20 january 2017

Tam dom twój, gdzie kot twój.

-Chodź szybko, zaraz będzie ciemno!
-Nie poganiaj mnie, nie mam siły i tak nie zdążymy. -Kaśka zatrzymała się i zgięła wpół, jakby miała zaraz zwymiotować. Karol zorientował się, że coś jest nie tak, dopiero w momencie gdy przestał słyszeć przyśpieszony oddech Kaśki. Zawrócił i zastał ją siedzącą pod drzewem. Miała zamknięte oczy, a nozdrza przy każdym wdechu rozszerzały się, zasłaniając jej pół twarzy. Karol usiadł obok i położył swoją chropowatą łapę na ramieniu dziewczyny. Zawsze się śmiała, że ma dłonie jak papier ścierny i żeby jej nie głaskał po policzkach, bo jej zedrze skórę. Teraz nie było jej do śmiechu. Po kilku minutach udało jej się wyrównać oddech.
-Umrę tu. Nie wstanę. Moje ciało zmieni się w korzeń i będę pić wodę z ziemi razem z lasem, a na wiosnę pozwolę by na moim brzuchu wyrósł mech. Będą się na mnie kąpać małe ptaki, w porannej rosie, a kiedy będę dostatecznie silna, wypuszczę odnogę i sprawię, że wyrośnie z moją pomocą kolejne drzewo. Będę gubić liście na jesieni, a zimą będę rzucać śnieżkami w takich bałwanów jak my, gdy się zgubią. -Nie odpowiedział. Był zmęczony równie mocno jak ona, a może i bardziej, bo jeszcze musiał udawać, że ma pełno energii, a to nie jest łatwe. Zasnął jak niemowlę po wyssaniu ciepłego mleka z matczynego cyca. W każdej innej sytuacji skarciłaby go i palnęła w głowę, że jej nie słucha, ale nie zdążyła, również zasnęła.
 
-Obudź się! Wstawaj! -Szturchał ją łokciem.
-Co? Gdzie my, kurwa jak zimno. -Powiedziała jakby miała się zaraz przewrócić, ale się nie przewróciła, bo siedziała oparta o drzewo. Karol wstał jak oparzony. Tyłek mu przymarzł do ziemi i zaczął piec. Robił pajacyki, by się rozgrzać i nawoływał.
-Kaśka, wstajemy! Poskacz ze mną, od razu będzie ci lepiej. -Dziewczyna otworzyła oczy, ale powieki miała nadal ciężkie, więc szybko opadły.
-Daj mi spokój. - Karol ani myślał jej teraz czegokolwiek dawać. Jak na prawdziwego mężczyznę przystało, wziął ją za fraki i siłą postawił do pionu. Dziewczyna została wyrwana z łona matki natury, gdyby nie to, że wszystkie kończyny miała na miejscu, można by powiedzieć, że przeprowadzona została na jej osobie brutalna aborcja. Chociaż ona czuła się bardziej jak po eutanazji, czyli wcale się nie czuła. Przytulił ją, z nadzieją, że jej to pomoże. Tak naprawdę pomogło to tylko jemu i takie też było jego prawdziwe zamierzenie od samego początku. Kaśka otworzyła oczy i chciała coś powiedzieć, ale z jej gardła wydobyło się tylko kilka bliżej nikomu nie znanych sylab. Zebrała się cała w sobie, przesunęła tą całą siebie na struny głosowe i spróbowała raz jeszcze.
-Karol, tam coś jest, widzę jakieś światełka. -Chłopak nie chciał jej wypuszczać z rąk, bo mimo, że była zimna, to dawała ciepło, więc zrobił z nią obrót o sto osiemdziesiąt stopni i zaczął szukać wzrokiem. Rozgarniał ciemność jak tylko potrafił, ale nie był w stanie niczego dojrzeć.
-Nic tu nie ma. Te rzekome iluminacje to tylko twoje halucynacje. Białka ci zamarzły i masz mroczki przed oczami.
-Jak cię palnę, to zobaczysz. -Odepchnęła go, aż prawie upadł. Położyła lodowate dłonie na jego policzkach jak imadło, które chwyta coś co ma zaraz rozpłaszczyć. Nakierowała jego głowę tak, żeby zobaczył.
-Tamto coś? To jakieś świetliki. -Zachłysnął się Karol pewnością siebie i dumnie wypiął pierś jakby miał widownie, którą by obchodził jego pyrrusowy triumf.
-To na pewno światła z jakiegoś domu, nie jest chyba tak daleko. -Mówiła z wyraźnym podnieceniem w głosie.
-Ta, małe, zielone światełka z czyjegoś domu. Pod warunkiem, że ktoś klosz dubeltówką zakładał.
-Nie marudź, idziemy.
 
-I co, Panie świetlik, kto miał racje?
-Nikt. Kto u licha zakłada lampki na choinkę w lesie i jakim cudem one świecą?!
-Nie podniecaj się, tu coś musi być. -Zgasiła Karola dziewczyna. Chłopak rzucił się pod choinkę jakby zobaczył stos prezentów i miał tylko minutę na odpakowanie ich. Rył w śniegu aż miło. Szukał kabli, ale Kaśka nie wiedząc co on wyprawia, postanowiła mu nie przeszkadzać i oddalić się kawałek. Prawie równocześnie krzyknęli.
-Mam! -Z tą różnicą, że Kaśka gdzieś w połowie 'a' zasłoniła sobie usta dłonią.
-Karol chodź, Karol. -Nawoływała chłopaka szeptem. Kaśka stała z otwartą buzią, z której zdjęła już rękę, ale trzymała ją w pogotowiu na wypadek, gdyby jej ciało chciało coś krzyknąć. Chwile później dołączył do niej Karol i przez chwile oboje stali w milczeniu, patrząc na to co jest przed nimi.
-Jaka fajna, -Przerwała cisze dziewczyna.
-Tak, super, pewnie cała z piernika. -Kręcił nosem Karol.
-Ty to tylko o jedzeniu. Chodź, ogrzejemy się.
-Czekaj, przecież to jest na pewno czyjeś. -Oprzytomniał chłopak.
-Przecież nas nie zjedzą. -Kaśka się uśmiechnęła i pociągnęła Karola za rękę. Delikatnie popchnęła drzwi i wepchała chłopaka przodem. -Idź pierwszy, w razie co ja ucieknę. -Śmiała się.
-Super.
-Nie gderaj, żartuję. Gdzie ja bym drugiego takiego optymistę znalazła, co by się nie działo zostaje z tobą.
-No to może chodźmy stąd nim ktoś nas zaatakuje siekierą. -Kaśka już nic nie odpowiedziała, puściła Karola rękę i zaczęła myszkować samodzielnie. Niewiele było widać. Chodzili powoli, uważnie kładąc stopy przy kolejnych krokach. Przy każdym zetknięciu buta z podłogą potwornie skrzypiało, co oczywiście nie umknęło uwadze Karola, dlatego postanowił się tym podzielić z ukochaną.
-Ta podłoga tak skrzypi, aż mam ciarki.
-To tytani biegają pod nami i podtrzymują deski, byśmy nie spadli do Hadesu. Spójrz na te ściany, całe w białym pyle. -Kaśka zaczęła robić piruety, szkoda, że nie miała na sobie sukienki, wyglądałaby pięknie.
-Ta, pewnie to koks, który wciągają tytani, żeby mieć siłę cię nosić. -Naśmiewał się Karol.        -Idę sprawdzić jeszcze tam. - Poszedł i po chwili wrócił. -Niczego tu nie ma. Jest zupełnie pusto. -Kaśka podeszła do niego tanecznym krokiem jakby unosiła się kilka centymetrów nad ziemią, znowu złapała go w swoje imadło i spojrzała głęboko w oczy. Było to spojrzenie pełne miłości i jeszcze większej stanowczości.
-Już nie jest pusto. Teraz jesteśmy my.
-A tytani? -Karol nie wiedział co powiedzieć.
-Przygarniemy kota, nie pozwoli im zasnąć.


number of comments: 12 | rating: 4 |  more 

Ananke,  

"Tyłek mu przymarzł do ziemi i zaczął piec", chyba chciałeś napisać -biec ?, przeczytałam z przyjemnością, ale zabrakło mi jakiejś wyraźniejszej puenty.

report |

Gramofon,  

Posadź tyłek na śniegu mając na dupie materiał, który przesiąka i posiedź ze dwie godziny, zobaczymy czy nie będzie piekł :) Życie zazwyczaj nie ma puenty, wiele chwil i momentów tym bardziej, czasem brak puenty to najlepsza puenta :)

report |

Ananke,  

aha :) hehe, chodzi o tyłek, zatem jest ok . Ale co puenty podtrzymuję swoje zdanie.

report |

Gramofon,  

Poza tym, to że nie ma zdania podsumowującego to nie znaczy, że nie ma puenty, czy puentą nie jest całość, zgubić się, ledwo przeżyć i odnależć swoje miejsce, dać jednocześnie temu miejscu dusze i siebie, czy to mała puenta?

report |

Ananke,  

nie chodzi mi o zdanie, chodzi mi o to, że dość sprawnie rozwijasz akcję, i czytelnik ma prawo spodziewać się czegoś zaskakującego, tymczasem ja czuję niedosyt.

report |

Gramofon,  

Spoko, wplote to zgrabnie do powieści i będzie Pani zadowolona. Mam nadzieje. ;]

report |




Terms of use | Privacy policy | Contact

Copyright © 2010 truml.com, by using this service you accept terms of use.


contact with us






Report this item

You have to be logged in to use this feature. please register

Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu oraz prowadzenia danych statystycznych. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.    Polityka Prywatności   
ROZUMIEM
1