|
| |
|
ALL WORKS
Poetry (211) Prose (9) Diary (4) Photography (22)
Postcards (9) Handmade (68) About me Friends (28) | |
Zmiana sposobu prezentacji
Nienawiść naszych matek. III. Wolność
Czeka, aż umrzesz. Patrzy z niecierpliwością w oczach na zegar ścienny, z zegara wzrok przenosi na kalendarz. Minęło wiele baterii i wiele kalendarzy. Ale ona jest cierpliwa. Oczy żarzą się jej jak węgiełki; myślisz, że nienawiść musi w końcu wystygnąć, zapominasz, że zemsta na zimno jest słodka, słodka jak krew, a ona lubi słodycze; ten płomień też jest zimny, a takie nie gasną.
- Mamo? - szepcze. Czemu drżysz, słysząc jej głos? Jest obcy, nieznajomy. Jak możesz nie znać szeptu własnej córki, wyrodna twoja mać! - Mamo? - Oho, nie przestanie. Niby szepce, ale słychać w tym szepcie coś strasznego, nieuniknionego. Boisz się? No dalej, spójrz na nią! - Zamieszkajmy razem, przecież mnie potrzebujesz.
Wiesz, że to, co mówi, jest prawdą. Wiesz również, że w momencie, w którym przyznasz jej rację, skażesz się na śmierć, długą, okrutną śmierć, poniżysz się, a to jeszcze gorsze. Tak bardzo jej nienawidzisz i tak bardzo potrzebujesz równocześnie. Jak to możliwe, że jej nie wyskrobałaś na czas? Tak, myślałaś wtedy jak prawdziwa katoliczka - wystarczy oddać - niechciane, brudne i głodne, tam, gdzie się tłoczą tysiące podobnych. Głupia ty, dzieci są jak mali Tezeusze, po niewidzialnej pępowinie, niczym po nici Ariadny, znajdują w końcu macice, które je wypluły. Niektóre przychodzą ze łzami, inne z wulkanem w trzewiach, który czekał na wybuch całe lata, z pytaniami i wyrzutami. Ale nie (...)
--- full text ---
"Cmentarz", oj straszne to, jak sam SZATAN
To był typowy mglisty jesienny dzień. Opatuliłem się szczelnie płaszczem i wyciągnąłem z kieszeni paczkę papierosów. Skostniałymi palcami odpaliłem jednego. Wilgotne powietrze wraz z dymem wdarło się do płuc tak agresywnie, że zebrało mi się na kaszel. Kaszel ten pomknął ponad grobami, odbił się echem od porośniętych mchem zapomnianych mogił, sprawdził kilka dzięcięcych nagrobków uwieńczonych płaczącymi aniołkami i wrócił do mnie. No właśnie. Wrócił. Nikt go nie przechwycił, nikt nie uniósł głowy, nikt nie odkaszlnął solidarnie. Nikt. Bowiem na cmentarzu byłem sam. Cóż mogło się takiego zdarzyć, że 1. listopada dookoła jest tak pusto? Nie było żywej duszy, nikt się nie pałętał z chryzantemami, nie paliły się znicze, cmentarz świecił pustkami, sprawiając wrażenie bardziej martwego, niż ludzie na nim pochowani. Skłoniło to mój detektywistyczny umysł do refleksji, choć detektywem byłem jedynie z zamiłowania i nie dostawałem pieniędzy za swoje teorie spiskowe. Serce mi jednak podpowiadało, że nieobecność ludzi nie jest dziełem przypadku. Myśli kłębiły się w głowie, lecz żadna nie wydawała się być sensowna. Spojrzałem w niebo, jakby szukając w nim odpowiedzi . Wtem zerwał się zimny wiatr, a brzozy przy alei, zasilane trupim jadem, rozszumiały się smętnie. Przyjrzałem się ich złowieszczym, poskręcanym w bólu gałęziom. I oto ogarnęła mnie groza - na gałęziach wisieli ludzie, (...)
--- full text ---
«Самая ужасная история моей жизни»
Этой ночи я пришла в отчаяние. Увидела их в моей кровати. Не существуют слова, которые могли бы описать мои чувства в ето время. Пустоту. Страсть. Ничего не могла сказать. Не хватило сил. Как могли так уничтожить всё, что я до сих пор пытала сделать за свой счет! Ежедневно. Ежемесячно. Ежегодно.
Итак выбросила свою кровать. Вместе с ними. И решила конце концов убрать квартиру. И купить какое-то средство для этих паразитов. Нельзя ждать помощи от никого.
Сама убью тараканов!
19.08.13 г.,Ж-ув
Wiosna. W progu się nie witamy.
Powiedziała za dużo jak na pierwszy raz. Ile czasu można patrzeć komuś w oczy? Pocę się. Nerwy? Chyba tak. Wypadła mi z ręki szklanka. Wwierca się we mnie spojrzeniem. Nie jesteś prawdziwa. Zaraz cię zwiążę tym sznurem, na którym się miałaś powiesić i wrzucę do studni. Będziesz głośno krzyczeć.
I w tym miejscu się budzę za każdym razem. Nie przy krzyku, ale kiedy jej ogromne zielone oczy wpatrywały się we mnie bezosobowo z dna pustej studni. Stawały się coraz większe… i większe… Wypełzały. By wszczepić się w moje. A gdy już prawie stykały się białkami, sen odklejał się od powiek i budziłam się równo o trzeciej w nocy.
Nie wiem, co mam zrobić.
*
Kiedy zasypia, uśmiecha się cicho. Ponoć słyszy człowieka grającego na fortepianie. Człowieka, który nie żyje od ponad siedemdziesięciu lat. Jego mieszkanie znajdowało się tuż pod jej pokojem.
*
Budzi ją deszcz.
Nie znam żadnych wojennych praw. Wiem jednak, że spadające ptaki niekoniecznie wróżą burzę.
*
Szukam cię w kałużach mijanych każdego słotnego poranka, w lustrach, obojętnie zaspanych, w kawie, której zbliżony do ciebie zapach potwierdza moją nietrzeźwość. Szukam cię podczas strojenia gitary, w każdym pojebanym dźwięku. Szukam cię między każdą wskazówką zegara, o każdej porze. I między długimi zdaniami w pozostawionej przez ciebie książce. Szukam cię na swoim liniach (...)
--- full text ---
stary zegar mocno śpi
stary zegar mocno śpi
my się go boimy na palcach chodzimy
jak się zbudzi to umrzemy
za bardzo uwierzyliśmy w magię kwiatów. w ich absurdalną siłę. maki kwitną tylko przez jeden dzień, później przychodzą dzieci, kosiarki, żniwa, zakochani
lub nieszczęśliwcy, podgrzewający na łyżeczkach makowy sen.
Sen nie trwa długo.
Zegar chrapie jak zakatarzone niemowlę.
Nigdy tak bardzo się nie bałam. Niech lustro mnie schowa, niech cień się zamieni. Niech moje modlitwy będą mniej czerwone,
niż płatki, wypadające z dłoni. To stygmaty, czy ślepnę powoli? Ogłuchnę, oślepnę. Istny koszmar w panierce.
Stary zegar mocno śpi. Śpi jak diabli, snem niespokojnym, jedna wskazówka chyba mnie widzi. Bełkocze w transie, bielmo czernieje.
*
Światłoczułe wspomnienia.
Latawce poprzebijali kamieniami. Pół roku później zamarzła plandeka i śnieżki ściągały je z powrotem na ziemię. A może to nie były latawce? Może przez przypadek wypruto mi z brzucha Eden, wyleciały motyle i zostałam bezdomna. Powiłam Kaina, który wydłubał mi serce i pożarł.
*
stary zegar mocno śpi...
wskazówka łypie na mnie groźnie
*
- Powtórz mi jeszcze raz, od początku, jak umarłam?
- Umarłaś naprawdę (...)
--- full text ---
Czerwone echa dopalają się w kącikach ust. Może trzeba było być szczęśliwszym człowiekiem? Na co zdał się trójwymiarowy ból? Rozpacz bez kółek? Łza z oberwanym uchem nie słyszy słów pociechy. Będzie milczeć zawzięcie, czekając na dogodny moment, aż któreś z nich przyjdzie i zabierze kartki pełne nut. I bezcielesnych słów.
Sztuką jest nachylać czasoprzestrzeń, dyktować ludziom metaliczne sny i astralne szkielety.
Wczoraj droga była jeszcze do przejścia. Teraz, stojąc przy zarośniętym wlocie okna, nie myślę. Czas chyli się ku zachodowi, wskazówki na zegarkach układają się ze zmęczenia. Liczby podtrzymują ich sens.
Jeśli masz odwagę, zamknij oczy.
Zamykam. Ale wciąż słyszę krzyk. W tle piosenka kończy się latem. Pająki snują leniwe gwiazdozbiory. Moją gwiazdą będzie ćma, zwinięta w ciasny kokon pajęczyny. Jeśli ją zerwę – spadnie. Ale czy jeszcze żywa? Zdąży spełnić choć jedno okamgnienie?
Tam pod okiem coś mnie użądliło. Dlatego płaczę.
Tylko dlatego.
15.04.2012r., Rz.
dlaczego muchy komary i sok pomarańczowy
widzisz, to już takie stadium, kiedy herbata nie smakuje już spóźniającą się dostawą cukru. przetoczyłam ciężką kulkę słońca z jednego palca na drugi, bawię się materią nieożywioną. a teraz przychodzi ten głupi moment – trzeba wyjaśnić niejasne sformułowanie; i oto jestem, pod głowę podkładam poduszki śniące o kamieniach
moja pierwsza wizja dotyczyła skórki z pomarańczy. i etiopskich dzieci, których głodne wspomnienia nigdy nie spały. a przecież nawet one mogą mieć wspomnienia; jakiś czas później wystąpił konflikt alfabetyczny, znalazłam się na pustej ulicy w „Incepcji”, zahaczając włosami o nowo wymyślone bestselleryczne eufemizmy. nie umiesz pokroić pomarańczy? klatka! cięcie!
on przecież wpadł na e-moll!
i dalej łańcuch u nogi, ciche jeziorko w tle, obrazek jak z bajki o lewym i prawym.
sumienie mnie gryzie. w lesie, koło północy. i najdłuższej rzeki w okolicy.
4.05.2012r., Rz.
Kiedy zauważyłeś, że zniknęłam? Nie ma mnie w twoich
oczach. Zagubiłam się w muzyce, którą żyłam do tej pory. Jak to możliwe, że
kwiaty rosną tak szybko? A ziemia oddycha?
Powinniśmy zapuścić korzenie.
do tej pory naliczyłam się sześciu palców
kursywą łatwiej usłyszeć myśli. Dlatego piszę w pionie.
Jestem dzisiaj zimna i zsuszała, bo ona znowu mi się
śniła. Ślina czerwona ciekła jej po brodzie, szyi. Bo próbowała wgryźć się w lustro.
słyszysz mnie? jestem głosem, który odzywa się w twojej głowie
tuż przed zaśnięciem. widzisz ten most na czubku twojego nosa?
...ja też nie.
16.02.2012r., Rz.
11.03.2011r.
Otchłanie są czarne? Moja jest biała, jak papier. Jak sen, w którym nie wiem, jak mam na imię i ile liter zdoła pomieścić ten nieustający lęk.
Tynk odpada ze ścian. Ktoś krzyczy. Ogień. Dym. Duszący, ostry dym.
12.03.2011r.
Obudziłam się na pustkowiu. Słońce gnało przez horyzont, jak szalone.
Piach w ustach i dużo bieli.
Słyszę krzyk.
Ciemność.
*
Włosy.
Ciągną mnie za włosy. Zimno. Ślisko.
Moje włosy…
Długi korytarz. Półmrok lepi mi się do twarzy, do rąk, brzucha, nóg. Brzęczy w uszach i nie potrafię go wyłączyć.
W gardle dławi zakrzepła grudka łez i strachu.
Strach ma wielkie oczy? Phi! Strach jest ślepy, jak niemowlę albo człowiek z wyłupionymi oczami. Każdy krok to krok nieskończony. Każdy ruch jest ruchem na krawędzi. Słowo alfą i omegą. Bo nie wiadomo, w czym tkwi koniec. Gdzie kij ma drugą stronę, z której strony rewers jest obolem.
Piach w ustach. Wysypuje się powoli. Ulga i przepaść. Wzrok nie kłamie. Chłonie.
Pode mną księżyc siny i bełkocze smutne kołysanki o pijanych kotach. I o tym, jak mi trudno, kiedy zasypia. Zamykam go w dłoni, ściskam palcami, póki nie pęknie.
Krwawe sny śnię później.
I czas o trzeciej zastyga przerażony.
16.03.2011r.
--- full text ---
