pod sklepieniami stajni lepią gniazda
z nich bezbłędne drogi do owadzich łąk
wiodą wolne w przyjaźnie koni i ludzi wpisane zjawy
duchy zamarłych w zadumie wiejskich czasoprzestrzeni
prostokąty podwórek trójkąty na wpół opuszczonych stodół
owalność katedr plennego boga owadów i myszy
przecinają czarnostrzelną krechą niby
ciężkich chmur błyskawice modlitewne wezwania
na tablicach nieba wkreślone zygzakiem
ze studni ludzkich wodę piją z inwentarzem luster
ludziom przypisane na wspólne bytowanie
obecne i niedotykalne w czas letni ciepłym łopotem
znaczone swobodne myśli
Za dużo epitetów. Poza tym ciekawie.
zgłoś
Jaskółki kojarzą mi się z chlewikiem dziadka.
zgłoś
hm czegos mi w tym wierszu barkuje...a czegos jest za duzo...warto bylo Andrzeju go przepracowac bo piekny:))
zgłoś
dzięki za komentarze. ja też mam wrażenie, że tego wiersza jeszcze nie skończyłem. pozdrawiam
zgłoś