Zmiana sposobu prezentacji

17 stycznia 2015

proza

Miladora
Miladora

Sztywniak

Tytuł – Sztywniak. Osobliwe życie nieboszczyków
Autor – Mary Roach (amerykańska dziennikarka i pisarka popularnonaukowa)
Wydawnictwo „Znak”
Kraków 2010


Kiedy sięgam po książkę, kieruję się zazwyczaj tytułem lub nazwiskiem autora, choć nierzadko robię to zwabiona interesującym wydaniem. Potem oglądam ją przez chwilę, czytam notkę z tyłu okładki, a następnie przerzucam strony, by sprawdzić, jak została napisana.
W przypadku „Sztywniaka” książka natychmiast powędrowała do torby.
Dlaczego?
Cenię oryginalne tematy i poczucie humoru, a poza tym już pierwsze słowa wstępu, nie mówiąc o informacjach podanych na obwolucie, zaintrygowały mnie w wystarczającym stopniu, bym postanowiła pozycję tę niezwłocznie przeczytać.
Cytuję: Sztywniak” to książka o czasami dziwacznych, często szokujących, ale niezmiennie fascynujących wyczynach zwłok.
Czyli – Co dzieje się z ludzkimi ciałami po śmierci.
 
Ze wstępu autorki:
Moim zdaniem bycie martwym nie różni się zbytnio od rejsu statkiem wycieczkowym. Większość czasu spędza się w pozycji leżącej. Ciało flaczeje. Nic nowego się nie dzieje i nikt się po tobie niczego nie spodziewa.
I dalej:
Wielu ludzi pewnie uzna tę książkę za niestosowną. „Bycie martwym to nic zabawnego”, powiedzą. A właśnie, że tak. Bycie martwym to absurd. To (...)

--- cały tekst ---

24 grudnia 2014

proza

Miladora
Miladora

Świętopietrze (drabble)

Mieliście kiedyś prawdziwą kołomyję? Taką, przy której można wyciągnąć kopyta? Ja owszem. Święta nadeszły zbyt szybko i pewnego dnia ku swojej rozpaczy wylądowałam w kuchni wśród garnków, torebek z mąką, rozpatroszonego karpia i samosiejnych bakalii. W dodatku grzyby się namnożyły, barszcz zaczął przypominać tsunami i w rezultacie świt zastał mnie pod stołem. Reakcji bliskich nie zobaczyłam, bo zbyt późno mnie znaleziono. A Piotruś wprawdzie niezwłocznie otworzył wrota, lecz widząc na mojej twarzy wyraz nieopisanej ulgi, zapytał z przekąsem: – A gdzie barszcz z uszkami, kobieto?! 

 
 
 
 
 
Dla Ani Ostrowskiej i Jeślinki, które zdołały mnie zdopingować do pierwszej w życiu zabawy w drabble. :)

22 grudnia 2014

proza

Miladora
Miladora

Spełnione obietnice – recenzja książki „Obietnica poranka”.

Autor – Romain Gary
Tytuł oryginalny – „La promesse de l'aube”
Tłumaczenie – Jerzy Pański
 
Niełatwo mi już pisać po polsku. A przecież kiedyś – nawet nie tak dawno: trzydzieści pięć lat temu – pisałem po polsku wiersze, kochałem się w polskiej poezji, chodziłem do szkoły Kreczmara na Wilczej… kto wie, może nawet po polsku myślałem – powiedział Romain Gary w przedmowie do wydania polskiego w 1964 roku.
 
Kim więc był?
 
Romain Gary – a właściwie Roman Kacew, urodził się w Moskwie w 1914 roku. Jego matka, Nina Kacew, uciekła z Rosji do Wilna, stamtąd przeniosła się wraz z synem do Warszawy i następnie w 1927 roku wyjechała do Nicei.
 
Gary studiował prawo w Paryżu, na początku II wojny światowej wstąpił do francuskich sił zbrojnych jako lotnik, a po wkroczeniu Niemców zbiegł do Anglii, gdzie służył w siłach „Wolnej Francji”. Po wojnie rozpoczął karierę dyplomatyczną, obejmując coraz to wyższe stanowiska. Jednocześnie pisał i publikował. Jako jedyny otrzymał dwukrotnie prestiżową nagrodę Goncourtów, zdobywając ją po raz drugi pod pseudonimem Emile Ajar.
 
Dlaczego rozpoczęłam recenzję od podania tych informacji, mimo że Romain Gary sam opowiada w książce o sobie?
Otóż, całą karierę przepowiedziała mu w dzieciństwie matka.
 
I to o jej wpływie na życie autora traktuje ta (...)

--- cały tekst ---

21 grudnia 2014

proza

Miladora
Miladora

Krótki tekst o...

– Może nie trzeba było… – mówi z westchnieniem siostra, płucząc ścierkę pod kranem. – Sądzisz, że jesteśmy zbyt wymagające? Za dużo oczekujemy?...
Rozkładam ręce.
   –  Tak, wiem – przyznaje. – To ja zaczęłam. Ale czasem trudno się oprzeć…
   – On wcale nie był najgorszy. Miał w sumie dobre intencje – wtrącam, patrząc na wyżymaną przez siostrę szmatę, która zostawia różowe smugi na emalii zlewu. – Może byś tak wzięła wiadro? – sugeruję z namysłem.
   – Nie chce mi się wody zmieniać – krnąbrnie oświadcza siostra, sięgając po następną ścierkę. – Zresztą zaraz to zmyję… Dobre intencje, mówisz? – podejmuje wątek. – Jakie dobre intencje? Przecież przylazł z tą walizą, żeby nam wcisnąć kolejne łachy.
   – Masz rację – potakuję – ale to żaden powód, by go tak traktować. Zwłaszcza że opuścił cenę…
   – I co z tego? Nie mam zamiaru mieć poczucia winy. – Siostra odwraca głowę, patrząc na mnie z niechęcią. – Zawsze ich bronisz, chociaż wiesz, jacy to ludzie. Wścibscy, nachalni i tyle mówią, że się w głowie kręci. Ten też próbował… A pamiętasz tych sekciarzy? Wzdycham, ale siostra nie ustępuje.
   – I nic z tego nie było, same problemy… – rzuca, dodając z przyganą: – Lepiej byś zamoczyła fartuchy, zamiast tak stać bezczynnie.
Odwracam się na pięcie.
 
   – (...)

--- cały tekst ---

16 grudnia 2014

proza

Miladora
Miladora

Quinta essentia

Ciekawe, czy Sąd Ostateczny jest rozprawą zamkniętą, czy też odbywa się przy udziale publiczności – pomyślałam, upychając po kieszeniach liczne, niezbędne w odczuciu drobiazgi, jakie postanowiłam przemycić podczas swojej ostatniej podróży.
   Jakoś nie dziwiły mnie dawne zwyczaje pogrzebowe, kiedy to wędrowca udającego się w zaświaty zaopatrywano w mnóstwo przedmiotów mających mu ułatwić życie w tak zwanej Wieczności. Sprytni byli ci nasi przodkowie. A raczej zapobiegliwi, bo kto powiedział, że tam musi być zupełnie inaczej? Może właśnie nie jest? Może też będę potrzebowała kosmetyków i biżuterii? Trudno tak od razu pożegnać się z dawnymi nałogami. Dlatego właśnie gromadziłam te wszystkie duperele, w dodatku nie odczuwając z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia.
   Najwyżej mnie sprawdzą i odbiorą – przemknęło przez głowę. – Ale chyba  pilniczka nie warto jednak zabierać. A nuż wyjdę na terrorystkę?…  Chociaż, z drugiej strony, wszyscy wiedzą, że paznokcie rosną także po śmierci. Włosy również… O, do licha – farba! Farbę muszę zdobyć! Bo co, z odrostami pojawię się przed szacownym gremium? Boże, a gdzie zrobię trwałą?!… 
   Te i tym podobne myśli skutecznie zakłócały harmonię ostatnich chwil przed eskapadą, w której miało się okazać, czy Raj jest jedynie wymysłem biur turystycznych lub produktem indoktrynacyjnych zdolności reprezentantów (...)

--- cały tekst ---

13 grudnia 2014

proza

Miladora
Miladora

Malcolm

To nieprawda, że spotykamy
przeznaczenie w mężczyźnie
lub kobiecie, prawdą jest, że ci,
których spotykamy, stają się
naszym przeznaczeniem.
John McGahern
 
Malcolm
 
Moje przeznaczenie dopadło mnie w dniu, gdy robotnicy zaczęli remont fasady.  Miało wygląd nastroszonego, na wpół gołego pokractwa, na widok którego natychmiast nasuwała się myśl: Istny strusiek. Wylągł się w załomku pod balkonikiem i tynkarz nie miał wyboru; wyciągnął z gniazda i przyniósł, pozbywając się w ten sposób jakichkolwiek zobowiązań.
Wsadziłam struśka do pudełka i wystawiłam wieczorem na zewnątrz. Pech chciał, że zaczęło padać, pisklak wylazł i mokry jak nieboskie stworzenie przywarł do ściany. Nie było szans, by matka go odnalazła; spłoszona przez robotników nie odważyłaby się zapewne powrócić, tak więc przytargałam struśka na powrót do domu i otuliłam starym ręcznikiem. Przenocował spokojnie, ale po południu zaczęłam się martwić, czy nie umrze z głodu. Czas był najwyższy, by przyjąć do wiadomości, że mam rezydenta.
W kwestii hodowli gołębi byłam ciemna jak tabaka w rogu, zresztą nigdy nie przepadałam za tymi obsrajdachami, a tu masz, zwalił mi się na głowę ptasi niemowlak z całym bagażem odpowiedzialności i problemów. Nie miałam jednak wyjścia. Otworzyłam Internet i (...)

--- cały tekst ---

13 grudnia 2014

proza

Miladora
Miladora

Jak przeminął z wiatrem pewien rober(t), czyli o skutkach licytacji

Jesień nie owocowała akurat ciepłą pogodą, która mogłaby zachęcać do wędrówek. Pochmurne, w większości deszczowe popołudnia sprzyjały raczej innym rozrywkom. Grze w karty, na przykład, a pod tym pojęciem rozumiem zwyczajnego brydża, choć może raczej niezbyt zwyczajnego, skoro miał bardziej służyć pogłębianiu znajomości (sama się zastanawiam, czy to nie eufemizm) niż idei gry jako takiej, zwłaszcza że opanowanie terminów typu „impas” czy „forming” świetnie sprawdzało się nie tylko na blacie stolika.
 
„Nie mieszaj nigdy kart i whisky, chyba że już matka karmiła cię irlandzką gorzałką” – powiedział Gerald O’Hara do swojego służącego, gdy ten pomagał mu w rozbieraniu po szczególnie mocno zakrapianej partii pokera, w której ojcu sławnej Scarlett udało się wygrać równie sławną Tarę.
Miał rację. Ale czegóż to człowiek nie zapomina w ferworze rozgrywek…
Nie dodałam bowiem, że nasze partie również były zakrapiane i najczęściej, jak to mówią, niewąsko. Podobno wszystko jest dla ludzi. Tyle że niekiedy trudno określić ilość i granice tego „wszystkiego”.
I tak, jak w trakcie gry (i tej na blacie, i ponad) jakiś impas może spalić na panewce, tak na panewce może spalić również iskra, którą usiłuje się wykrzesać za pomocą wyżej wspomnianego środka, czyli alkoholu.
Ale nie uprzedzajmy faktów.
 
Licytacja polega na tym, żeby (...)

--- cały tekst ---

11 grudnia 2014

proza

Miladora
Miladora

Układ

Człowiek kołysze się złudzeniami,
a dzień przechodzi i czas ucieka.
Avicenna
 
Układ
 
   Nie pamiętam właściwie, kiedy zalęgła się we mnie myśl o sprzedaniu duszy. A może zresztą towarzyszyła mi od zawsze i postępujący wciąż niedostatek oraz brak szczęścia jedynie wydobyły ją z mroku?
   Tak czy owak wypłynęła pewnego dnia w całej okazałości, kusząc zabiedzony umysł i ciało możliwością poprawy życia, czemu trudno się dziwić, gdyż wszystko, a zwłaszcza nędza, może kiedyś znudzić, chociaż „znudzić” jest zwyczajnym eufemizmem na wyrażenie stanu wkurwienia, jakiego doznawałem od dłuższego już czasu.
   Przywołanie diabła okazało się, o dziwo, wcale nie takie trudne, jak sądziłem z początku, przemykając cichcem o północy na zakurzony, ciemny strych, którego fantasmagoryczny, wręcz paranormalny klimat wydawał się być odpowiednią scenerią dla owych, bądź co bądź, nienormalnych zabiegów. Na wszelki wypadek zaopatrzyłem się w kredę, czarną świecę i kartkę papieru, zapobiegliwie nie żegnając się przed przystąpieniem do ceremoniału, i tylko pewną trudność sprawiło mi wybranie odpowiedniego imienia.
            – Ty, diabeł! – krzyknąłem na próbę.
Płomyk świecy zachybotał.
            – Może byś tak przyszedł? – spróbowałem ponownie.

--- cały tekst ---

5 października 2011

proza

Miladora
Miladora

Powroty

Recenzja książki „Powrót z gwiazd”.

Tytuł – Powrót z gwiazd
Autor – Stanisław Lem
Kategoria – Literatura piękna
Gatunek – science fiction
Forma – powieść
Rok wydania – 1961
 
 „Stanisław Lem to jeden z największych w historii gatunku pisarzy science fiction, jej odnowiciel, innowator i zarazem klasyk. Fantastyka naukowa przyniosła mu światową sławę i popularność, ale dopiero równoległa do niej twórczość eseistyczna pozwala docenić rozległość horyzontów pisarza i oryginalność jego filozoficznych poglądów na świat, człowieka, a także konsekwencje ludzkich odkryć i wynalazków” – napisał prof. Jerzy Jastrzębski.
 
Nie sądzę, żeby komukolwiek w Polsce trzeba było przedstawiać Stanisława Lema, tym niemniej posłużyłam się cytatem, ponieważ od dawna fascynuje mnie sposób, w jaki niektórzy pisarze science fiction potrafią połączyć filozofię z fantastyką i jak się nią posługują, by pełniej przekazać swoje wizje. I nie zaprzeczam, że odkryłam to właśnie dzięki Lemowi.
 
„Powrót z gwiazd” to specyficzna książka. Mieści w sobie wachlarz pojęć zacytowanych powyżej, lecz moim zdaniem zawiera też coś więcej. Myślę, że jest odbiciem temperamentu pisarza, który w pewnym momencie, machnąwszy  na wszystko ręką, napisał, co chciał i jak chciał. Czy utożsamiał się w jakiś sposób ze swoim (...)

--- cały tekst ---

28 września 2011

proza

Miladora
Miladora

Ballada o szczurach

Ja i ty - jesteśmy jednej krwi.
(R. Kipling - Księga dżungli)
 
Ballada o szczurach
 
Pewnego dnia (tak na marginesie, lubię zaczynać od słów „pewnego dnia”, ponieważ nadal uważam to za najbardziej intrygujące wprowadzenie w temat), a więc, pewnego dnia, zniknęło mi z łazienki mydło.
 
Mydła było już niewiele, a w dodatku uznałam to za zbyt błahą sprawę, żeby wszczynać z tego powodu domowe dochodzenie, wobec czego machnęłam na nie ręką, zwłaszcza że schylać i szukać nie bardzo mi się chciało, i po prostu wyłożyłam następny kawałek.
 
Nie minęło wiele czasu i mydło ponownie szlag trafił. Znalazłam je pod wanną, opłukałam z kurzu i umieściłam starannie w koszyczku.
– Pewnie Małej spadło – pomyślałam przelotnie, wracając do swoich spraw.
 
W parę dni później znowu, tym razem lekko klnąc pod nosem, buszowałam pod wanną. Mydło owszem znalazłam, ale w najdalszym i najciemniejszym zakątku łazienki, co sprawiło, że przez długą chwilę zastanawiałam się, jakim cudem mogło aż tam trafić. Uznałam to wreszcie za jedną z tych tajemnic przyrody, które sprawiają, że życie staje się ciekawsze i odłożyłam wszystko ad acta.
 
Potem po domu zaczęły grasować duchy. Coś przemykało ciemnym korytarzem, pantofle rozchodziły się po całym mieszkaniu, a puste butelki po Pepsi nie mogły ustać (...)

--- cały tekst ---

27 sierpnia 2011

proza

Miladora
Miladora

Prawdziwa historia Kaina i Abla, czyli rzecz o mistyfikacji

Całe szczęście, że świadomość jest cechą wrodzoną
i jako taka podlega dziedziczeniu.
 
Prawdziwa historia Kaina i Abla,
czyli rzecz o mistyfikacji
 
I Ewa porodziła Adamowi synów - Kaina i Abla.
- Który jest który? - zapytał Adam, przyglądając się noworodkom.
- Nie wiem - odparła Ewa szczerze. - Niech sami sobie ustalą, kiedy dorosną.
I dorośli.
 
Nawet nie kłócili się specjalnie przy tym ustalaniu. Właściwie było im wszystko jedno. Jasne, wtedy nie wiedzieli jeszcze, co ich czeka, choć, jak się okazało, nie miało to i tak większego znaczenia. Obowiązkami dzielili się sprawiedliwie. Kain uprawiał pole i ogród, a Abel hodował owce. W ten sposób zawsze mieli chleb, mięso, jarzyny i nawet owoce na deser.
 
Nadeszła pora corocznego złożenia ofiary Bogu-Ojcu.
- Co zrobimy? - zatroskał się Abel. - Wiesz, że Stary nie znosi zielska. Będzie wściekły za snopka, którego masz mu zamiar ofiarować.
- On lubi być wściekły - stwierdził ponuro Kain. - Inaczej pozwoliłby nam składać zusammen do kupy.
- Divide et impera - skonstatował Abel. - O to mu chodzi. Razem jesteśmy za dobrzy... A poza tym myślę, że nas nie odróżnia i to go wnerwia dodatkowo.
- No to co robimy? - spytał bezradnie Kain i spojrzał na Abla. - Tym razem nie pozwoli już nam wyłgać się nieurodzajem.
- Cóż, (...)

--- cały tekst ---

Kontakt z redakcją



Zgłoś nadużycie


Opcja dostępna tylko dla użytkowników zalogowanych. Zarejestruj się