MANTRA 1: Człowiek zaiste wydaje się myślącą trzciną. Nawet, jeśli łatwo wyrwać go z letargu, to i tak nie ma w co go później wrzucić.
MANTRA 2: Starożytny Izraelita znał zarówno nędzę, jak i wielkość tej istoty, którą przywykło się nazywać człowiekiem. Może dlatego Bóg zapragnął wcielić się w tym właśnie narodzie - jest to spełnienie od strony estetycznej. Czegóż od Boga mógłby jeszcze oczekiwać zamyślony Budda albo bramin. Być może kiedy Księgi Wschodu mówią o Pokoju, nasi najlepsi myśliciele mówią - niechaj Bóg nie da ci pokoju, ale wieczną Chwałę. Dlatego człowiek Zachodu ma w sobie coś z masochisty - jakby wierzył, że najpiękniejszy kwiat rodzi się z jego własnej krwi. Dlatego odkąd przypłynął do nas pragmatyzm, duchowi poszukiwacze zwracają się raczej ku Buddzie.
I to pomimo, że odkąd istnieje tak zwany Homo Sapiens, istnieje również Homo Religiosus. Ale jeśli miejsce Homo Religiosus zajmie Homo Faber, to być może za kolejne setki czy tysiące lat człowiek przestanie mieć potrzebę religijną i nie będzie musiał czić nawet samego siebie. Byłby to wówczas człowiek ciekłokrystaliczny. Z drugiej strony wszystko, czemu poświęca się uwagę, jest jakimś bogiem, przynajmniej w perspektywie solipsystycznej. A przecież sensem bólu wydaje się spotęgowanie radości, która ma przyjść po nim. Egzystencja prowadzi w naszych jestestwach głębokie nawierty i spodziewamy się, że ekstaza która tryska z tego przerażenia i żalu to zadatek Wieczności. Jak Nietzsche mógł tego nie pojąć? Dlatego człowiek pewnego typu będzie nieskończenie potęgował - potęgował wiedzę dla niewiedzy, wpisywał wszystkie najdonioślejsze dokonania ducha ludzkiego w wielki chaos wiary, z którego zmieszanych barw pozostaje nareszcie szara breja, i ten węgielek, ten popiół pozostały po fantazjach i pragnieniach, próbuje czić z myślą o tym, że przecież i on sam zamieni się w gnojownik toczony przez robactwo ku wyprojektowanej uciesze matematycznej przecież, głuchej i głupiej Macochy Natury, z którą quasi-kazirodczo spłodził bogów.
MANTRA 3: Miłość jest być może przede wszystkim bólem, dlatego ćwiczymy się w nim tak długo, aż w ogóle przestanie to sprawiać na nas wrażenie - nie wiem, czy w tym życiu to możliwe. Ale może chodzi o to, by stać się czystą eksplozją, choćby i nikt miał jej nie usłyszeć, bo i po co? Po co zawracać ludziom tym głowę, skoro tak czy inaczej, Dobro naczelnie kojarzy się z nie-narzucaniem własnej osoby, do pewnego stopnia, choć w rzeczywistości nikt w to nie wierzy - z przyjemnością… a zło ze zgorzknieniem albo czarnym humorem. Dobrze jest więc zamknąć się w pustce albo rozpaczy, w suitach Beethovena, w dobrze wyrzeźbionej, nieodróżnialnej od twarzy masce, unikać kontaktu, bo jest nikomu nie potrzebny, a prócz tego kłopotliwy. Bo to jakby złapać kogoś w najczulszym miejscu i powiedzieć - słuchaj, panie kolego, żyje w tobie Trójca. A przecież nie wiem, czy żyje choćby i we mnie, albo w ogóle gdziekolwiek. Dopóki mi się nie odwidzi, mogę tylko świadczyć o takiej przynajmniej możliwości. Kto inny wybierze narkotyki albo coś życiowego… a przecież życie samo nie jest życiowe, bo kończy się śmiercią. Więc nie ma sensu wrzucać kogoś do kotła z bulgoczącym olejem, próbując mu wmówić, że nie ma nic lepszego na świecie. Prócz tego nie wierzę, bym na torturach nie wyrzekł się własnej filozofii, skoro nawet dla mnie nie ma ona wielkiego znaczenia.
MANTRA 4: Wydaje się, że czegoś potrzeba, a przecież to właśnie ta rozpadlina jest egzystencją. Wydaje się, że czegoś potrzeba, a w rzeczywistości potrzeba tylko Beethovena i papierosów. Seks nie jest właściwie potrzebny, choć libido skacze w różnych okolicznościach. Tak samo świadomość - wciąż się o czymś myśli. Ale ta nieprzeniknioność samego siebie świadczy dla mnie chyba o tym, że to po prostu mózg przeżywa sobie swoją bezsensowną burzę, z której wyłaniają się wzorki. Ciągle o czymś się myśli, można się na chwilę zintegrować, można przeżyć to czy co innego, ale większość czasu mózg przeżywa sobie swoją bezsensowną burzę i ona w sensie właściwym jest tą tak zwaną podmiotowością. Może to i amatorskie, ale przynajmniej dekonstrukcja. Jeśli jest się świadomością, to i tym, na co ona pada. Jestem więc moim laptopem przez czynność pisania. I pustką, jestem pustką, pustką, pustką. Być może każdy, gdyby tylko zdekonstruował te wszystkie mity, uświadomiłby sobie tę nicość. Cóż w niej takiego wyjątkowego? Każdy od czasu do czasu mógły powiedzieć o sobie - nicość, jestem nicością, je suisse neant. Choćby przy hiperwentylacji, przy upałach, w oszołomieniu alkoholowym.
MANTRA 5: Kurwa, to już wszystko?
MANTRA 6: Religia to złożona heurystyka, która wywodzi się z Filozofii Dzieci, tj. z Grecji, a której naczelną metodę stanowił rdzeń spekulatywny. Dzisiaj żyjemy w czasach Filozfii Dorosłych, czyli przenoszenia kamieni z jednej kupki na drugą i z powrotem.
Więc mówiło się - Doctrina Sacra. Jeśli dobrze rozumiem, Doctrina Sacra była najzupełniej oczywista w świecie rozkwitu Średniowiecza. Trudno było powiedzieć, że się nie wierzy - bo to tak, jak ja bym dzisiaj powiedział, że nie wierzę w pomiar sufmiarki czy mikroskopu. Dopiero przy tzw. Oświeceniu powstał rozdział pomiędzy Fides i Ratio, Księga Objawienia i Księga Natury.
Mogę powiedzieć - wierzę we wszystko co głosi Kościół, z tym wyjątkiem, że nie wiem, czy jest życie po śmierci. Wierzę we wszystko, co głosi Kościół, z tym wyjątkiem, że nie mam pewności co do Zmartwychwstania. Niektórzy twierdzą, że można udowodnić je historycznie. To właśnie dalszy ciąg Doctrina Sacra - nie ma w co wierzyć, chyba, że się nie wierzy w istnienie świata. Tak po prostu jest i tyle. Ale ja nie wierzę w istnienie świata.
Być może to wszystko z niewyspania i głodu nikotynowego. Wydaje się z resztą, że gdyby Bóg istniał, nasze cierpienia nie byłyby przynajmniej tak błahe. Dlatego trudno myśleć o sobie inaczej, niż o robaku. Kwintesencją robaczości jest cierpieć z błahego powodu, a jednocześnie mieć tak głębokie przemyślenia, nawet, jeśli się w nie - nie wierzy. A może zwłaszcza dlatego. Jest jakiś rozdźwięk pomiędzy tym szturmowaniem nieba a faktem, że trzeba jeść i srać. Żeby być jeszcze jakimś bojownikiem, czy prezydentem, ale być tylko takim pseudo-filozofem, którego i tak nikt nie czyta? Może i zazwyczaj na to przystaję, ale problem zaczyna się wówczas, kiedy kończą się fajki.
MANTRA 7: Skąd się z resztą biorą te wszystkie słowa? To jakiś nieznany informatyce typ inteligencji. Ale skoro nie wierzę w to, co piszę, skoro właściwie jest to i tak formą rozrywki, zapomnienia o głodzie nikotynowym, próby okłamania samego siebie, że życie może być cokolwiek warte, albo próby zapomnienia o tym, że jest nic nie warte, a następnie zastanowienia - co to właściwie znaczy, poza jakimś emotywnym wymiarem semantyki, bo to co ja ujmuję na siódmej z rzędu stronicy zdrowy psychicznie człowiek wyraża w prostym sformułowaniu “O żesz kurwa jego mać!” i idzie się spić, a na drugi dzień idzie do roboty. To się, o ile dobrze rozumiem, nazywa temperament melancholijny.
Maszyna jest zbudowana na krzemie, a człowiek na mięsie. Krzem nas przewyższa w matematyce, ale mięso czuje ból. Dajcie maszynie cierpieć, a może zacznie pisać poematy. Czyż nie wszystko wzięło się z głodu? Skoro musimy być głodni i cierpieć, to przynajmniej niech nam będzie wygodnie. Taki jest sens cywilizacji - skoro już nas wjebało w ten świat, i obowiązki wobec kilku żyjących, albo lęk przed przyspieszeniem wyroku śmierci, uniemożliwia nam skorzystanie z jakiejś sympatycznej strzykawki, to niech nam przynajmniej będzie wygodnie. Dupa boli, ale mam whiskey, kilka dziwek, trochę snobistycznych lektur czy filmów.
MANTRA 8: Albo dzisiaj stać mnie np. tylko na 1dno zimne piwo, a wypiłbym conajmniej z 8siem. Żebyż nie myśleć o tym, co ja ze sobą zrobię jak je wypiję, albo jak się skończy wenta. Co ja ze sobą zrobię? Zaczną się moje banalne cierpienia. Och, chciałbym cierpieć głęboko i poważnie, a cierpię z powodu błahostek. To jest najgorsze. Cierpię głęboko i prawdziwie, kiedy pani w sklepie nie rozpromieni dość szeroko na mój widok. A poniekąd takie troski obce są Świętym! (Wiem to z hagiografii…) Jestem tylko zwykłym dużym dzieckiem z przerostem inteligencji semantycznej. Ale nawet w Rigvedzie bogowie z zażenowaniem i wstydem wspominają czasy, gdy byli ludźmi. Bo i któż mógłby pragnąć stać się bogiem? Tylko śmiertelny robak.
O, sancta simplicitas!
zgłoś
Maybe yes, maybe not...
zgłoś