Margaret była pomarszczonym słońcem, najstarszą z żywych
idąc do snu potrząsała kulę ze śnieżnymi płatkami
i zanim opadły, wykrzykiwała zawsze ten sam hymn
"Kto to idzie? To Margaret i Jim, to Margaret i Jim, to Margaret i Jim!"
jej wrzask nie dawał nam spać, ale Jim zasypiał chyba w jej pamięci
jej uśmiech nagle rzedł, kwiaty więdły, a na biurku
drewniane konie rozpasły się na plastikowych łąkach
Działała mi na nerwy, aż pewnego razu grzebiąc w jej rzeczach
znalazłem zdjęcie. W słomkowym kapeluszu, piękna kobieta
oparta o żywopłot, na którym zawisły wonne okruchy dnia.
zazdrościłem przez chwilę Jimowi, widząc jej obłęd, pasję i rozpacz
Nazajutrz jej łóżko było puste, a kucharz przypalił obiad
śmierć miała zapach fasolki po Bretońsku
Piękny wiersz. Opowiedzieć o niewątpliwym dramacie z takim spokojem, to wielka sztuka.
report
Ciekawe zakonczenie, pointa wymiata. Panie Pawle- bardzo dobry.
report
Bardzo dobry tekst, miłe rozczarowanie po "Długu", który, moim zdaniem wymaga "hospitalizacji"
report
potrafisz opowieśc zmieścić w wierszu bardzo piekny i smutny
report
tak Pawle!! masz zdecydowanie wonne wiersze:)
report