Zmiana sposobu prezentacji
Ruchliwy Świat
nie zauważył nieistotnej zmiany
zaszłej kilka godzin temu,
na kościelnej wieży
czas
stanął o dziewiątej trzydzieści.
Pod baldachimem włosów,
przyciskany jestem
do trawiastego łoża,
przez grawitację
oszklonego spojrzenia
zielonych chmur.
Obserwuję pracę
leniwego artysty
wodzącego
po liliowym
blejtramie twarzy
świetlistym pędzlem ciepła.
Parnym powietrzem,
wyrzeźbionym przez wargi
w niewypowiedziane słowa,
usypiam wskazówki zegara.
Z otwartej chmury,
spływając po promiennych włosach,
kameleonem zielono-szarego
spojrzenia się stały.
Utopiwszy wszystkie nitki,
umierać poczęły,
dotykając rozpalonego ciała
i uleciały ku niebieskiemu morzu,
kradnąc westchnienia.
Od błysku... do grzmotu,
przeliczam einsteinowski czas,
wspomnień z dzieciństwa,
niezliczonych burz – zachwytu
i modlitw starszych,
spoglądających w świecy płomień.
Z przyklejonym nosem,
zahipnotyzowany – jasności tańcem,
besztany przez mamę,
nieposłuszny niezrozumiałym nakazom,
uciekłem,
by powrócić samotnie,
do umarłego domu – dorosłości,
po czasie,
zdaje się nie większym,
niż od błyski... do grzmotu
Pełne gorzkich złudzeń
ocierają się o siebie
w reklamówki ciasnocie.
Oczekują na swój los
zapisany w codzienności
weterana robót
zmierzającego do pracy.
Aluminiowe kuzynki
zgniecione ludzka bezsilnością
leżą w rowie
czekając na człowieka,
dla którego,
ceną przetrwania będą.
Łódź,
niegdyś z białym żaglem
pełnym wiatrów,
straszy czarnym żebrem
wśród popiołów na plaży.
MOŻE wyrośnie na nich
krzew o kolcach ostrych
i kwiecie nabrzmiałym,
niedostępnym
dla słonych żeglarzy.
Głuchy dom
wychował patykowate ciało
zdolne do połamanego tańca,
które zamknęło sie w skorupie
zesztywniałego jedwabiu.
Czy kiedyś rozpląta nici,
by utkać słowa radości?
trzynasty raz
przekroczył mi drogę
właściciel czarnej
zwinności
i spoglądając w ma
stronę
ślepiami migdału
zobojętniałymi wobec
przesądu
powrócił do domu
odmiennie do mnie
którego wiara
spoczęła
w zimnym ciele spokoju
