiele wraków, które potwierdzają lata świetności tego miejsca. Raj dla wielbicieli podwodnych odkryć.
Wyspa jest kameralna, a kamieniste plaże lśnią w słońcu szmaragdową tonią. Wiele dzikich plaż jest dostępnych wyłącznie od strony morza. W krystalicznie czystej wodzie żyją (...)
--- full text ---
Najbardziej charakterystyczną świątynią Chanii usytuowaną w porcie jest Meczet Janczarów, związany z okupacją turecką, trwającą około 250 lat. Był to pierwszy meczet wybudowany w tym mieście przez Turków. Odznacza się on masywną, jasną kopułą i kilkoma mniejszymi kopułkami. Obecnie jest to miejsce, gdzie odbywają się liczne wystawy.
Centrum dawnego miasta weneckiego znajduje się na wzgórzu Kastelli, gdzie dziś możemy natknąć się na wykopaliska z czasów minojskich. Mówi się, że w tym miejscu stało kiedyś tętniące życiem miasto Kydonia (cydonia to w języku greckim pigwa), a jeszcze wcześniej, właśnie tutaj, usytuowane było najstarsze siedlisko naszego kontynentu.
Warto zawiesić oko na ruinach weneckich murów, które kiedyś okalały miasto. Niewiele z nich zostało, ale zawsze to atrakcja, szczególnie dla osób mieszkających w nowoczesnych miastach, gdzie najstarsze zabytki pochodzą z minionej epoki. Podobno wzgórze Kastelli było najbardziej bombardowanym miejscem na Krecie podczas II wojny światowej.
Spacerując uliczkami dzielnic Evreiki i Topanas natkniemy się na stare weneckie wille, kamienice i inne budowle świadczące o podboju Krety. Możemy też celowo zgubić się w wąskich uliczkach, którymi przemykają leniwe koty, by po takim spacerze usiąść w zacisznej tawernie ukwieconej krzewami bugenwilli i napić się aromatycznej kawy, a darowaną chwilę wytchnienia osłodzić (...)
--- full text ---
Chania - zakątek do pokochania cz.I
Zakochać się w Chanii brzmi wielowymiarowo, bo miłość może znaleźć nas wszędzie, a i my w każdym miejscu i do każdego miejsca możemy poczuć tę cudowną emocję. Powiem krótko: Chania jest jak kobieta z przeszłością, której oczy nie mogą kłamać.
Nieważne w którym ciepłym miesiącu przylecimy do Chanii - dawnej stolicy Krety - zachód słońca w scenerii weneckiego portu jest lepszy niż romantyczna kolacja we dwoje. Wystarczy usiąść na ławeczce na nabrzeżu lub na murze długiej grobli wiodącej do latarni morskiej i obserwować kolory nieba przy muzyce lutni czy cytry, dochodzącej z pobliskich knajpek. Jest tu bowiem wiele tawern, w których tradycja zajmuje pierwsze miejsce, a muzyka ludowa to przecież podstawa.
Miłośnicy innych muzycznych gatunków też nie odejdą rozczarowani, bo rozpiętość stylów jest jak Kreta - szeroka od zachodu, aż po wschód. W dyskotekach zlokalizowanych blisko portu można szaleć do bladego świtu, a przy okazji obejrzeć wschód słońca i porównać obydwa zjawiska na niebie, jak i wygląd miejsc, które o poranku wyglądają zupełnie inaczej niż wieczorem.
Można powiedzieć, że Chania jako miasto "z niejednego pieca chleb jadła". Przechodziła z rąk do rąk, a ci którzy mieli ją w swoim władaniu pozostawiali po sobie liczne ślady. Wenecjanie na przykład "gościli" tu ponad cztery wieki, budując w swoim stylu wielopiętrowe kamienice z (...)
--- full text ---
Dalyan - oczy zielonookiej nimfy
Wody rzeki Dalyan, przez tubylców zwaną "turecką Amazonką", są jak oczy zielonookiej nimfy. Od pierwszego wejrzenia urzekł mnie ten niezwykły kolor, który tego dnia wydobywały z toni promienie październikowego słońca. Szmaragdowa zieleń znikała jednak w trakcie rejsu, by tuż przy ujściu rozlać się w ciemnoniebieską barwę.
Z pozoru było ciepło, ale wiatr marszczył lustro wody, kiedy zajmowaliśmy miejsca w łodzi, ruszając z miasteczka o tej samej nazwie co rzeka, na około godzinny rejs. Nie spodziewałam się, że od pierwszej chwili będzie z uporem maniaka chłodził każdy centymetr odkrytego ciała. Już po paru minutach tęskniłam za polarem pozostawionym w hotelowym pokoju. Byliśmy świeżo po taplaniu się w błocie, które miało odmłodzić o co najmniej pięć lat (chyba tylko dlatego, ze spłukiwaliśmy się lodowatą wodą), więc tym bardziej dokuczał nam chłód.
Na szczęście widoki, które nam towarzyszyły skupiły całą naszą uwagę. Rzeka bowiem spokojnie meandruje, rozwidlając się na wiele odnóg i tworząc zielony labirynt obrośnięty trzcinami.
Płynęliśmy na początku wzdłuż cywilizowanych miejsc, a następnie wśród dzikiego piękna tureckiej przyrody, w miejscu gdzie ilość turystów jest ograniczona, gdyż obszar należy do Parku Krajobrazowego. W niektórych momentach było tak wąsko, że łódź ocierała się o bujną roślinność, płosząc tutejsze (...)
--- full text ---
Niektórzy mówią, że Wenecja to znikający punkt na mapie Europy - miasto, które już niedługo wyludni się ze względu na sztuczne windowanie cen związane z masową turystyką. Brzmi to jak paradoks, bo przecież turystyka powinna być kurą znoszącą złote jaja. Tymczasem jest jak smok, który stopniowo pożera miasto. Ludziom brakuje sklepów z podstawowymi artykułami, bo priorytetem handlu jest zaspokojenie potrzeb tych, którzy przyjeżdżają i wyjeżdżają, a nie tych, którzy są tu na stałe. W mieście łatwiej o pamiątki niż o chleb i mleko. Trudno też znaleźć miejsce w taksówkach, poruszających się po kanałach czy w tramwajach wodnych, napakowanych przyjezdnymi do granic możliwości.
Podobno w latach pięćdziesiątych naszego stulecia miasto zamieszkiwało około 200 tys. osób. Obecnie żyje tu niewiele więcej niż jedna czwarta. Mówi się, że rocznie ubywa aż tysiąc stałych mieszkańców.
Starano się nagłośnić problem manifestacjami (ostatnio w lipcu 2017 roku, kiedy to ludność okupowała mosty), ale władze wciąż nie uregulowały tych ważnych spraw i turystyczny chaos trwa nadal. Przybywa jedynie gołębi, których jest ponoć dwa razy więcej niż mieszkańców. Niestety, ich odchody niszczą zabytki, a wzbogacanie ziaren środkami antykoncepcyjnymi nie przynosi żadnych rezultatów.
Turyści to jednak nie jedyna apokalipsa, która wisi nad Wenecją. Za niespełna 80 lat to niezwykłe (...)
--- full text ---
Montenegro na cito! Perast i jego dwie siostry cz.II
To romantyczne miejsce, leżące w urokliwym Montenegro, nad rozlewającą się w słońcu Bałkanów zatoką, powinno być mekką koneserów piękna i ciszy. Trzy perełki na błękicie kotorskiej materii robią wrażenie i nie dają o sobie zapomnieć.
Perast to miasteczko wtulone w górę Kason. Jego założycielem było plemię Pirustów, co doskonale tłumaczy nazwę. Miejsce to nie ma w sobie nic z wakacyjnych, hałaśliwych kurortów. Jest wyciszone, spokojne, czekające na odkrycie, niczym piękna twarz panny młodej, schowana pod welonem.
Można powiedzieć , że od strony lądu jest trochę ukryte, choć doskonale widoczne od zatoki. Dzieje się to dlatego, że główna droga biegnie wyżej i zostawia miasto w dole. Warto jednak wysiąść z autobusu Blueline, kursującego z Kotoru czy Herceg Novi (za jedyne 1 euro) i zrobić sobie spacer w dół. Miasteczko z pewnością zaskoczy spokojem, ciszą i nienarzucającym się pięknem.
Podobno jest tu zaledwie 300 stałych obywateli, ale nie zawsze było tak skromnie. Kiedyś Perast tętnił życiem, mając prawie 6 razy więcej mieszkańców i aż 4 stocznie. To tutaj kształcili się oficerowie floty cara Piotra I. W barokowym pałacu Bujovica, przekształconym na muzeum, można się wiele dowiedzieć o historii tego niezwykłego miejsca. To właśnie stąd wywodzi się wielu znanych malarzy, pisarzy, historyków i dowódców. Niestety, lata świetności skończyły się wraz z (...)
--- full text ---
Czarnogóra kojarzy się przede wszystkim z Zatoką Kotorską, czyli romantycznym romansem lądu z wodą. Można się tu zaręczyć, wziąć ślub, przeżyć miodowy tydzień, a nawet wybrać w ostatnią podróż przed rozstaniem, jeśli ktoś chce pożegnać się z klasą.
Gdzie nie spojrzysz tam góry. Przed tobą, za tobą i po obu stronach. Większe, mniejsze, porośnięte piniami, gajami oliwnymi, makią oraz zupełnie nagie. Góry, na których albo wygrzewa się słońce, albo, dla odmiany, chmury kładą się cieniem, przepływając powoli, zawieszając się na szczytach i trwając tak, póki ich wiatr nie rozgoni. Spektakl światła sprawia, że szczyty zmieniają się z chwili na chwilę. Jaśnieją w słońcu, albo stają się ciemne i mroczne. Po prostu Czarnogóra.
A w samym środku tych gór, schodzących majestatycznie do wody, jakby chciały ochłodzić się w błękicie - zatoka, zwana przez miejscowych Boką Kotorską. Dlaczego Boka? Od włoskiego słowa bocca, które oznacza usta. Skąd skojarzenie z ustami? Część najbardziej wgryziona w ląd rzeczywiście może przypominać wycięcie górnej wargi, ale reszta? Nie mam bladego pojęcia. Może językowaty kształt skojarzył się komuś z tą częścią twarzy?
Wody zatoki w porównaniu z greckimi morzami (te kocham najbardziej), wyglądają zupełnie inaczej. Tam przestrzeń, wolność i namiętność fal otwartego morza, tu nieziemskie krajobrazy i niebieskość (...)
--- full text ---
Stolicą wyspy jest największa miejscowość, położona na dwóch wzgórzach. Ma tę samą nazwę co wyspa, czyli Skiathos. Tworzą ją białe domki z czerwonymi dachówkami, a najważniejszym miejscem jest stary i nowy port, który ma ogromny wpływ na życie miasta. To tutaj jest najwięcej knajpek, które o zmierzchu rozsiewają wokół zapach czosnku i oliwy, dzięki czemu bardzo szybko zapełniają się kosmopolitycznym tłumem.
Obok znajduje się mały cypel Bourtzi, będący wizytówką Skiathos, w którym kiedyś mieścił się fort. Dziś jest to niezwykle romantyczne miejsce, gdzie w ciągu dnia można odpocząć od zgiełku: pospacerować zacienionymi alejkami, usiąść w restauracji z widokiem na morze i okoliczne wyspy, albo poopalać się na niewielkiej plaży porośniętej opuncjami. Wieczorem warto przyjść na koncert albo sztukę teatralną, którą wystawia się w amfiteatrze.
Osobnym miejscem na wyspie, budzącym wiele emocji jest nietypowe lotnisko, a właściwie krótki pas startowy, biegnący z jednego brzegu wyspy na drugi, przecinając ją wszerz. Kiedy pogoda nie sprzyja, zostaje on zamknięty ze względu na swoją niedużą powierzchnię. Najciekawsze w nim jest to, że samoloty lądują i startują tuż nad głowami turystów, którzy żądni wrażeń przybywają, by poczuć smak adrenaliny i zapach ropy w nozdrzach. Co prawda na czas lądowania wyłączona jest z ruchu niewielka droga przy lotnisku, ale gapiów (...)
--- full text ---
Skiathos - przerwa na "nicnierobienie"
Uwielbiam biało-niebieskie lato, więc z uporem maniaka penetruję greckie wyspy różnej wielkości. Niby wszystkie takie same, a jednak każda inna. Tym razem padło na malutką Skiathos, o powierzchni zaledwie 48 kilometrów kwadratowych, leżącą na Morzu Egejskim i jak sama nazwa wskazuje, w cieniu Góry Athos ("skia" z greckiego to cień).
Nie zamierzałam jednak spędzać lata w cieniu, bo Skiathos to słoneczna wyspa wielu pięknych plaż, na których chętnie odpoczywają gwiazdy. Z dwiema polskimi, bardzo sympatyczną parą aktorów, mieliśmy przyjemność lecieć z Warszawy. Jednak to nie obecność sław zadecydowała o wyborze miejsca. Po szaleńczym tempie codziennego życia pragnęłam spędzić czas na błogim "nicnierobieniu", przerywanym jedynie pływaniem w krystalicznej, ciepłej wodzie, w której promienie słoneczne ożywiają piasek, migoczący złotem, jakby celowo rozsypano na dnie cenny kruszec.
Chciałam nasiąknąć greckim spokojem, dystansem do życia i apetytem na nie, a także poczuć jego prawdziwy smak, nieskażony chemią, irytacją, zniecierpliwieniem. Nauczyć się od nowa celebrowania chwil, rozmów o niczym istotnym, zagłębiania się w siebie, w swoich myślach i pragnieniach.
Poza tym Skiathos to filmowy hit czyli "Mamma mia" z cudowną Meryl Streep. Wprawdzie kręcono go głównie na sąsiedniej wyspie, ale kilka minut pochodzi również stąd. Niewielką (...)
--- full text ---
Kefalonia - Jaskinia Nimf i rytuały
Nazwa Kefalonia pochodzi od imienia syna Hermesa - Kefalosa. Odrzucił on względy bogini zorzy porannej - Eos, bo bardzo kochał swoją żonę, Prokris. Jak wiadomo, kobiety potrafią pokazać pazurki, więc bogini zasiała ziarno niepokoju w sercu herosa, dotyczące wierności jego oblubienicy. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Historia skończyła się fatalnie. Kefalos, zaślepiony zazdrością, przypadkowo zabił ukochaną na polowaniu, a sam popadł w rozpacz i nie otrząsnął się z niej aż do śmierci. Mówi się, że nad wyspą wisi klątwa, która szczególnie w pamiętne trzęsienie ziemi w 1953 roku, dała nieźle popalić mieszkańcom. Zresztą parę lat temu ziemia się znowu zatrzęsła, ale nie było zbyt dużych strat.
Jest wiele mitologicznych historii związanych z Kefalonią, ale dziś zapraszam do Jaskini Nimf, gdzie znajduje się niezwykłe jeziorko, którego nazwa pochodzi od imienia jednej z nich - Melissani.
Wspomniane jezioro to ewenement geologiczny. Odsłoniło się po największym trzęsieniu ziemi, kiedy pod wpływem ruchów tektonicznych spadł strop podziemnej jaskini, ukazując ukryty dotąd świat. Woda w nim ma niespotykany kolor, ale trzeba odwiedzić grotę w samo południe, kiedy padające z góry promienie słoneczne wydobywają najpiękniejsze barwy. Niestety, spóźniliśmy się na to spektakularne widowisko. Ale i tak było zachwycająco. Po przejściu podziemnym korytarzem stanęliśmy na brzegu (...)
--- full text ---
Kefalonia - wszystkie odcienie niebieskiego
Urzekające kolory morza, od błękitu przez turkus aż po malachit, słońce na intensywnie niebieskim niebie i romantyczne zatoczki, które można zwiedzać, nurkując w ciepłej, krystalicznej wodzie.
Kiedyś, oglądając ulubiony magazyn podróżniczy, natknęłam się na reportaż o jednej z Wysp Jońskich - Kefalonii. Oglądając zdjęcia bardzo chciałam znaleźć się wśród porośniętych zielenią wzgórz, stromych klifów czy w rodzinnych greckich tawernach, gdzie czas płynie innym rytmem, a każdy gość traktowany jest jak bliski krewny, karmiony najlepszymi smakołykami, a nie posiłkami, o których składzie i sposobie przygotowania lepiej nie wiedzieć.
Kiedy więc Kefalonia pojawiła się w ofercie zaprzyjaźnionego biura podróży, natychmiast zarezerwowaliśmy miejsce w małym hoteliku na tej niezbyt często odwiedzanej wyspie. Powodem słabej bazy turystycznej (co w moim mniemaniu jest wielkim atutem) było wielkie trzęsienie ziemi, które nawiedziło wyspę 12 sierpnia 1953 roku i właśnie na niej miało swoje epicentrum. Ziemia trzęsła się przez minutę z niezwykłą siłą, co zburzyło niemal doszczętnie większość domów. Mówią, że społeczeństwo przed kataklizmem dzieliło się na biednych i bogatych. Po trzęsieniu ziemi wszyscy stali się równi. Duża grupa mieszkańców postanowiła wyemigrować z wyspy. W związku z tym, kiedy inne budowały hotele, Kefalonia podnosiła się z ruin, a każde ręce do (...)
--- full text ---
