Zmiana sposobu prezentacji
tak żal piersi
skomlących szczeniąt
uniesionych w oczekiwaniu
na głaskanie
smutno kiedy skóra
przygotowana na wysoki połysk
odłogiem
a włosy wyczesane
miękkością snów
wstyd za natrętne łzy
szuuuur po kryjomu
umykające przed packą na muchy
tej dziwnej wiosny
nawet odwrócona
poprzez nadąsaną ciemność
sięgam po ciebie jak niedźwiedź
do plastra miodu
kiedy mam usta i piersi
pełne
cętkowanych ogrodów
noc przeciąga się kocio
łasi do twoich ciepłych dłoni
elektyzując z futra
gwiezdny pył
znowu
zarumienił się świt
pręgowana światłem pościel
wywąchała twój trop
choć dzieli nas tysiące stron
miejskiej dżungli
rozpieszczaj
choć to wyzwanie wrzucić
brudne myśli do kosza
gesty posegregować
rozpuszczaj
choć słowo ością
z trudnością przełykasz
i ko-cham gdaczesz jak kura
rozmydlaj w dłoniach
w prezencie trzy razy więcej
poślij do diabła obowiązek
wobec honoru, dalekich krain
i jeszcze dalszych bogów
nie chcę suplementów obecności
słodkich słówek i gwiazdek z nieba
tylko tyję i pączkuję w rozgwiazdę
opadam na dno ciemnego oceanu
Ksawery urodził się ponad morzem, wysoko nad chmurami, a o jego narodzinach mówiono we wszystkich wiadomościach. Jak mało kto miał szansę na błyskawiczną popularność. Opinie o jego osobowości również ustalono z góry. Ksawery miał być szybki, gwałtowny i bezlitosny. Początkowo starał się wyjść tej opini na przeciw, a nawet jej sprostać. Rzucał się na ziemię z prędkością samochodu, zaśmiecał plaże, gonił spacerowiczów, którzy mimo ostrzeżenia, szwendali się po promenadzie. Potem zainteresowały go morskie fale. To dopiero była zabawa! Uderzał z pasją w wodę, która w odpowiedzi unosiła się gniewnie, tocząc z wściekłości pianę. Jednak po pewnym czasie poczuł się samotniony, przecież on tylko chciał się bawić, był jeszcze dzieckiem. Dlaczego morze tak się złościło zamiast dać jak dobry dziadek poszarpać za białą brodę? Dlaczego ludzie uciekali z krzykiem?
Postanowił ruszyć w głąb lądu, starając się nie zwracać na siebie uwagi, ale gdziekolwiek się pojawiał wywoływał panikę i katastrofę. Jego siła rosła i choć nie chciał, zmiatał z dróg samochody, zrzucał dachy z domów. Ścigały go przekleństwa i złorzeczenia.
Tymczasem w Krakowie, w jednej z kamienic Pani szykowała się do wyścia na spacer z psem. Pies zachowywał się jak zwykle czyli zupełnie niepoczytalnie. Ganiał wokół swojego ogona jakby to była całkiem nowa rzecz, którą właśnie odkrył w swoim życiu. Nie był (...)
--- cały tekst ---
postanowiłeś
nie przekraczać granic Antarktydy
zamroziłeś pragnienia
oglądam świat przez kostki lodu
zlizuję z zegarów sople minut
pragnienie pali od środka
a na zewnątrz cicho sypie śnieg
gdybym była naiwną Gerdą
otarłabym kolana za tobą
wypełniła kieszenie argumentami
piękniejszymi niż zorza
ale nie jestem już dziewczynką
w polarną noc topię
ciałem prześcieradła
na wypadek gdybyś
jednak
łaskawie
przekroczył biegun
mówisz niezwykła
skąd się biorą wiersze?
z soku cebuli krojonej na łzy
z aromatu płynu do płukania
twojej koszuli frunącej na wietrze
figlarnie
wysypują się z siatek na zakupy
skapują na papier śniadaniowy
szumią w uszach jak autostrady
kiedy tkwisz w głupich korkach
a ja czekam
aż przeczytasz
zamiast ulubionej gazety
nie rozumiejąc
niezwykła
bo napisałam twój uśmiech
moja samotność to wierzba
opadają włosy ramiona
odwrócona nieznośnym ciążeniem
jak przeklęte drzewo
bezwładnie wiszę w pustce
kołyszę się sieroco
w podmuchach wspomnień
twój samolot odleciał
jest już daleko
jak jesienne niebo
czekam na deszcz
zwalniam się od życia
odchodzę boczną ścieżką
a raczej jej wspomnieniem
teraz tylko moje ślady
i oddech kąpiący powietrze
już się nie wycofam
odkręcanie zegarów zbyt boli
naciąga niebezpiecznie zmarszczki
zostawiając twarz wypraną z godności
muszę tylko mocno się wybić
jak każdy mam przecież końce
neuronów drżących na wietrze
synaps grających w spalony
odginam palce grawitacji
przeciągam się do stratosfery
na dole zbyt samotnie i zimno
bez twoich boskich ramion
zmyślonych
płochliwa marzył
już nie ma takich
sarnie spojrzenie
pęciny muśnięte pędzlem
tyle godzin
zapatrzony zamodlony
nasłuchując echa kroków
gdyby tylko mógł
chwilę sam na sam
jak koneser widma
wyciągając po nią dłonie
tkliwie zdejmował warstwy
pastelowej wyobraźni
potem w swoim pokoju
ściskając mocno pamięć
odtwarzał pod powiekami
kobietę z konwalią
markotniał w swej racji
dziś zabrakło impresji
(...)
--- cały tekst ---
Noce wypełniały odgłosy, nawet jeśli wszyscy już spali, to ktoś chrapał, ktoś przewracał się na drugi bok, skrzypiały stare łóżka, wykaszliwano z płuc wypalone szlugi, gadano przez sen.
Nocami też rozgrywały się potajemne roszady. Nigdy nie było wiadomo czy ktoś wstaje, żeby wyjść do ubikacji czy po to, żeby cicho poszukać ciepła w czyiś ramionach albo zwyczajnie poszukać czegoś do picia.
Nocami istniał tylko jeden sposób, żeby poczuć się odizolowanym, słuchawki na uszach i własna muzyka, tylko wtedy znikał cały ten dziwaczny pokój i jego przypadkowi mieszkańcy.
Godzina trzecia w nocy była zaklęta, mówiono o tym od wielu lat, że chyba coś straszy, bo zbyt wiele osób budzi się o tej właśnie porze, zupełnie bez powodu.
Zastanawiano się co kryją mury starego budynku, który służył robotnikom za sypialnie, łazienkę i jadalnie a nawet tak zwaną imprezownię.
Może tak jak to teraz się zdarzało, po wypiciu dużej ilości pryty, doszło do bijatyki i ktoś zamiast pięści użył ostrej serpety?
Ale ona budząc się o trzeciej nad ranem nie myślała o śmierci, zakładała słuchawki na uszy, włączała London Grammar i odpływała strumieniami swobodnych myśli. Jej zdaniem to właśnie niespełnione, bo sezonowe i ulotne uczucia wchłonęły kamienne mury. Ile widziały tych przypadkowych, szybkich romansów skazanych z góry na niepowodzenie? Od lat ludzie mieli do dyspozycji (...)
--- cały tekst ---
