Dookoła żywa materia
języka. Zdania złożone na wyższym
poziomie.
Nie wiedząc jak oddychać
wulgarnie grzebię palcem
w otwartych ranach proroczych wizji.
Ślepy, przyziemiony, koncentruję się w rejonach
bliskich piekłu i wszystkim grzechom
cielesności.
Tysiąc i jeden smaczków,
które tu zwykliśmy nazywać życiem,
drażni zmysły.
Powoli tonę w ulicach. Po fakcie zejście
zarośnie. Później zachłanne kroki zedrą
strupy.
Do gołej skóry miasta. Koniec.
Albo początek.
śród jednakich ulic nie rozróżnić nawet grzechów głównych; jeno cnoty zalegają umęczone drogi..
zgłoś
zawalisty koment pod zawalistym wierszem :)
zgłoś
super, nawet jakbym chciała - nie ma się do czego przyczepić :)
zgłoś