Zmiana sposobu prezentacji
Na wieży starego ewangelickiego kościoła wskazówki zegara popychały czas w kierunku późnego popołudnia. Spoglądałam w okno, skupiając wzrok. Naprawianie zerwanych połączeń sprawiało, że rozbiegane myśli ustawiały się karnie, jedna za drugą. Tik-tak, tik-tak. Z każdym tyknięciem bliżej Kaffeepause. Bliżej czasu.
Kilka dotknięć klawiatury, login, hasło. Kusiło aromatem świeżo zaparzonej kawy, płaszczyzną wymiany myśli, zagięciem czasoprzestrzeni, nieistnieniem.
Srebrna łyżeczka i palec odgięty pod odpowiednim kątem, miniaturowe ciasteczka z wisienką i cukier trzcinowy. Rytualnie. Dwa obroty w prawo, dwa w lewo. Porcelanowa filiżanka, dzbanuszek na śmietankę, para na porcelanowej ławeczce – pamiątki. Skorupy z Miśni, Drezna a może z Chin. Powinnam była pamiętać, nie pamiętałam - czas zaprzeszły, niedokonany.
Potykałam się o słowa, o ziarenka zgłosek, esy-floresy znaczeń. Jak to było z tym słoniem? Początki nie były łatwe, fusy pływały blisko powierzchni, kawa była gorzko-słodka. Za zimne bądź zbyt gorące strumienie zdań. Świat ewoluował od parzonej po turecku, przez mieloną filtrowaną oraz Instant coffee classic do świeżo mielonej kawy z ekspresów ciśnieniowych. Tak, zdecydowanie tak. Ciśnienie rosło.
Między przerwami na kawę bawiłam się w analizowanie fusów, zgadywanie przyszłości, spoglądanie przez okno. Wprost (...)
--- full text ---
Hiacynt
Palety z doniczkami były ustawione przy wejściu, zaraz za bramkami, między działem warzywno-owocowym a makaronami. Porażały feerią barw, kusiły zapachem i krzykliwą tabliczką z napisem „wiosenna promocja – 6,99”. Lekko pchnięty wózek, potoczył się po szaro-brudnych kaflach, przeskakując nad fugami, zapiszczał i znieruchomiał. Ramię uzbrojone w dłoń zakończoną haczykowatymi palcami chwyciło doniczkę z falliczną zawartością. Zawstydzony niedojrzałością i nieuwagą selekcjonera pakującego doniczki na palety, tracił nadzieję na to, że ktoś go kupi. Nie łudził się, że zdąży dojrzeć przed świętami, nie wierzył też w zapobiegliwość pracowników hipermarketu. W pierwszy dzień po przerwie zmienią tabliczkę na „wyprzedaż” i nikt nie będzie zawracał sobie głowy podlewaniem. W końcu to, co się nie sprzeda trafi na wysypisko. Naturalna selekcja, kolej rzeczy, twarde prawa rynku.
Z rezygnacją przyglądał się klientce. Kobieta trochę po pięćdziesiątce, szczupła, by nie powiedzieć sucha (nie lubił tego określenia), modnie ubrana, staranny makijaż i dobrze ostrzyżone włosy. Przez krótką chwilę mierzyli się wzrokiem, szacując wartość. Rachunek wyszedł in plus i palce przeniosły doniczkę z kwiatem do wózka. Dumnie rozglądając się na wszystkie strony, rzucił pełne triumfu spojrzenie w stronę regału z kwiatami. Jednak ktoś go chce! Dostrzeżono (...)
--- full text ---
