birczin
ALL WORKS Poetry (26) Prose (17) Diary (24)
About me Friends (16)

14 june 2014

prose

birczin
birczin

Wspomnienie

To czasami cię  dopada. Zazwyczaj znienacka. Gdy wydaje się, że wszystko jest w porządku. Po wspaniałym dniu. Aż tu nagle. Trach! Niebywały smutek. Niewyjaśniona pustka. Niewyjawione odczucie, ukłucie. Patrzysz w nocne niebo i chciałbyś odnaleźć sens. Że przecież jesteś jedną z ponad 7 miliardów jednostek chodzących po ziemi, że ze szczyptą z nich masz coś wspólnego, że masz jeszcze znajomych o podobnych upodobaniach, zawsze pomocnych, pod telefonem, gotowych na spotkanie. Że jest coś jeszcze. Coś więcej. Ale czujesz się cholernie samotny. Bo w tej właśnie chwili nie masz nikogo. Cień nieba. Ciężar osadza się jak sadza. Niewyraźnie, niewyczuwalnie. Aż w absurdzie zaczynasz się unosić. Kołysać. Nie masz nikogo. Nie masz siebie. Puch i pył.
 
A później zaczynasz biec. Chcesz się otrząsnąć z tego pyłu-puchu. Biegniesz jak najszybciej tylko potrafisz. Aż uda cię palą. I krzyczysz, że jesteś niezniszczalny. Że jesteś ze stali, że nic cię nie złamie. I wszystko zaczyna się od nowa.
 
 
Chcieliśmy mieć wspomnienie po sobie. Coś, o czym wiedzielibyśmy od razu, że jest nasze i tylko nasze. Coś, co będzie nas trzymać przy sobie. Coś prawdziwego, co nie pozwoli odejść. Chwila z życia. Teraźniejszość.  Nie było w nas nic takiego. Każde tylko rozgrzebywało stare porażki albo gdybało co stanie się w niedługim czasie, a gdy już następował taki czas, to gdybało co znów stanie się w najbliższym niedługim czasie, albo rozgrzebywało tę porażkę, w której nie pozwoliłoby na to, aby mieć ten niedługi czas, tę teraźniejszość. Z głośników leciał Świetlicki z zespołem, wzlatywał i rozbijał się o sufit poddasza: nie bądź gnidą, poczuj freedom. Nie było tatuaży, blizn nie było, ani cekinów i nocy i kosmosu też nie było. Ty bawiłaś się włosami, miałaś zielone oczy, jak ta butelka po czeskim piwie w tym czeskim pubie z tą wieżą z Paryżem. Czeski film. I negowałaś wszystko. Apodyktycznie negowałaś. Nieważne co powiedziałem – jak Świetlicki z zespołem. Potem zaprowadziłaś mnie do swojej siostry, która kelnerzyła w innym pubie i zaczęłyście gdakać po rosyjsku. I potem mi wspomniałaś, że gadając do niej po rosyjsku, wspomniałaś jej o mnie. Chciałem coś powiedzieć, że nieładnie jest rozmawiać w obcym języku, przy kimś, kto nic z niego nie rozumie, ale gdy wyszliśmy dalej, nasze języki sięgnęły już orbit, zenitów podniebień, tuż pod tą kawiarnią, w której  swobodnie dopijałaś jaśminową herbatę, wpatrując się w przymarły ruch uliczny. I tak znaleźliśmy wspólny język, pożegnaliśmy się. Pamiętasz, kilka razy przekładaliśmy kolejne spotkanie, kilka luźnych rozmów telefonicznych o niemożliwie nocnych porach, erotyzm tkwił tam na środku drogi, czekając na podmuch w którymś z kierunków. Nie mogłem tego ścierpieć, że w guncie rzeczy oczekujesz bliskości cielesnej. Nigdy już cię potem nie widziałem. Poszedłem więc z bratem na krwiście wegetariańskiego burgera z buraka. On opowiedział mi o swoich planach na życie. I mimo tego, że znajdowałem się w tych planach, to wiedziałem, że to nie to samo, co teraz. Że już nigdy nie będziemy się w tak ostentacyjny sposób obżerać wegeburgerami i śmiać się w jednej chwili z innej chwili. Wspomnienie nie było żadnym wspomnieniem, bo mocno wyryło się w ścianie pamięci, jak piktogram cherlawego troglodyty. Nie było tu miejsca na improwizacje i niedomówienia, nie było mglistych fragmentów, to po prostu nie było żadne wspomnienie. Kafka na strychach Pragi miałby więcej wyborów.
 
Na poddaszu stały dwa biurka złączone ze sobą w literę L jak ruch skoczka zaznaczały swoją obecność w centrum przestrzennej pracowni. Zaraz obok dwóch regałów, jednego z muzyko i filmoteką, drugiego z mocno przetasowanymi książkami, gdzie obok Daviesa mieszkał S. King a Przy S. Tymie królował Fight Club. Karpowicz polował z Dexterem, a Schmidt kokietował Władcę Much. Hrabal palił skręta z Keretem. Heller żartował ze Stachury, a siekierezadzka mgła pochłaniała wszelkie paragrafy. Zaraz bliżej bezradnie swe ramiona rozłożyła suszarka jak dobrotliwa staruszka, z jednej strony ubłocone dresy po joggingu, a z drugiej przepocona wizytowa koszula. Równowaga wisiała na włosach światła żarówki. Panował kompletny brak. Brak porządku, entropia zdawała się tańczyć na ostrzu jutra, chociaż nie było go widać w mroku spóźnionego wieczoru. Spóźniony wieczór. Na biurkach leżał korkociąg wwiercony w korek po winie. Wymiary, barwy i czasy mieszały się, coś jak u Nahacza. Piętnaście suszonych moreli w otwartej paczce, którą zazwyczaj zabierał ze sobą do auta, żeby mieć co przegryzać, gdy stał w korku jadąc do pracy, biorąc darmowe lekcje z cierpliwości. Były też w swej pogniecionej fakturze bibułki do skręcania tytoniu, którego prawie w ogóle nie palił i stary, wysuszony tytoń wiśniowo-waniliowy, którego prawie w ogóle nie palił. I ta woń rozpanoszyła się w pracowni, nie dając za wygraną świeżemu powietrzu, próbującemu wtargnąć przez uchylone okno. Pracownia diabła, którą był jego bezczynny umysł*. Trzy niedopite filiżanki kawy. W jednej z nich podtopiona ćma. Dwie butelki po wodzie mineralnej. Krople na wyblakłym blacie rysowały rzeczywistość, w której odbijało się światło innej rzeczywistości. Okruchy samotności i butelka po winie. Rzutnik wyświetlał właśnie scenę z „Między słowami” gdy S. Johansen maluje usta. Albo to były „Wspomnienia z gwiezdnego pyłu”, gdy do pokoju W. Allena wleciał gołąb. Jakieś notatki z podpunktami do wykonania na kolejne dni. Niedokończona partia szachów z przewróconym pionem, który właśnie miał otrzymać promocję na królową, ale chyba potknął się na przedostatnim polu. Odważny ważniak. Odważniak. Albo to było dopiero na linii Przepiórki. Ileż podtekstów w figurze. Retoryzm niedomówień. Niby kobieta. Taka słaba, najbardziej niepewna w obecnym czasie na planszach pokoleń. A jednak mająca we władaniu najwięcej pól. Każdy ma chrapkę na królową. Albo bijesz konia, albo posuwasz królową*. Płyty z Nohavicą leżały zwinięte w pozycji embrionalnej. Długopis wskazywał azymut przepełnionego kosza na śmieci, tonącego w papierach. I poszczerbione lustro, w którym odbijała się przestrzeń do wynajęcia.
 
Musi być ci teraz kurewsko dobrze. W ustach papieros. Na uszach Go Slowly Radiohead. Klawisze wystukują słowa o tym, że musi być ci teraz kurewsko dobrze. Zapętlają się gitarowe pasaże. Musi być ci teraz kurewsko dobrze. W echu Toma Yorke’a. W głowie przelazł cały miniony dzień. Minął jak droga do domu. O mało nie rozjechałeś sarny. Dobrze, że włączyłeś długie. Pamiętasz, jak ostatnio twój znajomy potrącił ciężarną sarnę. Było tyle krwi, że się rozpłakał, rozmazał się jak ta sarna i jej młode. Musi być ci teraz kurewsko dobrze. Skoro już wiesz z ilu procent wody składa się ludzkie ciało, i że zawsze z rana powinno się wypić szklankę mineralnej. I że nie rozjechałeś sarny w drodze powrotnej. I że wiesz już ile czasu woda z jednej szklanki przez szmatę przesącza się do drugiej. Papieros odmierzył tę chwilę. Wiśniowo-waniliowa klepsydra. Z zablokowanym czasem. Perkusista w jam session odmierzył wszystkie uderzenia. Musi, bo zaśmiewałeś się do rozpuku z wspólnych dni, spędzonych w towarzystwie znajomych ze studiów. Że marzysz o podróżach, które już kiedyś się odbyły. O kilometrach w przyjemnym zmęczeniu. Coś jak u Kerouaca. O tym, jak przemierzasz drogę, a przednia szyba zasysa wszystkie mijane obrazy. Krajobrazy i panoramy. I to skłębione niebo, tak ciasne od chmur, że masz wrażenie, że to za mało, że świat to za mało, że chciałoby się więcej. O kroplach od deszczu na przedniej szybie, w których odwracały się małe mikroświaty, w których każdy był każdym, tylko nie tym kim jest teraz. O dymie w oczach z wiśniowo-waniliowych papierosów. I o tym, że jutro przebiegniesz las w ubłoconym dresie, aby rozbudzić endorfiny i wdrożyć poranny rytuał stawania się człowiekiem bardziej doskonałym. Aby jeszcze mocniej rozciągnąć swoją rzeczywistość. Mieć przestrzeń, w której znów na nowo będzie można się zagubić.
 
Ale ani Świetlicki, ani York, ani Kafka, ni żaden Schmidt nie pomoże. Gdzie szukać odpowiedzi? W matce swojej szukaj odpowiedzi. Za wszystkie swoje życiowe przewinienia. To przecież ona cię przewijała.
 
A pamiętasz, jak chcieliśmy zjeść coś w Pradze. Cały dzień pełzania po brukach. Zmagania ze słońcem i wiatrem. Na przemian. Szukałem muzeum Kafki. Myślałem, że to wystarczy, że tym się najemy. Kręta uliczka i zapach smażonego sera owinęły nasze zmysły. Wciągnęły wirem tajemnym. Wszyscy palili papierochy i wcinali golonki zapijane piwem. Łysy kelner z brzuchem, smutny, znużony i zmęczony życiem nie był opryskliwy jak większość tutaj. Nawet miał w sobie jakiś sympatyzm. Neutralny, a jednak przyjazny mimo wszystko, jakby pogodzony ze światem i ze swoim losem. Dwie równe surowe zmarszczki przy wystawianiu rachunku i jedna z nich sugerująca zalążek poczucia humoru, gdy się  okazało, że czterdzieści osiem koron napiwku, a my nie potrafimy oszacować, w którą to stronę, dobrze czy źle. Wiedziałem, że kiedyś tu wrócimy. Rozpadało się gdy już mieliśmy iść dalej. A deszcz automatycznie przybijał te aromatyczne zapachy do bruków. Znów myślałem o tych kroplach na przedniej szybie samochodu. I o tym, że tak właściwie, to nie mieliśmy żadnych wspomnień.

Ananke
15 june 2014 at 15:27

tym razem w niektórych miejscach nieco przegadujesz, ale znalazłam i rewelacyjne fragmenty

report

bosonoga - Gabriela Bartnicka
15 june 2014 at 21:03

Za Ananke...Wrócę :)

report

birczin
16 june 2014 at 20:38

Po kolejnym przeczytaniu, stwierdzam ze macie racje, w niektorych miejscach przegaduje, co sie ciagnie jak ten praski syr smazony, ale szacun za wytrwalosc, dzieki za poczytanie :) pozdrowki!

report

May
19 june 2014 at 18:50

ano cikawie zapodane

report

birczin
21 june 2014 at 16:20

dzięki :)

report

Ania Ostrowska
29 june 2014 at 16:43

nie powiem żeby czytało mi się lekko i przyjemnie, bo jest w tym tekście gęsto i duszno, ale jest w tym nerw i charakter i generalnie podobało mi się bardzo. Nie zmienia to faktu, ze całości przydałoby się dokładne przeanalizowanie poszczególnych zdań pod kątem korekt. Trochę Ci zazdroszczę (w sensie wyłącznie pozytywnym) umiejętności takiego pisania :)

report

birczin
30 june 2014 at 00:26

Jejku dzięki! Aż korekty mi nie straszne, dobrze je zakamuflowałaś ostatnim zdaniem ;)

report

Magdala
12 july 2014 at 17:40

Brak wspomnień jest również wspomnieniem. Tekst do czytania w spokoju – np. w lesie, na tarasie, przy kawie (sprawdzone!). Taki, który zadziwia konsekwentnym prowadzeniem od początku do końca, spuentowany w optymalnym momencie. Sporo odniesień – literackich, muzycznych świadczącym o dobrym guście narratora. Autorze, kawał dobrej, wyważonej roboty. Trochę literówek, pewnie – niedociągnięć interpunkcyjnych, aczkolwiek skupiłam się na tekście i przesłaniu. Znajduję tu, przynajmniej w dwóch miejscach, powtórzenia kwestii (zdania) – o ile zastosowanie takiej konwencji dopuszczalne i czytelne w konkretnym fragmencie, o tyle zastosowanie takiego zabiegu kilkakrotnie niszczy wagę tego uzasadnionego. W pierwszej części zaimki: ta tym tą – za blisko siebie. Cekiny – w dopełniaczu: cekinów, nie cekin. „sympatyk” ? Mam nadzieję, ze to fragment większej całości. Pozdrawiam. Tara.

report

birczin
16 july 2014 at 16:24

Dzięki, tekst nie był pisany w jednym czasie, ale starałem się posklejać go w taki sposób aby był jedną, spójną całością, więc to cieszy jeśli zauważasz to konsekwentne prowadzenie do początku do końca, w dodatku, że ze spuentowaniem w optymalnym momencie, to już w ogóle. Tak, literówki i interpunkcja, jak zwykle, nie są mi, cholera obce. Dziękuję za dostrzeżenie gustu, bez dyskusji, tak już mam, byle szajsem się nie zadowolę ;) . Mam wrażenie, że niekiedy właśnie przesadzam z powtórzeniami, jakoś bardzo lubię tę formę przekazu i ekspresji. Jest w tym coś żartobliwego a jednocześnie mocno akcentującego, ale możliwe, że brak mi w tej kwestii wyczucia i doświadczenia. Z cekinami to wpadka, dzięki za dostrzeżenie. Sympatyzm, jakiś neologizm czy cuś, i do końca nigdy nie wiem, czy jest to czysta ignorancja, czy raczej ryzyko typu: kto autorowi zabroni.. Nie, to chyba raczej fragment luźny, fragment wspomnienie, nie będące jednocześnie wspomnieniem. Dzięki Tara, pozdrawiam!

report

Lech
30 july 2014 at 05:24

Dzięki za fajny, refleksyjny tekst.

report

Contact with us



Report this item


You have to be logged in to use this feature. please Register