Zmiana sposobu prezentacji
Gdy w królestwie Domlandii miały miejsce wielkie i ważne wydarzenia, a Król Ambroży chciał poinformować o nich swoich poddanych, na ulice miast i wsi wychodzili heroldowie – czyli tacy panowie, którzy głośno krzyczeli na cztery strony świata, odczytując napisane na pergaminie wiadomości od króla.
Były to rozkazy dla poddanych z powodu mającej się odbyć wojny, albo informacje o nowych podatkach, albo panegiryki sławiące rodzinę królewską, albo wyroki wydane na poddanych i wiele, wiele innych.
Podani tak przywykli do krzyczących na ulicy heroldów, że po pewnym czasie przestali na nich zwracać uwagę, ba, przestali ich słyszeć, tak jak nie słyszy się hałasu przejeżdżającego pod oknem po raz setny dyliżansu.
I nic nie pomogło, że heroldzi ubarwiali swoje urzędowe monologi nieurzędowymi ozdobnikami. Po czasie mieszkańcy przestali zwracać uwagę na towarzyszące heroldom występy linoskoczków, wróżby czarnoksięskie, walki na miecze i inne ozdobniki, mające ludziom zawrócić w głowie i czynić ich poddanymi.
Wpływy z podatków malały, na wojnę było coraz mniej chętnych, a i o królewskiej rodzinie wiadomości w społeczeństwie były coraz bardziej fałszywe. Niektórzy byli przekonani, że król ma dwie żony, osiem dzieci i od czasu do czasu lubi sobie golnąć, co było oczywistą nieprawdą.
Gazet w tym czasie nie było wiele, a te, które były, na ogół wydawane (...)
--- cały tekst ---
Opowieść o kobietach, morgach i miłości.
Wielka Wojna trwała w najlepsze, albo raczej w najgorsze, kiedy młody ułan Stanisław lub tylko austriacki żołnierz jeżdżący na koniu, bo tu akurat przekazy potomków były różne, w czasie jednej z akcji miał mniej szczęścia niż w innych do tej pory. Przytulony do końskiego karku usiłował w ten sposób obronić się przez kulami ruskich. Pędził na wprost, zasłonięty po części końskim ciałem, ale kula była bardziej przebiegła – ugodziła go w lewy policzek, rozwaliła szczękę, przebiła podniebienie i wyszła z głowy pod prawym okiem, wyrywając duży kawałek ciała, tak z podniebienia jak i policzka.
Spadł z konia i długo leżał za jakimś wykrotem. Jak go zawieźli do lazaretu, wydawało się, że nic się z tym nie da zrobić. Nawet jak nie umrze z wykrwawienia czy zakażenia, to umrze z głodu. Żywienie pozajelitowe jeszcze nie istniało, a karmienie kaszką przez rurę też nie było w wojsku austriackim do wyobrażenia.
A jednak przeżył. Nikt nie wie, jak to się stało i kto to sprawił. Potem, w rodzinie, mówiono o cudzie. Wrócił do domu z uszkodzoną szczęką i podniebieniem załatanym srebrną czy może złotą blaszką. Twarz miał pokrzywioną, mówił niewyraźnie, choć z czasem coraz lepiej.
Wrócił też z rentą inwalidzką, kombatancką, wypłacaną potem przez państwo polskie każdego miesiąca. Na galicyjskiej, biednej wsi stały dopływ gotówki, nawet jak nie nazbyt dużej, był (...)
--- cały tekst ---
Lud Domlandii był bogobojny i religijny. Na co dzień i od święta żył w zgodzie z dziesięciorgiem przykazań, które każdemu dziecku czynem i słowem wszczepiano w mózg i ciało od maleńkości, starając się uczynić z niego człowieka dobrego, religijnego, uczciwego i moralnego.
Oczywiście trudno twierdzić, że działania te zawsze przynosiły zamierzony skutek, bo i dzieci nieślubnych było mnóstwo, i kradzieże się zdarzały, i pomówienia oraz kłamstwa, czasem ktoś komuś ukradł krowę czy barana, a nawet od czasu do czasu ktoś kogoś zabił z zazdrości czy złości.
Ogólnie jednak nie było źle i wykute w kamieniu prawo było i przydatne, i powszechnie szanowane. Nawet przez niedowiarków, którzy w swoim niedowiarstwie pomijali pierwsze przykazania, ale stosowali się do kolejnych.
Było oczywiście tak, że przez stulecia zmieniała się – choć bardzo niewiele – interpretacja zapisów kanonu, niezmiennego jak kamień, na którym go wyryto, a który także poddaje się zębowi czasu, ale nikomu nigdy do głowy nie przyszło, by zmieniać sam kanon, dany przez wiekami na górze Synaj Mojżeszowi przez samego Stwórcę.
Bo o ile godziło się i było dopuszczalne poprawianie decyzji sędziów, posłów czy senatorów, ba, samego nawet Króla – choć to czyniono zazwyczaj dopiero po jego śmierci – o tyle nikomu nawet przez myśl nie przeszło, by poprawiać Pana Boga.
I tak (...)
--- cały tekst ---
Bajka o – nie tylko frazeologicznym – krótkim związku Króla i kucharki
Był przednówek. Disneje siedzieli w swoich pałacach i spożywali wystawne obiady, kupowane za pożyczane od Domlandczyków pieniądze. Domlandczycy w tym czasie jedli owsiankę, pocieszając się, że i w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu, a parę groszy w kieszeni zostanie na ciężki czasy. Na przystawkę zajadali się rakami, zamiast homarami czy jesiotrami, jak to czyniono za płotem, żartując, że na bezrybiu i rak ryba. Główne danie ponosiło jednak gotowość bojową Domlandczyków, jako że były to kartofle w mundurkach z kwaśnym od zgryzoty mlekiem, gdy w tym samym czasie disneje wtranżalali gicz cielęcą, popijając ją tokajem. I rozpieszczali swoje francuskie pieski frykasami, kiedy Domlandczycy psom rzucali resztki, mając wpojone od małego, że nie dla psa kiełbasa.
Jedzenie przyrządzano także w obu królewskich pałacach. O ile jednak kuchnia króla Ambrożego wspomagała także co biedniejszych mieszkańców Domlandii, w tym rodzinę przypałacowego Dreptaka, dając tak początek różnym kuchniom dla ubogich, o tyle kuchnia pałacu Króla Domnalla Brecca służyła tylko i wyłącznie jemu i jego małżonce.
Temperatura w kuchni pałacu Domnalla uderzała rtęcią o sufit, więc kucharka w niej gotująca rozebrała się do rosołu, który właśnie miała ugotować. Na dodatek piec źle ciągnął musiała pociągać za miech, naciągając sobie mięśnie i jednocześnie kształtnie je (...)
--- cały tekst ---
Domlandia była krainą mlekiem i miodem płynącą. Tak się mówiło. I nikt głębiej nie zastanawiał się nad tym, co znaczą te słowa, kiedy je wypowiadał, bo przecież Domlandią na co dzień płynęła tylko jedna rzeka, i to nie najgłębsza, ot strumyk prawie, ale wszyscy przyjmowali je bez oporu i refleksji.
Łukasz, który słynął od dzieciństwa z dociekliwości, zapytał kiedyś o to dziadka, emerytowanego króla Eryka, który po chwili namysłu odpowiedział mu tak: Mój wnuku kochany. Jak się uzbroisz w cierpliwość – bo ja strasznie marudzę – to ci opowiem. Dobrze Dziadku, zamieniam się w słuch – odpowiedział szybko Łukasz, którego zżerała ciekawość. I Dziadek zaczął opowieść.
Przed chwilą powiedziałeś takie słowa – „zamieniam się w słuch”. Ale przecież dalej jesteś tym samym Łukaszem, a nie jakimś słuchem, czy nawet samymi uszami. To, co powiedziałeś, oznacza jedynie, że pilnie będziesz słuchał tego, co będę mówił.
Tak samo jest z powiedzeniem, że Domlandia jest krainą mlekiem i miodem płynącą. Takie słowa, które trochę inaczej, piękniej czy mądrzej nazywają rzeczy już raz nazwane, nazywamy synonimami. Przecież ani miód, ani mleko strumieniami i rzekami u nas nie płyną. Ale słów o mleku i miodzie używa się wtedy, gdy chce się powiedzieć, że w naszym królestwie jest dostatek wszystkiego, że jesteśmy bogaci i żyje się nam dobrze, (...)
--- cały tekst ---
W naszej wyśnionej, bajkowej krainie Domlandii, która na owe czasy – czyli czasy, w których istniała – była przykładem państwa demokratycznego i demokratycznie rządzonego, nic nie było proste.
Już nawet to, że jej obywatele takiego pojęcia jak demokracja nie znali - a jak nawet słyszeli, to kojarzyli z czymś zupełnie innym niż chciał jego twórca, Grek Klajsternes , wywodząc z jego nazwiska, że służy ona do klajstrowania dziur i pęknięć, na co dzień powstających w ruchliwym społeczeństwie, tak, by jako całość trzymało się w kupie i nie rozleciało na drobne kawałki - świadczyć mogło o skomplikowaniu spraw i działań, jakie musiał na co dzień podejmować król Ambroży, bo to społeczeństwo w całości utrzymać.
Zresztą już sam fakt istnienia instytucji króla, który przecież mógł wszystko, kiedy inni mogli mało lub wcale, przeczył - wydawać by się mogło – podniesionemu powyżej faktowi.
A jednak działało, tak jak na co dzień działał targ w stolicy Domlandii, na którym wieśniacy w jedną stronę, a mieszczanie w drugą stymulowali przepływ towarów i pieniędzy, by stawać się bogatszymi a ich kobiety ładniej przystrojonymi.
Zresztą sam targ, zwany nie wiedzieć czego Agorą, okazać się miał pierwszą demokratyczną instytucją Domlandii – jeśli o kawałku płaskiego pola z naprędce skleconymi z byle czego daszkami, można mówić prawie jak o (...)
--- cały tekst ---
Bajka o rzeźniku, który chciał zostać pisarzem
Z życia wzięte
Królestwo Domlandii, jak każde normalne królestwo, potrzebowało do swojej codziennej egzystencji wielu ludzi uprawiających wiele różnych zawodów. Oprócz króla, którego obecność w Królestwie nie budziła – póki co - niczyich wątpliwości, byli w nim portierzy, szpicle, piekarze, żołnierze, krawcy, nauczyciele, kowale, zwykli sługusi-włazidupcy etc.
Opłotkami Królestwa przemykały dwie panie swobodnych obyczajów, a całkiem poza jego stolicą mieszkał facet, który – w czasie, gdy w Królestwie wykonywano jeszcze wyroki śmierci – był katem, a teraz, z braku innego zajęcia został rzeźnikiem.
Nie był to rzeźnik, który by wykonywał smaczne kiełbasy, czy wymyślne pasztety, czy też pachnące aż poza granice Królestwa, wieprzowe szynki, o nie. Na takie finezje facet ów - który potrafił jedynie uciąć głowę czy rękę, zedrzeć skórę lub rozszarpać żywcem, ewentualnie spalić na stosie - nie był gotowy.
Swoje umiejętności mógł spożytkować jedynie do szlachtowania świń i wołów, rozbierania tychże na części, które to kawałki woził wozem, zaprzężonym w chudą szkapinę, do jatek w stolicy lub do przerobu u mistrzów w zawodzie, tworzących mięsne specjały, którym talentu i pozycji zazdrościł tak bardzo, że przy pierwszej nadarzającej się okazji byłby skłonny powrócić do danego mu przez naturę powołania i (...)
--- cały tekst ---
Komu ty służysz? – zapytał Ciekawski jakiegoś ubranego na biało Obwiesia, wyglądającego na balwierza, a może nawet znachora. Zdrowiu – odparł zapytany. Czyli komu? – dalej dociekał Ciekawski. No, zdrowiu, czyli zdrowiu - z głębi swej mądrości odpowiedział pytany, już lekko poirytowany. Nie wiesz, co to jest zdrowie?
Nie wiem - rzekł Ciekawski.
Zdrowie to jest brak choroby – odparł zapytany.
To po jakiego ty mu służysz? Jakiemuś brakowi – nie ustępował Ciekawski.
Nie służę jakiemuś brakowi tylko zdrowiu, które jest brakiem choroby – rzekł Obwieś. Czyli jednak służysz brakowi. Skoro zdrowie to jest brak choroby, to choroba jest brakiem zdrowia. A brak zdrowia to na przykład źle działająca wątroba, licho pracujące serce, zżerający od środka płuca rak albo biała krew zamiast czerwonej. W braku zdrowia występuje nieskończenie wiele ciekawych przypadków, którym można służyć, natomiast brak choroby, czyli zdrowie, jak powiedziałeś, jest sytuacją absolutnie nieciekawą, rzekłbym, jednowymiarową. Ot, wszystko jest tak jak należy, każda część pracuje dobrze, nic się nie dzieje, nic się nie psuje, żadnych perspektyw na zmianę, ot, nuda sama. Lepiej więc być służbą choroby, czyli braku zdrowia – zakończył swój monolog Ciekawski..
Ale to też brak. Tamto brak i to brak! I czym się tu ekscytować. Same braki – nie wytrzymał (...)
--- cały tekst ---
Kot Horacy leżał koło pieca i rozważał wszystkie za i przeciw. Nie miał akurat konkretnej sprawy, która wymagała by argumentów za i argumentów przeciw, dlatego swoje rozważania prowadził jedynie dla treningu kociego umysłu. „Za” był w każdym przypadku, w którym sprawa mogła polepszyć jego kocie życie, zmniejszyć wysiłek potrzebny na unikanie Łukasza czy Krzysztofa i ogólnie rzecz biorąc, pozwalała uzyskać więcej mniejszym kosztem. W przypadku przeciwnym był przeciw i nawet argumenty nie były mu wtedy specjalnie potrzebne. Pragnął żyć spokojnie i beztrosko, zachowując do końca swojego życia kocią swobodę i niezależność. Jego pragnienia były dalekie od tego, do czego dążyli ludzie, spieszący za bogactwem, zaszczytami i władzą. Najwyższe kocie szczęście dawało Horacemu poprzestawanie na małym i zachowanie spokoju ducha, co było jednocześnie najmniej podległe zmianom fortuny. Ot, pieszczoty Natalii, miska mleka, ciepło pieca, długie przeciąganie się na słońcu i podziwianie kotki z sąsiedztwa. Czyż trzeba więcej do szczęścia?
Ciepło pieca rozlewało się po kocim ciele i trochę rozleniwiało koci umysł. W pewnym momencie Horacy zaczął usypiać. Odpływał w sen powoli lecz zdecydowanie. Wielkie kocie oczy stawały się coraz węższe i węższe, aż reszcie zamknęły się zupełnie i już żaden obraz świata nie zakłócał kociego snu. A sen był właśnie taki o (...)
--- cały tekst ---
Emerytowany Król Eryk, ojciec Króla Ambrożego był bardzo chory. Przeżył już wiele lat i starość wycisnęła na nim swoje piętno. Poorana zmarszczkami twarz była jak stare, zmarszczone jabłko, w którym niewiele soków i niewiele urody. Leżał w wielkim łożu, w pościeli szeleszczącej krochmalem jak jesienne liście, w które upadł ostatni owoc.
Całe swoje długie życia Król Eryk walczył i budował, niszczył i tworzył, i trudy tego życia nadwątliły mu zdrowie. Wiele czasu spędził poza swoim zamkiem, swoim domem, wyprawy wojenne zmuszały go do nieustannych podróży, których przyczyną i celem była nieustanna walka w obronie swojego kraju, w którym żyli jego najbliżsi, jego żona, dzieci, znajomi, jego poddani.
Z upływem lat coraz jaśniej widział Król Eryk, jak w ślad za wojną idą nieszczęścia, choroby, pożary i śmierć. Im więcej wygrywał bitew tym bardziej pragnął pokoju.
Im więcej miał siwych włosów, tym częściej zamiast czynić wojnę, chciał rozdawać pokój.
W każdym trudnym przedsięwzięciu, w każdej niebezpiecznej chwili życia, towarzyszyła mu z oddali jego ukochana żona a jej imię chroniło go od wszystkich niebezpieczeństw. Gdy był starszy zrozumiał, że ma przy sobie jeszcze drugą, niewidzialną towarzyszką wszystkich swoich poczynań. To była jego Śmierć, wierniejsza od żony, cała jego.
Gdy (...)
--- cały tekst ---
Bajka o niezmierzonej głębinie
Chłopcy puszczali na fale jeziora małe stateczki, które zrobili z desek lub wystrugali nożami z sosnowej kory. Stateczki miały małe maszty z patyków, a na nich żagle zrobione z gazetowego papieru. Stateczki odpływały, unoszone falą i pchane wiatrem, i znikały w oddali. Tam jest chyba Horyzont, za którym wszystko znika – powiedział Łukasz. Co to jest Horyzont – zapytał zdziwiony Krzysztof. To jest takie coś, czego tak naprawdę nie ma, ale jak ktoś przez to przejdzie, to znika – wytłumaczył uczenie Łukasz, który był starszy i więcej wiedział. Czyli jest to taka niewidzialna linia, która jest granicą, pomiędzy tym, co jest i tym czego nie ma, albo pomiędzy tym, co jest widzialne i tym, co jest niewidzialne. Tak, Horyzont rozdziela widzialne od niewidzialnego. Horyzont jest granicą Ziemi i Nieba – zakończył Łukasz swój uczony wywód.
Jak to, to nasze stateczki płyną do Nieba? - zdziwił się Krzysztof. Oczywiście, wszyscy mają swoje nieba. I ludzie i zwierzęta i stateczki i owady. Każdy kiedyś przechodzi przez niewidzialną linię i znika - odpowiedział Łukasz.
A jakie te nieba są? – nie przestawał dociekać Krzysztof. Ogromne, bardzo dalekie i bardzo głębokie. Niebo wielkich statków i małych stateczków jest bardzo głębokie, niebo ptaków jest bardzo wysokie, niebo mrówek ogromnie płaskie a niebo ludzi jest anielsko niebieskie – usłyszał od Łukasza.
--- cały tekst ---
