lajana
ALL WORKS Poetry (191) Prose (12) Diary (9) Photography (18) Books (1) Postcards (32)
About me Friends (32)

Zmiana sposobu prezentacji

11 june 2012

prose

lajana
lajana

Linia

- Dlaczego nic już nie mówisz? Czego ci brakuje? – pytała, patrząc na mnie jakby nieobecnym wzrokiem. Siedziałam sama na tarasie, który powstał tylko na chwilę w mojej wyobraźni. Chciałam odpocząć i dla zabawy opisywałam w myślach brzuszki kasztanów, których tej jesieni chyba już nikt nie chciał zbierać, więc zasypywały alejki w parkach i uliczki osiedla.
- Nie oczekiwałam wizyty - odpowiedziałam bardzo opryskliwie, w każdym razie poczułam, że tak to zabrzmiało.
- Czekałaś na mnie, bo źle ci tu samej. Zaprosiłaś, nie zaprzeczaj.
Zaczęłam się zastanawiać. Mogłam jej przyznać rację. Było mi samej źle, może dotkliwiej niż zwykle odczuwałam samotność? Balansowanie na linie życia wydawało się coraz trudniejsze i pozbawione sensu.
- Nie wiem, o czym miałabym z tobą rozmawiać. Wszystko już zostało powiedziane. Świat nie powstał przed minutą. Jest stary, a myśl ludzka wypełniła się słowami i faktami.
- Myślisz o tamtej książce? - Wskazała dłonią na tę, która leżała obok. Była to chyba kwintesencja wszystkiego, co można powiedzieć o człowieku i życiu. Ile razy brałam ją do rąk, docierało do mnie, że nic już więcej nie można dopowiedzieć.
- Tak, przez nią milczę - zgodziłam się.
- Ale przyznasz, że nie tylko?- W jej głosie nie było ciekawości. Wyraźnie oczekiwała potwierdzenia.
- Tak, nie tylko przez nią – odpowiedziałam. (...)

--- full text ---

8 june 2012

prose

lajana
lajana

Metameron

Kiedy się już nie ma domu i jeszcze się nie ma domu, i nigdy już się nie będzie miało domu, rozwieszone jak pajęczyna marzenia szarpie wiatr.

Schodziłam pod zasłoniętymi powiekami w uliczki szkicowane lekkim pociągnięciem wyobraźni. Z kasyna na rogu Wolnej i Zagubionej sączył się jazz. Nie zastanawiałam się, dlaczego "sączył", a nie wylewał. Weszłam, podałam płaszcz szatniarzowi. Ten sam szary i wytarty, który tyle lat temu kupiłam za pierwsze zebrane grosze i nosiłam z dumą, dopóki nie odkryłam, że to zwyczajna "okryjbieda". Od tamtej chwili wszystko miało być mocne i skrojone na miarę.

Grupka graczy wymieniała spojrzenia. Podeszłam i cicho stanęłam obok. Działo się coś poza moją wyobraźnią, słowa docierały do uszu jak poszarpane strzępy fałszującej muzyki. Nie pamiętam, w jaki sposób włączono mnie do gry i kiedy wyjęłam z portfela, wsunięte na czarną godzinę, banknoty. Nie miałam świadomości, gdzie przebiega granica snu i jawy. Dzień się kończył, a suche podniebienie dawało podobieństwo rzeczywistości.
- Cholera, już późno! - powiedziałam na tyle głośno, że spojrzenia kilku osób przycisnęły mnie jak stukilowy odważnik.
- Śpieszysz się? - zapytał przystojny, na pierwszy rzut oka, lekko siwiejący szatyn.
- Nie, tak tylko... bez znaczenia. Nigdzie się nie śpieszę.- Nie kłamałam, czułam, że nie mam dokąd (...)

--- full text ---

31 may 2012

prose

lajana
lajana

Baranek*

Baranek długo odmierzał odległość między jednym a drugim brzegiem potoku. W końcu, po krótkim namyśle zdecydował się na skok. Ledwie go było widać w wysokiej, nieskubanej jeszcze trawie.
- Jestem - powiedział sam do siebie i zacząć próbować soczystej koniczyny, która go tu zwabiła. Rozpalone popołudniowe słońce grzało każdy kosmyk wełny na skórze bohaterskiego maleństwa, które niebawem zasnęło.

Śnił. Śnił jeszcze więcej koniczyny, świeżej i suszonej, przepełnionej pachnącym kwieciem i doprawionej dziką miętą znad potoku. Śnił, że bryka dalej i dalej ku pomarańczowej kuli, która tak mocno grzała.
W tej chwili kropla porannej rosy kapnęła barankowi na nos.
- Witaj śpiochu! - odezwała się szara żaba, głosem chrapliwym i szorstkim, jak skóra na jej grzbiecie.
- Kim ty jesteś? - spytała.
- Jak to kim jestem? - odpowiedział obudzony nagle baranek - jestem z tamtej strony potoku!
- Nie pytam, z której strony potoku jesteś, ale pytam - kim jesteś?
- Mieszkam z owcami.
- Głupek! - parsknęła żaba - czy nie słyszałeś, że pytam - kim jesteś?
Baranek nie umiał na to pytanie odpowiedzieć, więc zadał je teraz sobie sam:
- Kim jestem?
- Lubię koniczynę!- jestem koniczyną?
- Lubię wielką pomarańczową kulę na niebie! - jestem tym czymś?
- Lubię skakać!
- Jestem skok do przodu, do tyłu i w (...)

--- full text ---

9 may 2012

prose

lajana
lajana

Plaża

Lubi morze, jak większość psów rzuca się w fale za patykiem, płynie po zdobycz, by z dumą położyć przede mną trofeum. Sierść otrzepuje zaraz na brzegu, a ja czekam kawałek dalej. Tego dnia obserwowałem plażę zza budki ratownika, a właściwie "ją", kobietę z czerwoną torebką i pantofelkami w ręku. Pojawiała się tu od kilku dni. Zawsze o tej samej porze. Słyszałem, tak mi się wydaje, bo hałas miasteczka jest zbyt duży, jak zegar na wieży przy wejściu na molo wybijał piętnastą.
Zagwizdałem na Mikiego, ale tym razem mnie nie słuchał. Biegł do niej i to przed nią położył kawałek korzenia, który po drodze znaleźliśmy w lesie. Próbowałem drugi raz, swoim sposobem, zagwizdać krótko. Nie przybiegł, nigdy tak nie robił...
Czekałem długo, do chwili, kiedy kobieta wyjęła z torebki telefon i krótko rozmawiała. Zabrała buty i poszła w kierunku zejścia z plaży. Wtedy Miko wrócił.
- Głupi pies! – warknąłem. - Monika się niecierpliwi, a ty, baranie, podrywasz inne... - I w tej chwili przestałem gadać, bo moje słowa były idiotyczne, a wydawało mi się, że Miko rozumie.

Monika przywitała mnie uśmiechem. Siedziała przy stoliku w kawiarni La Blanca, która kiedyś nazywała się, jak pamiętam, Śnieżka.
- Robert, zamówiłam ci już kawę i sernik. – Moja, od tygodnia, żona wiedziała doskonale, że wolę szarlotkę, dlaczego zamówiła sernik? Przez chwilę (...)

--- full text ---

30 april 2012

prose

lajana
lajana

Ogród na zamknięte oczy i filiżankę kawy

Ogrody należą do siebie. Wyrozumiale dają się głaskać i drapać. Nieporadność stworzeń przyjmują jak wytrwali rodzice, czasem chmurnie i milcząco, wychowują, pokazując prawa natury. Kiedy braknie dotykalnej zieleni, płożą się w głowie fantazją, formowane na kształt uczuć, które w danej chwili plączą wątki wrażeń.
Piję kolejną kawę w moim ogrodzie. Zasłonięta firanka jak zaryglowana furtka broni przed światem, w którym nie umiem się poruszać po zbyt ruchliwej drodze. Próbuję wytyczyć ścieżkę. Śladami bezdomnych kotów mijam ostre parkany osiedlowych klombów. Dlaczego tak bardzo urosłeś? Kiedy usypywaliśmy zamki w piasku miałeś dłonie jak moje. Teraz w ciężkich rękawiczkach przesypujesz grudy ziemi. Coraz częściej rozumiem, że kopiesz groby.
W moim ogrodzie oddychają sztuczne kwiaty.
Jak dobrze, że potrafię się cieszyć…

20 april 2012

prose

lajana
lajana

Refleksja o tym, że na spotkanie z Autorką przychodzą dusze bliźniaczo piękne! *

Czy wypatrywanie i odkrywanie piękna jest trudniejsze niż uznanie rzeczywistości z twarzą, której ślady wygnania człowieka z Edenu boleśnie maskują zaczyn pierwotnego ideału?
Jest trudniejsze, a wręcz bardzo trudne, jeśli tak często się nie udaje. Narzekanie na nieczuły los i przyjmowanie sztucznego modelu dawania sobie rady, kreowanego przez liczne poradniki, nigdy nie ukaże piękna, ukrytego jak prawdziwy obraz pod wielowiekową kopią. Cóż wspólnego może mieć powyższa myśl ze spotkaniem z Autorką książki?
Właśnie odkrywanie z pasją, podobną do tej, która porywa do wysiłku cierpliwego badacza. Jeśli codzienne zdarzenia można narysować kredką o ciepłym i miękkim kolorze, a dobrane słowa zebrać w dźwięki, które w efekcie stworzą muzyczną opowieść, przechodzącą przez wszystkie pory roku, znów dotykając wiosny, to Magdzie Tarasiuk się to na pewno udało. Czytelnikowi "Tary" powraca wiara w sens codziennego otwierania okna i wypatrywania, co przyniesie ze sobą dzień, co odłoży na jutro jak skarb.
Gdy zaś wiatr przywieje niepogodę, pozostają źródła, do których znamy drogę, jeśli nauczyliśmy się patrzeć przez pryzmat, który pozwolił przetrwać naszym przodkom niejedną burzę dziejową.
Na czym polega sztuka patrzenia na świat w taki właśnie sposób? Magda pokazała to w swojej książce, po mistrzowsku.
Na spotkanie z Nią i „Tarą” przybyli czytelnicy, a przede (...)

--- full text ---

5 april 2012

prose

lajana
lajana

Egoizm

W parku nie było już nikogo, robiło się ciemno. Szłam przed siebie, nie
myśląc, tym razem zupełnie bez celu. Wcześniej wielokrotnie
przemierzałam te alejki, idąc konkretnie gdzieś na spotkanie. Teraz
szłam donikąd. Drzewa urosły przez lata. Klomby pozostały w tych samych
miejscach. Nawożone co roku świeżą ziemią, pieściły sezonowe kwiaty,
które za dnia cieszyły kolorami. W świetle latarni wszystko było
szaro-rdzawe. Nie odróżniałam kształtów, stanowiły jedną plamę. Brzeg
jeziorka nie odcinał się od reszty. Musiałam uważać, by nie wpaść do
wody. Wokół nie było nikogo, nawet spóźnionego psa na spacerze.
Nieprzyjemny chłód zmusił mnie do zapięcia kurtki. Wyraźnie słyszałam
bicie własnego serca. Uderzało zbyt szybko, a ja z każdą chwilą
odczuwałam większy niepokój.

Nagle stało się coś dziwnego. Zanim zaczęło do mnie docierać, że
zostałam uderzona, upadłam na ziemię. Nie potrafiłam nadążyć za myślami,
jednak zrozumiałam, że to coś bardzo złego. Chciałam uciec, lecz ktoś
mnie przygniótł i mocno trzymał. Świadomość niebezpieczeństwa stawała
się przerażająca. Próba wołania o pomoc wymagała siły, a ja jej nie
miałam. W ogóle nie mogłam wydobyć z siebie głosu. "Co zrobiłam, po co
tu przyszłam, dlaczego?" - powtarzałam w myślach, jakby to (...)

--- full text ---

11 march 2012

prose

lajana
lajana

Księgarnia



Nie chcę na końcu życia odkryć, że przeżyłam tylko jego długość. Chcę przeżyć także jego wielkość.
Diane Ackerman


Wnętrze przypominało trzewia wielkiego przeżuwacza. Zaglądający tu popołudniami klienci różnili się od tych, którzy przychodzili rano, po otwarciu. Sabina nie potrafiła powiedzieć, na czym dokładnie polegała różnica, ale ją czuła. Sama odwiedzała to miejsce właśnie wieczorami, niedługo przed zamknięciem. Była to pora, kiedy sklep oddychał wolniej, może ze zmęczenia, a w powietrzu unosił się zapach, jakby przeglądane od kilku godzin woluminy wydzielały woń ogrodów, uśpionych między kartkami papieru.

Nikt o tym nie mówi, ale przychodzi się tutaj po wolność, tak
przynajmniej to rozumiała Sabina, która traciła w tym miejscu poczucie
czasu. A było ono szczególne, bo księgarnia zajmowała kilkupiętrowy
budynek z witrażami w oknach i dużym świetlikiem w suficie, widocznym z
parteru.
Fotele ustawione dyskretnie, w miejscach, gdzie nikt nie potrąci
zaczytanych, kuszące zapachem słodkiej wanilii kawiarenki na piętrach i ciszą na granicy z muzyką, jaką może tworzyć drgające nieuchwytnymi oddechami powietrze.
Jeżeli realizowały się tu zamierzenia marketingu, to również i marzenia klientów. Księgarnia "Na górce" była innym światem - takim pomiędzy dobrą (...)

--- full text ---

28 february 2012

prose

lajana
lajana

Sekret (Daucus carota)

Wbijanie widelczyka w marchewkowe ciasto zaczynało Kicię intrygować.
Duży, trójkątny kawałek, oblany wilgotnym lukrem, rozpadał się w zwolnionym tempie, a im dokładniej wymierzała miejsce, tym efekt był ciekawszy.
Już po pierwszych kęsach straciła apetyt. Stoliki obok, pełne ściśniętych gęsto postaci, przypominały bezbronne pnie obrośnięte grzybami o zmierzwionych kapeluszach. Muzyka przebijała się przez nakładane na siebie echa głosów. Kicia miała wrażenie, że widzi w powietrzu krystalizujące zmęczenie. Jak szary duch zawisło pod zakurzonym, prowizorycznie zawieszonym sufitem herbacianej knajpki.
Popołudnie zahaczało ostrym brzegiem o najwrażliwszy punkt serca, gdzie mieściły się wszystkie emocje, jakich doświadczała. Teraz ciągnęło niczym zębata brona karpę starego drzewa. Zielona herbata stygła powoli w wysokim kubku otulonym wikliną. Zapach mango i cytryny drażnił i uspokajał jednocześnie. Gdyby Kicia wiedziała, czego tak naprawdę chce od złotej rybki, wybiegłaby w jednej chwili, wskoczyła w tramwaj, aby jej to powiedzieć. Tymczasem wbijanie widelczyka skupiło wszystkie myśli dziewczyny, jak soczewka światło. Czas bujał zawieszone pod sufitem zmęczenie. Kołyska minut obejmowała coraz większą przestrzeń. Nikt nie dostrzegłby w tym nic dziwnego, gdyby nie jedna jej niedokładność, takie małe załamanie, błąd fizyki i późniejsze konsekwencje.
Za wieszakiem na płaszcze, (...)

--- full text ---

13 november 2011

prose

lajana
lajana

Pestki

Lato spadło na miasto prosto na stragany z owocami, rozstawione w każdym miejscu, które nie było w stanie się bronić, chociażby najmniejszą barierką, czy płotkiem.
Klara wybrała czerwone jabłko, przetarła dłonią skórkę i położyła na wadze. Sprzedawca przeliczył cenę i zainkasował należność w błyszczących monetach.
- Takie lato podzielone na pół… - pomyślała Klara przekrawając owoc w rozświetlonej przedpołudniowym słońcem kuchni. Przyjrzała się leżącym obok połówkom, z których wypadły pestki.
- Przypadki losu, dlaczego tak zmieniają życie? Tak drobne jak te nasionka.
Nie myślała o tym, czy tęskni, nie zastanawiała, czy będzie tęsknić tam, dokąd jedzie, chociaż wszystkie dotychczasowe decyzje wyglądały teraz na przypadkowe, nie zmieniła zdania. Za godzinę zamówi taksówkę i już jej tu nie będzie. Nie może się spóźnić na pociąg…
Skąd mogła wiedzieć w chwili, gdy składała dwie połówki jabłka, że pomyli perony? Nie przewidywała drobnych, jak te pestki, przypadków, które mogą zaginać czas i przestrzeń, zapisując w pamięci obraz, powracający przez lata.
 
Dla śpieszących się tego dnia podróżnych, przytulona do Marka, nie była połówką jabłka, a zwyczajnie – zakochaną dziewczyną.
 
 
Opowiedziałyśmy sobie z Klarą nasze historie, aby zapisać je jak najprościej. To jest właśnie jej historia.

31 october 2011

prose

lajana
lajana

Mało ważne…

Niezapisane historie umierają. Zasypiają z pamięcią tych, którzy je poznali. Jeśli jednak podaruje się im kształt w sieci słów, zaczynają dojrzewać i tworzyć wraz  z wyobraźnią czytelników.
To, czego doświadczamy w przygodzie, jaką jest życie, zapisuje się na różnej skali, od drobiazgu, po wielkie wydarzenia, od zwyczajnych spraw, po bohaterstwo. Światło, którym oświetlimy opowiadaną historię, to już sprawa pory i miejsca, z którego zaczniemy opowieść.
 
Mazurek z pomarańczową polewą, najsmaczniejszy ze wszystkich, czekał  obok innych świątecznych wypieków na górze starej szafy. Aby dostać się do ciasta przykrytego wykrochmalonymi ściereczkami, Julka musiała wejść na krzesełko. Czekała, aż pani Michalina jej zaproponuje poczęstunek. I chociaż zdjęcie ciężkich blaszek z takiej wysokości było dla ośmiolatki niełatwe, jednak zawsze dawała sobie radę. Nikt nie potrafił tak przyrządzić wielkanocnych łakoci, jak starsza pani.
 
Odkąd dziewczynka sięga pamięcią, pani Michalina zawsze mieszkała w pokoju na zapleczu dużej stołówki. Spędzały razem całe godziny, kiedy Julce nie wolno było iść do przedszkola z powodu przeziębienia, a mama nie mogła z nią zostać w domu. Wtedy staruszka stawała się przyszywaną babcią. Potrafiła cierpliwie czytać kolejny raz tę samą bajkę, którą dziecko znało na pamięć i jak to się zdarza, nie pozwalało opuścić nawet (...)

--- full text ---

Contact with us



Report this item


You have to be logged in to use this feature. please Register