Zmiana sposobu prezentacji
Mówisz, że nie muszę zapinać pasów. Bezpieczna
droga przez las, na koniec świata, do ruin młyna.
Za potokiem już tylko dalekie krainy, inne języki
i drzewa. Niby takie same, a jednak obce.
Zatrzymujemy się tam gdzie zawsze, za starą amboną,
pod bukami. Opowiadasz, że rosną tu od pradawna
i niedługo skończy się ich czas. Żal mi starych drzew
gdy schodzimy brukowanym szlakiem do granicy, do młyna.
Mówisz, że las jest jak grządka ogromnych marchewek,
dobry ogrodnik pieli ogród i czasem kilka wyrywa.
Rozumiem, a jednak bolą plamki farby na korze,
więc to już tej jesieni korony zaszumią ostatni raz.
Moczymy stopy przepłaszając pstrągi, myślę szeptem
skąd na tym odludziu młyn? Kto zasadził kasztany?
Korzenie wydłubują z ziemi starą porcelanę i kości.
Wracajmy, o zmierzchu drzewa niby takie same,
a jednak obce.
Osty
Zawsze kiedy obieram ziemniaki, do kuchni wchodzi Ola,
śmieje się, że niepotrzebnie obciążam kręgosłup.
Bierze nóż i siada obok. Jak zwykle dziwi się obierkom
w pełnym wiadrze. Odbijają się przezroczyste oczy.
Jest we wschodnich landach. Bolszoj dwor. Nie pamięta
jakie to było nazwisko. Bauer - podpowiadam. Dobrze
niech będzie Bauer. Lubił kartoszki, oj kak win ljubił kuszat.
Tam nauczyła się nie wchodzić między osty i odpływać.
Śmieje się, że niepotrzebnie naobierałyśmy aż tyle
kartofli. Wystarczy dla całej armii. Puste wiadro
wynoszę do piwnicy. Tam nie znajdzie, boi się ciemności.
W przezroczystych oczach widzę głód. Odbija się w ostrzu noża.
W spękaną skórę pięt wtarłam czarną ziemię
z ogrodu Emilii. Słyszę śpiewających sąsiadów,
hej! sokoły! Jeden z nich potrafi grać na harmonii.
Wkomponowałam się w kształt migdałowych paznokci,
nie widziałam takich u nikogo. Kiedy zaciskasz dłoń
szukam podobieństw i znajduję drżenie. Widzisz
nie pamiętam po której stronie rosły. To pole
przykrył biały puch. Miękko moduluję głos, może
zrozumiesz. Dlaczego nadal opieram się o płot
ogrodu Emilii. Już nie ma. Czarną ziemię noszę
w spękanych wspomnieniach. Szoruję pięty i krótko
obcinam paznokcie. Powstrzymuję drżenie.
chrząszcz przebiera miarowo odnóżami
po bezkresie nieba. nieporadnie naśladujesz
ruchy ściągając palcami liliową sukienkę.
bez. skutecznie poszukujesz w cichej dolinie
pachnących kwiatów. bez. kształtny płatek
schował się między szczytowaniem sutków.
zgubię się. w oddechach i bezdechach.
znajdziesz mnie bez. wolną w zielonej koszuli.
we włosy wepniesz gałązkę bzu. pospolicie.
bez. prawnie zagarnęłam cudzą łąkę.
bzu-bzyczę. bezwstydnie odurzona majem.
myślę że powinnam zmieścić się za drzwiczkami drewnianej budki,
kiedy tylko ugryzę czas, a kukułka pójdzie na piwo.
między jednym a drugim zawahaniem –wyczuwam moment
bezruchu - skrzypię.
technicznie składam się z tyknięć. w prawo i w lewo,
kurczowo wczepiona w metalową szyszkę. jakkolwiek tyka.
tak? nie - nie - tak - tak. tyka. nie
składam się z oczekiwań. czasem wydaje się, że jestem czasem.
czasem nie jestem. chudnę z księżycem.
kukułki śpią w zegarach. mieszczę w bezruchu.
one
You love to play with fire you love gambling
I know what you love and I know what you need
And I like it when you play with me*
Tracy Chapman "You're The One”
Opada kurz na międzystanowej 93, przed świtem adrenalina.
Takich jak ty mijałam między Las Vegas a Monte Carlo,
żuli gumę, mieląc w ustach przekleństwa po przegranej.
BAR kusi neonami, kawą w tekturowym kubku, obfitym biustem
barmanki. Krzyczały w motelowych pokojach unosząc się
hossą i bessą krzywizn sufitu.
W blasku świec myślę, że najbardziej kochasz ryzyko.
Igrasz z ogniem wkładając rękę między moje nogi,
obrus nie jest wystarczająco długi. Hazardzisto,
z tali wyciągam kartę, pozwalam obmacywać się krupierowi.
Dla ciebie zatrzymuję w oczach trzy wisienki. Jackpot.
(...)
--- full text ---
trzask aparatu. palcem wskazującym namierzasz otwór
w plastikowej tarczy. obrót zgodny z czasem,
miejscem, okolicznością.
dyskretny terkot i powrót na miejsce.
nieruchomiejesz w pół życia.
ożywasz w szafach. w szufladach
na metalowych prowadnicach. we wspomnieniach
sąsiadki z naprzeciwka. do dzisiaj wiesza w oknach
gęste zazdrostki. strzeżonego pan Bóg strzeże.
linia 26 do stacji końcowej.
przy Arndtstraße 48 dozorca zamiata chodnik. od lat
nikt nie pytał o pana Trommlera.
wosk
mam siedem lat, lubię zbierać kasztany i grabić.
liście na alejkach za betonowym płotem żółcą się
w rytm kroków. maszerujemy – babcia, mama i ja.
pączki jesiennych róż, główki aniołków i chryzantemy.
odwiedzimy stefanka i dziewczynkę, która zasnęła obok.
siadam na ławce, patrzę na srebrną tabliczkę i mówię:
popatrzcie! a ja już sama potrafię przeczytać literki
przy gwiazdce i plusiku! powoli literuję imię i nazwisko.
dziwnie trzęsie się głos babci kiedy cierpliwie tłumaczy
matematykę zapisaną na srebrnej tabliczce. uczę się
zapalać zapałkę. lubię jej słuchać przytrzymując znicz
gdy zostawia im na noc ciepło
świec.
Na wieży starego ewangelickiego kościoła wskazówki zegara popychały czas w kierunku późnego popołudnia. Spoglądałam w okno, skupiając wzrok. Naprawianie zerwanych połączeń sprawiało, że rozbiegane myśli ustawiały się karnie, jedna za drugą. Tik-tak, tik-tak. Z każdym tyknięciem bliżej Kaffeepause. Bliżej czasu.
Kilka dotknięć klawiatury, login, hasło. Kusiło aromatem świeżo zaparzonej kawy, płaszczyzną wymiany myśli, zagięciem czasoprzestrzeni, nieistnieniem.
Srebrna łyżeczka i palec odgięty pod odpowiednim kątem, miniaturowe ciasteczka z wisienką i cukier trzcinowy. Rytualnie. Dwa obroty w prawo, dwa w lewo. Porcelanowa filiżanka, dzbanuszek na śmietankę, para na porcelanowej ławeczce – pamiątki. Skorupy z Miśni, Drezna a może z Chin. Powinnam była pamiętać, nie pamiętałam - czas zaprzeszły, niedokonany.
Potykałam się o słowa, o ziarenka zgłosek, esy-floresy znaczeń. Jak to było z tym słoniem? Początki nie były łatwe, fusy pływały blisko powierzchni, kawa była gorzko-słodka. Za zimne bądź zbyt gorące strumienie zdań. Świat ewoluował od parzonej po turecku, przez mieloną filtrowaną oraz Instant coffee classic do świeżo mielonej kawy z ekspresów ciśnieniowych. Tak, zdecydowanie tak. Ciśnienie rosło.
Między przerwami na kawę bawiłam się w analizowanie fusów, zgadywanie przyszłości, spoglądanie przez okno. Wprost (...)
--- full text ---
wkładasz we mnie czterolistną koniczynę
puszcza korzenie wpijając się centralnie
od pępka
tutaj zatrzymałeś czas
sad żółci się wczesną jesienią
w pestkach jabłek przyszłość
wyrasta z przeszłości
oś wiruje
