Zmiana sposobu prezentacji
Wewnętrzny regulamin Bossa
Kto się bał ciasnych pomieszczeń, miał lęk przestrzeni, ten musiał jeździć windą sam, temu wara było zmagać się z poczciwymi schodami.
Kto nie chciał upajać się tym, że jest zaopiekowany w sposób najlepszy z możliwych, cackał się ze swoją egzystencją i za często snuł zmyślone opowieści, wyjeżdżał z narracją o swoich niedolach, fantazjował na temat swoich gigantycznie małych ran, kto zazdrościł pozostałym, że są częściej samodzielni, częściej zasuwają wózkami po parku, temu serwował szlaban na uciechy, ten miał odwiedziny albo skracane, albo tak rzadkie, że lepiej by mu było, gdyby ich nie miał wcale.
Kto z poprzedniego wcielenia przywoził psa, bo nieopatrznie sądził, że trafił do domu, a nie do koszar z fundamentalistami, ten już od parteru bywał pouczany, że zwierzęta są niehigieniczne, załatwiają się nieprzepisowo, gromadzą zarazki, biegają bez nadzoru, kagańca i kotylionów, roznoszą niechlujstwo, palą się do robienia głupot nieuwzględnionych w regulaminie, nie mają ani krzty kultury i od ogona po wąsy są niezdyscyplinowane.
Dowiadywał się, że jeśli nie chce podpaść tutejszym pretorianom i być przez nich obruganym z góry na dół, we własnym interesie powinien pozbyć się zapchlonego tałatajstwa.
Winda
Po dokonaniu wstępnych formalności, pozwolono mi na (...)
--- cały tekst ---
Separatkowe kłopoty Bossa
Kiedy pojawił się w Domu, wyznawcy czy przeciwnicy odgórnych rozporządzeń, te owcze stada wilków żyjących z oddzielna, miały go początkowo za swojego przewodnika, wodzireja, lidera, duchowego pasterza i kapelmistrza w jednej osobie.
Był prowodyrem ich akcji, niekwestionowanym guru, tamburmajorem rzucającym hasło do buntu, trybunem rozdzielającym kopy lub laury, obwieszczającym, co i w jaki sposób należy niezłomnie wielbić, a co tylko wyznawać pro forma. Perorował, by byli dobrej myśli, by się trzymali, nie ustawali w oczekiwaniu, że ich sprawa wkrótce zostanie pozytywnie rozpatrzona.
Wyczulał ich na to, jak mają postępować, by osiągnąć cel. Bąkał o cielęciu dojącym dwie matki, mówił o prewencyjnym włażeniu w dupę, instruował, z kim należy kraść kucyki, a kogo warto obsobaczyć, z kim się porozumieć, a kogo wyrzucić ze swojego życiorysu na zbitą mordę.
Czynił tak po to, by mogli usłyszeć, że w uznaniu za niestrudzoną wiarygodność, a także pioruńsko długie czekanie na Godota, niebawem dochrapią się separatki.
Jednak była to hipokryzja, wzgardliwa erystyka dla naiwnych, stara śpiewka przeznaczona dla jowialnych bęcwałów. Był to wybieg, bo każdy, kogo wcielono do zbioru „Domowych sprzętów”, od razu zajmował w nim poczesne miejsce. Z punktu wślizgiwał się w łaski personelu i pozostawał w nich aż do (...)
--- cały tekst ---
Boss
Rozmowa z Dyrektorem Domu, przysadzistym osobnikiem o dużej głowie, który co chwilę podkreślał, że nie lubi niczego owijać w bawełnę, natomiast uwielbia krótkie i zdecydowane rozwiązania, nasunęła mi podejrzenie, iż człowiek siedzący przede mną, nie jest ani zdecydowany, ani tym bardziej rzeczowy, a jedynie - przekupką i łasuchem ględzenia.
Boss, jak przezywano go na wyższych kondygnacjach, podszedł i ściskając mi dłoń zapewnił, że miejsce już na mnie czeka i zaraz zawoła kogoś z personelu, kto mnie zapozna z topografią domu.
Powiedział, że będę miał sublokatora, bardzo spokojnego, poważnie chorego i wielce małomównego człowieka o imieniu Andrzej. Ale czy istotnie tak na niego wołają, dowiem się na górze, bo on sam nie ma głowy do dupereli.
Jedynie ze słyszenia wie, że jest to facet, którego niemożliwością jest nie polubić, a tym bardziej - nie znaleźć wspólnego języka.
Na pożegnanie dopisał mnie do jednej z list szczęściarzy: zostałem poinformowany, że znalazłem się w elitarnym gronie oczekujących na pustelnicze życie.
Z listów otrzymywanych od Martusi mogłem sobie dośpiewać, jaki był na co dzień; bez urzędowej aureoli.
Przywlókł się razem z nadejściem grudniowej dżumy, kiedy o „Solidarności” zakazano mówić, gdy po zdjętej tablicy lokalnej gazetki, po jej buńczucznych inseratach i (...)
--- cały tekst ---
Poprawczak "Przyjazd", "Domofon i poczekalnia"
Dwa skrzydła ramion twierdzy o nazwie Dom Przewlekłej Opieki, połączone były przeszklonym korytarzem. Po jego jednej stronie jaśniały w dzień, a granatowiały w noc duże tafle mlecznych szyb.
Już z daleka, z taksówki przykucniętej za krzakiem, miałem niespokojne wrażenie związane z przysadzistym ogromem tej budowli.
Solidna, monumentalna, otulona w szum wiosennej bieli, kwitnąca jabłoniami, przypominała mi lata drugich śniadań łykanych na szkolnej przerwie. Kojarzyła się z Mamą zakrzątaną przy rondlach.
Wyłuskany z pamięci obraz, przedestylowany i skroplony w nowej formie uczucia, oświetlony z innego miejsca, po latach bezowocnej wędrówki, u jej kresu, tuż przed wejściem do Domu sprawił, że znalazłem się w znajomej scenerii, wśród przyjaznych ludzi, którzy mnie oczekiwali.
Przez ułamek sekundy żywiłem przekonanie, że niektórzy z moich dotychczasowych znajomych, wypełzając ze snu, widzą tylko to, co ujrzą: szarzyznę przebrzmiałego dnia i niebo mokre od łez.
Czekała ich wieczna mordęga codzienności, czuli zapach przypalonego mleka, a z wnętrza mieszkania dobiegały melancholijne dźwięki rozczłapanych i zaspanych kroków.
Dostrzegali więc zaledwie to, co się im przylepiło do oka i nie mieli najmniejszego pojęcia o tym, że za zasłoną deszczowego nieba, podstarzałych kroków i woni mlecznej spalenizny, kryje się wzruszenie (...)
--- cały tekst ---
