Odkąd został zatwierdzony do pełnienia i zasiadania na czele państwowej szpicy, dał się poznać z niemiłosiernie paskudnej strony.
Jak znerwicowany owsik snuł się po pałacowych komnatach. Bywał gdzie bądź i widywano go tu i tam, ale najczęściej kręcił się przy schowku na długopis do stawiania krzyżyków.
W odróżnieniu od poprzedniego fajfusa nosił maskę sympatycznego faceta z uzębionym wyrazem zadowolenia zainstalowanym na czas kadencji.
Odznaczał się postawą bacznościową; sprawiał wrażenie cwanego ziomala.
Dyskusja z nim okazywała się stratą czasu, bo nie ulegał argumentom, których nie podzielał.
Nie przemawiał do niego rozsądek. Przeciwnie, miał w zwyczaju dowodzić, jakim jest ideałem, fachowcem i geniuszem co się zowie i jak się patrzy.
Przy okazji nie omieszkał przyznać sobie racji i zwalczać każdą osobę, która go przerastała.
Z tego powodu w pałacowym przytułku znalazło się niewyobrażalne mnóstwo niezguł zatrudnionych na etacie doradcy.
Za bardzo zachwycony sobą, swoim tokowaniem, przebywa w świecie kwestionującym wszystko, co jeszcze nie zostało zakwestionowane i nie potrafi przyznać się do własnych urojeń.
PS
Czy ten, co umożliwił mu publiczny wykon idiotyzmów, nie jest aby jego wspólnikiem?
Wspólników gra ci tam wielu/ prócz głupców, sami cwaniacy/ bez winy idą do celu/ by zrobić kraj nasz na cacy/ czy lud od kurskiego winien/ czy wschodni mir nas zaleje/ nietęgą przyjdzie nieść minę/ za sprawą rodaków się dzieje.
zgłoś