Zmiana sposobu prezentacji
mam dość światła
jak karaluch chowam się po zlew
i cicho łykam wodę
żyję
choć jeszcze tylko chwilka
nim zacznę śnić
snem wiecznym
pod cichą ręką właściciela
konstelacją rąk zamykam czasy
gdy umierało się w trumnie żywcem
jak paznokciem rozdrapuję rany
aż mięso do białego i żywe
i czarne stosy latawców
co wzbić się miały nad filar
podeszły zapachem do twarzy
mówią że z czasem jak pamięć mija
jedną nogą w raju
jedną ręką w farbie
nie ma szans na cień ruchomych schodów
nieme wyliczanki
wron co bawią się z gałęzią
w znajdź mnie i upoluj
nie ma miejsca na raz i dwa
odpłynęliśmy jak obłoki
na jednym brzegu nic
na drugim wszystko
papierowa wojna o szacunek trwa
spod ogona wypadają iskry
zmyśliłam cię na ławce
oplutej, oderwanej
ledwo łącząc ręce
pędzlem ust usłany trawnik
zetną go na wiosnę
i obumrze ptak
ja jestem
powracam jak pies
on ma budę - ja buddy nie znam
pół nteligencji z prawej
i pół z lewej
suszą brzmi gdzieś świerszcz
sama ze sobą
pustka jak bąbelki krąży
po szklance
tylko chłód i żal
egzystencją woła nerw
i brew
się w pół gnie
kolejny martwy taniec
i imię jej brzmiało Frania
instrukcja obsługi jak każda inna
dwie nogi, dwie ręce, kabel
i tylko szkoda, że zęby ostre
na dwa rozdzielały pranie
co z dziurą na piętach punkt miały słaby
i imię jej brzmiało Frania
między liściem a konewką
pochowały mi się myśli
krzyżem zaznaczone miejsce
jak dźwięk tego co miał przyjść
z krwotokiem chwili pojąć czas
i przestać śnić
bywały takie dni
że oczy wprost kłamały
światło załamywało się
jak ja
jeszcze jeden...
i były drogi trudne jak świat
na cholerę umierały anioły
jeszcze dwa...
bo jeden przegrywa
z przepaścią
