|
| |
|
ALL WORKS
Poetry (191) Prose (12) Diary (9) Photography (18) Books (1)
Postcards (32) About me Friends (32) | |
Zmiana sposobu prezentacji
Poskładać niebo – serdecznie zapraszam na spotkania autorskie w Warszawie.
16 czerwca w Studio Art Cafe w Warszawie, ul. Popularna 62A, godz. 18.00. Spotkanie poprowadzi Irena Tetlak.
Wiersze się wypełniają, poezja jest wciąż niedokończona
Nigdy nie umiem powiedzieć, jak powstaje wiersz. Przychodzi, zapisuje się, czasem zakręci w głowie, jeśli trafia na święto z toastem za tych, którzy obok, lub tam, gdzie nas nie ma i bywa podobno lepiej, tylko nikt nie udowodnił, że wiatr łagodniej kocha nieobecność, niż dostępny zmysłom wizerunek obecnej chwili.
Trudno uchwycić moment, kiedy poezja zakłada buty, wychodzi – niedokończona.
Zjawisko, a może przemilczana zależność, zawsze wprost proporcjonalna. Czas wspina się na palcach, obraca, bywa, że zaczyna lubić obcasy. Ciekawość tego, co ponad chmurami, naturalnie wydłuża cienie i każe wierzyć w moc i sens.
Nieustanne próby dorastania do powagi kończą się na ogół odkryciem, że tak naprawdę życie jest nadal tą samą zabawą w klocki, tylko czasem zauważam nowe. Intrygująca forma, kolor i już można mieć wrażenie, że powstaje inna wartość. Jednak czas rozrabia, wierci się, pędzi, przebiera, bawi w ciuciubabkę, tylko w jakim celu?
Może, po to, aby w chwili, gdy rozpocznie się gra w chowanego zauważyć… odpływ.
Cicho i miarowo serce nie zasypia
nie śpij południe wpada oknem jak scena z filmu
za rogiem na skrzyżowaniu zmieniają się światła
pracowicie odmierzają uwagę przechodniów
a kasztan pęcznieje w pąkach przeczuwa kalendarz
jak my rozumiejąc że wbrew pozorom czas biegnie
w miękkich butach potrafi upaść przez nieuwagę
nieroztropnych sekund strąconych z przejrzałych kiści
niewiara żebrze o grosz aby dorzucić w pustkę
nadzieję na więcej niż sklepienie nieba nad głowami
(...)
--- full text ---
Pokazywanie ich w postaci ptaków jest ciekawą metaforą. W tej sytuacji głowa staje się nieboskłonem, na którym chmary przefruwających myśli skutecznie zasłaniają światło.
Zerwane nagle do lotu, chaotycznie trzepocą skrzydłami, wpadając na siebie, uderzają w ściany ograniczonej wyobraźni. Bywa, że zadają ból, roztrzaskując szybę okna, za którym wewnętrzny świat zostawił widok na horyzont.
Śledzenie płynącego w locie sokoła, może stać się przeżyciem intelektualnym, a jeśli po chwili sfrunie na wyciągniętą rękę, poddany naszej woli, oznacza - oswojenie.
Kiedy jednak wciąż tłuką się w głowie dzikie i przestraszone, czy można oddychać równo i spokojnie? Życie przypomina bieg na górskiej serpentynie, a przecież są tam miejsca, z których widok, gdyby się tylko zatrzymać, wystarczy za życie, a może kilka.
Dokąd biegnę? Zatrzymaj mnie…
- W tej chwili refleksja uderzyła w drzwi serca. Były uchylone, w nich nigdy nie ma zamków. Czasem próbuje się delikatnej wstążki, ale to żart, bo przecież myśl potrafi porwać i unieść nie tylko lekką tkaninę, ona unosi nas!
A może posłuchać śpiewu słowika? Trzeba miejsca i czasu - nie da rady na środku ulicy!
Myśloptaki są barwną metaforą, szkoda tylko, że na stromych dachach często wpadają w rynny. A swoją drogą, skąd w głowie stropy i jeśli rynny, przecież zaraz pojawi się deszcz, a deszcze (...)
--- full text ---
Kiedy pewnego dnia ktoś skonstruuje osobisty notatnik myśli, skończy się tajemnicza „żałoba po wierszach”, którą, nie mówiąc o tym, przeżywa chyba każdy piszący. Ten żal dotyczy nie tylko strof, ale niby zwyczajnych, prozatorskich zdań, które nigdy nie wrócą, bo w jednej
chwili zostały uderzone czymś ważniejszym, dzwonkiem do drzwi, czy
właśnie podjeżdżającym na przystanek tramwajem…
Tak więc, kiedy ktoś pewnego dnia skonstruuje taki właśnie osobisty zapamiętujący notatnik, świat się zmieni. Tylko, jak to będzie?
Czy życzyć lekkich i skrzydlatych myśli? Jeśli tak to i garści ziaren, aby je zatrzymać!
A mosty w Nowym Orleanie jeszcze śpią
Ulica, skrzyżowanie, światła, podmuch wiatru smagający policzki. Trzeba podnieść kaptur, poszukać w kieszeni rękawiczek. Motorniczy wygląda na zaspanego. Przez chwilę zastanawiam się, czy nie poczekać na drugi tramwaj.
Podwyższona radiacja, bo nie umiem myśleć o słońcu inaczej, takie nieliterackie skrzywienie nabyte w czasie studiów, nastraja na bardziej optymistyczne wibracje.
Myśli łapią się w pułapki, ale sprytnie umykają przez brak prawdziwej interpunkcji, tej na ekranie komputera, niekiedy jeszcze kartki. Niezapisane wyciskają tylko ślady elektrycznym impulsem w neuronach. Wystarczy uspokoić aksony, ale święty spokój nigdy nie daje spokoju. Szczególnie pełnej emocji poetyckiej duszy.
Wyrzucić z siebie sieć skojarzeń, łowić nowe, aby oglądać z zaciekawieniem tęczowe łuski niespełniającej marzeń zawartości. Biec dalej, ze świadomością, że trzeba znaleźć miejsce na bukiet ulubionych kwiatów, dzbanek herbaty i cukiernicę.
Za dużo i za szybko na cztery łapy, jeśli czuję się lwicą lub zabłąkanym kundlem; zależy, co przynosi dzień, skóra decyduje o percepcji zmysłów.
A miałam napisać wiersz. Recenzja jednej z najcieplejszych książek w mieście musi poczekać. „Pomyślę o tym jutro.” W końcu w Nowym Orleanie jest noc.
Całkiem nagła świadomość ludzkiej samotności naznaczyła mnie, równie niespodziewanie, piętnem odkrywcy z przypadku, bo przecież nie jestem psychologiem, aby tak po emocjach z latarką wędrować, czasem rozpalać ogniska, dzielić się resztką wody w upał na środku szlaku, który nie wiedzieć czemu stracił kolor i już nie pozwala pamiętać, czy prowadzi "z", czy "do".
W każdym razie temat okazał się żywy, chociaż niewidoczny pod skorupą uśmiechniętego żółwia, sprawiającego wrażenie zadowolonego z terytorium, które mu wyznaczono w... klatce. Całkiem rozsądne przesunięcie liścia sałaty może okazać się zdradliwe, bo oto pod nim ukrył się zgubiony tydzień temu, a dziś już niestety nieatrakcyjny, ogonek od roszponki. Tak sobie właśnie to funkcjonuje. Przestawianie jedynych, jakie się ma do dyspozycji, elementów.
Mogą to być, a często są, oczekiwania wobec życia. Brzmi dumnie, bo ono zawsze prezentuje się w wypowiedziach poważnie i skupia uwagę, jakby za chwilę miała się co najmniej zmienić oś Ziemi.
Tymczasem, wciąż to samo. Niektórzy obgryzają paznokcie do starości, inni przyrzekają wierność piwu, przy czym sprawiają wrażenie, że jest to czynność, z którą się niemalże urodzili. A niektórzy... piszą, i to bardzo na serio, wypełniają się, napełniają sobą, na krótką, co prawda chwilę, jakiś ubytek na poziomie atomu. To właśnie pewnie jest ta (...)
--- full text ---
Weekend. Wszystko gra pod buta. Ktoś gubi skalę, ktoś gra dla pieniędzy. Dopóki można zachować rytm i jeszcze po kilku kieliszkach da się utrzymać równowagę, jest ok.
A weekend trzeba przetrwać. Teksty nie muszą mieć kluczy, wystarczy pewna doza ekspresji i nadal będzie grało. Słucham i wyję. Miotam się i wyszukuję pereł w internecie. Przypomina to poszukiwanie przez nurka skarbów w zatęchłym porcie. Urzeka mnie coś, co okazuje się starym kawałkiem tratwy niegdysiejszego rozbitka. Wychwytuję ułudę i popadam w zwątpienie. Tracę zdolność oceny rzeczywistości. Stwierdzam, nie ja pierwsza, że ziemia jest płaska jak taca po pierogach.
Co może jeszcze skusić dinozaura, który skubał już trawy z różnych łąk? Co może usidlić, zatrzymać na chwilę jego znudzoną uwagę? Dinozaury wyginęły, a może miały depresję i utraciwszy coś bezpowrotnie, same zadeklarowały się przestać istnieć? Czekam, aż tydzień się skończy, a potem nie potrafię zrobić nic kreatywnego, jak to dziś się modnie określa. Butelki, nawet te większe, mają dno. Można kołysać się w równym rytmie nucąc coś w stylu "lalala", ale i kołysanie musi kiedyś ustać. Fale uspokajają się przy brzegu, a tam właśnie wracamy. Weekend jest takim brzegiem, momentem zastanowienia: "dlaczego już nie biegnę, nie płynę"? Horyzont nie ma wymiaru. Nie ma go. Płaskość, nie dosyć, że taka monotonna, jeszcze w dodatku (...)
--- full text ---
