Od Diabła do Comte'a (mini-esej)
OD DIABŁA DO COMTE'A
Publikuję tu bo nie ma gdzie indziej.
I - O diable narracyjnie
Napiszę jeszcze o Diable, bo to dla mnie bardzo ciekawa postać. Zacznę może od tego, że w mitoznawstwie, zarówno Słowiańskim, jak i Germańskim (o ile wiem, a powołuję się na Eliadego, a także na niedocenianego chyba w tym wymiarze Tolkiena), mówi się niejednokrotnie, że Diabeł pomaga Bogu tworzyć świat. To bardzo skrótowo ujęte, bo trudno powiedzieć, w którym momencie który bóg jest tym, który tworzy świat. Trudno chyba dotrzeć do początków, o ile mit Grecki jest spisany dość dokładnie, podobnie Skandynawski (w jednej z wersji świat powstaje z ciał posiekanych olbrzymów), (później mamy oczywiście dialog platoński p.t. Eutyfron, który rewolucjonizuje podejście do religii w kierunku - racjonalizmu i maksymalizmu moralnego - a za który chyba Nietzche nienawidził Platona; będzie o tym niżej), to jeśli chodzi o Słowiańszczyznę mamy w dużej mierze do czynienia z rekonstrukcją. Jeśli o mnie chodzi, najprzyjemniejsze dla mojego ucha są rozważania Trentowskiego, jego “Bożyca”, “Dziędziel”, “Jaźń” (ponoć Trentowski ukuł neologizm na ówczesne czasy “Jaźń”, a było to zaadaptowanie germańskiego, bo to ta epoka, Novalisowego czy Heglowskiego das Selbst). (Pisze również Leonard Pełka, Maria Janion.) Ale też Diabły na Słowiańszyźnie trudno jednoznacznie nazwać złymi, to nie były demony w sensie chrześcijańskim, ostatecznie tzw. Ducha Dworowego uznawało się za Diabła, on z jednej strony robił - coś w rodzaju - sikania do mleka, a z drugiej strzegł piwnicznych zapasów. To bardziej postaci w rodzaju Szekspirowego Puka, albo duchów z legend górniczych, które trudno nazwać jednoznacznie dobrymi, czy złymi, a mówiąc najprościej, były złośliwe, ale można było je obłaskawić, plackiem, mięsem, piwem. Ten motyw wedle mojej wiedzy obecny jest zarówno na Śląsku, jak i u górników na Wyspach Brytyjskich… jeśli się nie mylę, do dzisiaj. Jak to ujął Ernst Junger, “parafrazuję z pamięci” - w upiorną, burzową noc najbardziej zatwardziały sceptyk staje się poganinem. (Ernst Junger - Wybór esejów o słowach i drzewach).
W wymiarze mitoznastwa germańskiego, w syntezie z platońskim chrześcijaństwem, pełen wykład jest dany w Silimarilionie Tolkiena. Znów “sparafrazuję z pamięci”, kiedy Ajurowie, w domyśle, Aniołowie, stwarzają morza, laguny, wybrzeża i czyste tafle jezior, zbuntowani tchną ogień, szron, gromy, a z syntezy jednego i drugiego jest, moglibyśmy to tak ując, tragiczna, nieusatnnie oscylująca między Apollińskością a Dionizyjskością, w pewnym sensie pojęta jak u Goethego - barwa - cierpieniem światła.
II. O Diable jako wrogu i oskarżycielu, o Nietzschem, o płodzeniu
Tymczasem w Księdze Hioba Szatan nazywany jest Sługą Bożym, a jeszcze w Ewangeliach “Szatan domagał się, by was przesiać”. Szatan a więc wróg, oskarżyciel, w tzw. Protoewangelii, “kładę nieprzyjaźń między potomstwo twoje a potomstwo jej (Ewy)” albo “ty zmiażdżysz mu piętę, ono zmiażdży ci głowę”, natomiast jeszcze dalej u św. Pawła “widzimy w zwierciadle, jakby niejasno”, co jest dla mnie skrótową wykładnią koncepcji Grzechu Pierworodnego, per analogiam do greckiej Hamatria (rozwijanej w tragediach, chyba pomiędzy czasami eposów a wspomnianą rewolucją Sokratesa / Platona), tzw. niezawiniona wina, niedoskonałość natury ludzkiej, podatność na zło. Jeśli z resztą wczytać się w wykładnię np. u Akwinaty, jak krok po kroku wg. niego wyglądało kuszenie - na poziomie zmysłów, woli, umysłu i pozostałych władz, jest to dla mnie po prostu majstersztyk, zapożyczę, “jogi umysłu”. Choć w naszych czasach, jeśli chodzi o ćwiczenia moralne, możemy zostać przy Conradzie, Camus i Dostojewskim.
Wspomniałem, że Nietzsche nienawidził Platona za, jego zdaniem, zdewastowanie eposu i tragedii, podałem też przykład Eutyfrona, w którym przedstawiciel religii państwowej jest właściwie solennie upokarzany przez błaznującego Sokratesa, który swoim zwyczajem najpierw udaje głupca, by ostatecznie wbić szpilę prosto w podniebienną, puchową, małżówatą warstwę jaźni zadufanego w sobie, ani to za bardzo rozgarniętego, ani nawet za bardzo poczciwego, ot, przeciętnego pod każdym względem właściwie zgniłka żyjącego z państwowej dywidendy. A tam pada sformułowanie, choć nie jestem pewien, czy nie odbija się ono gdzieś u Epikura - “czy bogowie pragną rzeczy dlatego, że one są dobre, czy też rzeczy są dobre dlatego, iż bogowie ich pragną”. Niektórzy upatrują się w tym początków koncepcji “Dobra ponad bytem”, albo zmierzchu mitu i eposu - kiedy, można tak to ująć, z krainy Odysa, Satyrów i Nimf, zostaje suchy jak wiór “kantyzm”, może i angażujący na pewien czas intelekt, a jednak z czasem prowadzący do rozczarowania i bezsensu. Chyba W.H. Auden powiedział, że Grecy byli twardymi realistami (powiedzielibyśmy dzisiaj: cynikami, real-politykami) żyjącymi we śnie. Ja kiedyś dodałem od siebie - my też, my też jesteśmy twardymi realistami, tylko że nie żyjemy we śnie. Sam Nietzsche powiedział nareszcie, chyba przeciw utylitaryzmowi (jak on to mówił - “angielscy jajogłowi”, albo “szczęście jest rzeczą krów, kobiet i demokratów), etyce purytańskiej (w praktyce, na nasze warunki, dulszczyźnie), nareszcie rzucał od czasu do czasu sformułowania w rodzaju “uwierzyłbym w Boga, który potrafi tańczyć!”... ale szedł za ciosem tego pojęcia “p/Prawdy” i myślał o “witalnym złudzeniu”, trudno powiedzieć, czy to desperacja, czy refleksja na ówczesne czasy aktualna, czy stadium rozstroju nerwowego. Tatarkiewicz zaczyna notę o Nietzschem “był człowiekiem wątłym i słabego zdrowia”, co w perspektywie jego wysławiania etosu wojownika jest nieco zabawne. Może przez tą wojowniczość miał na myśli raczej pytania graniczne. Trudno z resztą Nietzschego w jakiś sposób nie kochać. Ale jeśli znów jesteśmy twardymi realistami, to co zrobić, żebyśmy mogli żyć, jak chciał Nietzsche i Auden, żyli we śnie? I czy Sztuka to mało? Czym różni się od magii, nawet, jeśli nie jest sprawcza? Można być sprawczym na inny sposób, nie koniecznie przez telekinezę, jak sobie to wszystko posortować.
Bo i w Uczcie, Sokrates odmalowany przez Platona kosi swoich współ biesiadników nie tylko tęgą głową do trunków, ale i poziomem, do którego oni niestety nie są w stanie doskoczyć. Sokratesa ponoć w arkana filzofii wprowadzała tajemnicza Deotyma. Ona to miała powiedzieć, “a jak myślisz, Sokratesie, czegóż to innego może pragnąć człowiek, niż płodzenia w Pięknie?” Jeśli więc filozofia Zachodu na dobre zaczęła się z Platonem, tymczasem Platon był uczniem Sokratesa, Sokrates zaś uczniem Diotymy, to możemy uznać, iż u początku filozofii zachodniej stoi Kobieta. Nawiasem mówiąc, to jak w Pieśni nad Pieśniami. Czy na prawdę ktokolwiek chce jednoczyć się z Bogiem Ojcem, czyż to nie mąż i żona stają się jednym ciałem? Tak też niektórzy interpretują motyw Don Juana - jest on w poszukiwaniu Wiecznej Kobiecości, być może Sofii, jeśli “ciałem było co o ciele zwątpiło”.
III. O Diable analitycznie, o Tetragrammatonie, o Jezusie - Bluźniercy
Ale też w myśli klasycznej, tj. uformowanego już chrześcijaństwa, dajmy na to ok. IV w., kiedy powstają pierwsze zakony kontemplacyjne, kiedy Bóg Biblii m.inn. przez Filona z Aleksandrii uznawany jest za tożsamego z Pierwszym Poruszycielem Arystotelesa, kiedy powstają początki naukowej (tj. mam na myśli - zhellenizowanej albo zromanizowanej, nie zaś rabinackiej) lektury Pisma, redaguje się Kanon, występuje w międzyczasie Plotyn próbując zrestaurować tradycję pogańską albo orficką, etc. etc., Diabeł, Diabolus - “ten, który rozprasza”. Zapewne ma to bardziej rozwiniętą semantykę / semiotykę, ale istnieje w Grece opozycja między Sym-bolein i Dia-bolein, pierwsze jest “zbieraniem”, drugie “rozpraszaniem”. Symbolem z resztą nazywano coś w rodzaju pieczęci, być może wywodzi się to z jakichś misteriów, a może po prostu z logistyki pocztowej, to był słupek w dwu częściach, odpowiednio oszlifowany, jedną część posiadał nadawca czy kurier, a drugą odbiorca. W tym wypadku przedmiot codziennego użytku odnosi się, jako, nomen omen, symbol, np. eklezji, być może pierwotnej Eucharystii jako dzielenia się chlebem. Ale jest również związany z medytacją, modlitwą, ascezą, tzw. ortopraksją (dzisiaj powiedzielibyśmy: moralnością) czy treningiem umysłowym, tj. nauką, ale i pracą, etc. etc.. W medytacji chrześcjańskiej myśli jako takie mogą być uznawane za podsycane, albo nasyłane przez Diabła / Diabłów, albo za Diabła samego, etc. etc. - Diabolein.
Mnich żali się: “pragnę się zbawić, ale przeszkadzają mi myśli”.
Dlaczego Jezus posyła Diabłów w stado świń? Demony proszą - poślij nas chociaż w to stado świń. One później pędzą do morza, czy do jeziora Genezaret i topią się. Sporo tu symboliki, natomiast najprościej - demoniczność w tym ujęciu zmierza do destrukcji. Morze jako takie dla hebrajczyków było czymś jak “Chaos” dla Greków, natomiast wokół jeziora Genezaret prawdopodobnie krążyły jakieś legendy, trzeba by sięgnąć do źródeł; jak np. iść - z - Jerozolimy, ówczesnego ośrodka świątynnego, w odpowiednim kontekście mogło oznaczać, w symbolice rabinackiej, upadek w grzech, dla hezychastów zaś przerwanie kontemplacji, w obu wypadkach Diabolein.. I jeśli się nie mylę, Diabli nazywani byli nie Murzynami (nie wiem, czy takie słowo wówczas istniało), a Etiopczykami, chyba z racji skojarzenia z barwą, czarną i smolistą, ale to było ze IV wieki później niż w czasach ewangelicznych. Nie jestem pewien, czy Etiopczyków jako takich uznawano za Diabłów, czy po prostu Diabłów nazywano Etiopczykami, nie wiem też, dlaczego akurat Etiopczykami, a nie, np. Maurami, tak czy inaczej Rzym miał już wówczas swoje kolonie w Afryce, sam św. Augustyn wywodzi się z którychś z tamtejszych “suburbiów”, a żeby wtrącić humorystyczną anegdotę, w jakimś zaprzeszłym, zapomnianym i zagubionym opowiadaniu jakiegoś Irlandczyka z lat 60-tych, wywołują ducha św. Augustyna i drażnią się z nim, pytając, czy jest, tak stoi niestety w tamtym w tekście, “Czarnuchem”.
Ale ciągnąc temat - rozproszenia - interesuje mnie w tym względzie koncepcja / idea / przestrzeń mentalna / metafizyczna - o której pisze Crowley w “Krótkich esejach o Prawdzie”, mianowicie w punkcie Milczenie, a któremu patronuje - Bóg? Symbol? Pieczęć? - Harpokrates. Pewien uczeń Crowleya, który z czasem rzucił się na grube pieniądze (co w środowisku artystycznym jest równoznaczne z daleko idącym rozcieńczeniem, bo sztuka co do zasady nie jest demokratyczna, sensu stricto), znany z medialnego romansu z niejaką Dorotą Rabczewską ps. Doda, pisał w jednym z tekstów - “apo pathos kaki daimonas”, co ponoć jest egzorcyzmem, następnie zaś “we destroy angels with sound / we destroy angels with silence”. Nie wiem, dlaczego “destroy angels”, ale skupmy się na “sound / silence”. Dźwięk - Cisza, istniejący jak Aleph w alfabecie hebrajskim, jako, o ile dobrze pojmuję, analogon Tetragramatonu, właściwie oddech. Ale, jak wspomniałem, u Hezychastów demony wygania się przez Ciszę.
Ona jest nazywana Górnym Jeruzalem, albo mieści się w Górnym Jeruzalem, jest też nazywana “Pokojem” albo “Bojaźnią”, co dla nas brzmi paradoksalnie, “Ogniem”. (Serafini - płonący). To jest tradycja mnisza, przejęta w dużej mierze z rabinackiej, ponieważ te same przymioty przyznawane były miejscu świątynnemu, do którego wchodziło się pod dość ostrymi rygorami, być może był to bezdźwięczny Alef albo Tetragrammaton, inaczej Święte Świętych. Dlatego tak szokujące były dla Faryzeuszy słowa o zburzeniu świątyni - w tym wypadku Jezus był bluźniercą, i to właściwie najcięższym z możliwych, na dzisiejsze czasy, nieco pretensjonalnie, można by powiedzieć - wręcz satanistą. Zabawne.
Dia-bolus byłby więc tym, który oddziela od Dźwięku - Ciszy, od “przestrzeni bez wnętrz”, w wymiarze wizualno - sensorycznym, jak można pojąć kantowską koncepcję czasoprzestrzeni jako formy naoczności, tj. że przestrzeni, ściśle rzecz biorąc, nie ma. Jakkolwiek w wymiarze medytacyjnym, a może i ontologicznym to jakby funkcja Upadku. Ale może dlatego wędrówka dusz jest dużo bardziej pociągająca dla wielu, bo Niebo kojarzy się z nudą, z jakimś piknikiem na wieki wieków, choćby i na urokliwej polance, gdzie rosną poziomki. To Islam przynajmniej ma Hurysy…
Z drugiej zaś strony, wracając do tematu symboliki, choć może od nieco innej beczki - w niektórych nurtach ezoterycznych wskazuje się na dwa kierunki pentagramu - w najbardziej odpowiadająych mi interpretacjach, Biały oznacza sublimację żywiołów ku Duchowi (to jeszcze jeden, zbliżony, choć nie tożsamy, sposób na opisanie “przestrzeni bez wnętrz”) zaś Czarny - zakorzenienie - więc rozrost - żywiołów w Duchu, a więc nie sublimację, a kreację - w tym wypadku przez namiętność. Możemy to pojąć metaforycznie albo aksjologicznie, jako że namiętności, kiedy potrafić nimi kierować, jak czarnym koniem u Platona, są twórcze i, jakkolwiek to brzmi, dobre.
I widział / poznał Pan, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre. Jak Wszechwiedzący może jeszcze zobaczyć, poznać, jak może uczynić, skoro jest Niezmienny? Czy jest to Nieskończoność plus 1, wszechwiedza kumulatywna, rozlewająca się pełnia, a może jest czystym aktem, actus purus, jak w koncepcji, wedle której Czasoprzestrzeń jest blokiem i wszystko dzieje się na raz, co jest syntezą dwu przeciwstawnych idei - Parmenidesowskiej i Heraklitejskiej? A może to wszystko bzdury? I czy to coś zmienia, czy to coś zmienia, czy to bzdury, czy nie bzdury? Dream within a dream?
III. O Apokalipsie, Comte’m i Piekle
APOKALYPSOS to ostatecznie “Odsłonięcie”, “finał Objawienia”. Jest to więc zagadnienie co do swojego sensu historyczne. To się z resztą w naszym kręgu kulturowym chyba dość wyraźnie przejawia, pod różnymi postaciami - świecka wiara w optymalizację gatunku, od czasów conajmniej Comte’a, a może i Bacona, a dziś u Harariego. Dla ezoteryka, czy to w sensie wulgarnym, czy elitarnym, jest to reinkarnacja jako nieustanny postęp duszy, co jest wedle mojej wiedzy stopem “le sprit du temps” z czasów “synkretyzowania” ewolucjonizmu z pitagoreizmem, ponieważ chyba ani wśród tradycyjnych szamanów, ani w nurtach klasycznie pogańskich, ani na Dalekim Wschodzie, nie istniała taka koncepcja, nareszcie, anegdotycznie, któryś z buddyjskich nauczycieli zapytany, czy buddysta wierzy w reinkarnację, odpowiedział, że nie, że wierzy w wyzwolenie z kręgu wcieleń. Zdaje się, że ten sam sens jest zawarty w jodze, a przynajmniej jej nurtach bramińskich, być może również w ezoterycznych nurtach judaizmu. Tradycyjny szaman jest raczej kimś w rodzaju mędrca, doradcy, uzdrowiciela, mediatora - i oczywiście zaklinacza. Podróżuje między ziemią, niebem i piekłem, ale jakie jest jego wyobrażenie na temat życia pośmiertnego? Prawdę powiedziawszy nie wiem, być może galopowanie na rumaku przez step, przez analogię do Krainy Wiecznych Łowów, Walhalli, etc. etc. Z resztą, kończąc nieco niefrasobliwie, ponoć kiedy na mroźnej Północy pojawili się chrześcijańscy misjonarze, Skandynawów trudno było przekonać, że Piekło jest jakimś bardzo złym miejscem, bo w ich doświadczeniu egzystencjalnym było im po prostu cholernie zimno.
U Celine’a zaś ze świeżo ubitego grobu tryska wesoły, fletowy trel… Zobaczymy.
Mam nadzieję, że nie zanudziłem, i dziękuję za uwagę!
PS: Według Nietzschego, Nagardżuny, Julianny z Norwich i w pewnym sensie Kafki... już jesteśmy w Raju… Niezłe marzycielstwo, czyż nie…?
Kto podróżuje między ziemią, niebem i piekłem, ten cierpi na zespół akatyzji.
zgłoś
Kiedyś to się nazywało choroba św. Wita
zgłoś