Zmiana sposobu prezentacji
Po powrocie z wakacji wszystko między nimi zaczęło kwitnąć. Olga czuła, że te kilka wspólnych dni naprawdę ich do siebie zbliżyło. Tomasz był facetem, w którym zaczynała się coraz bardziej zakochiwać. Był czuły, uważny, zabawny.
W weekend zaprosił ją do siebie na kolację. Gdy przyszła, czekała na nią butelka wina i zapach pieczonego kurczaka.
- Nie wiedziałam, że gotujesz - powiedziała z uśmiechem, wchodząc do kuchni.
- Jeszcze tego o mnie nie wiesz? - rzucił żartobliwie.
- Chyba nie wszystko.
- To dobrze. Bo planuję cię zaskakiwać jeszcze długo.
Te słowa sprawiły, że jej serce zabiło mocniej.
Kolacja była idealna – rozmawiali, śmiali się, wspominali zabawne sytuacje z wakacji. Tomasz opowiadał o nowym projekcie w pracy, a Olga dzieliła się planami na nadchodzące miesiące. Wszystko było lekkie, naturalne, bez napięć.
Później oglądali film na kanapie, a on objął ją ramieniem, jakby to było najbardziej oczywiste na świecie.
- Lubię to - powiedział nagle.
- Co?
- Ciebie tu, ze mną.
Olga uśmiechnęła się i przytuliła do niego mocniej.
Tamtego wieczoru zasnęła w jego ramionach, myśląc, że wszystko zmierza w dobrym kierunku.
Można by pomyśleć, że ta idylla będzie trwać długo. Życie Olgi w końcu zaczęło się stabilizować. Po raz pierwszy od dawna czuła się spokojna.
Tomasz był (...)
--- full text ---
Olga zamarła na ułamek sekundy, po czym spojrzała na Tomasza. W jego oczach czaiło się rozbawienie, ale i coś więcej – coś, czego nie potrafiła od razu odczytać.
Odchrząknęła, czując lekki powiew wiatru na ramionach.
– No cóż – zaczęła, sięgając po butelkę wody, jakby potrzebowała chwili, by zebrać myśli – nie poprawiłam cię, prawda?
Tomasz uniósł brew i usiadł obok, opierając łokcie na kolanach.
– Nie. Ale chyba powinienem wiedzieć, że jestem twoim mężem.
W jego głosie nie było pretensji, raczej ciekawość. Może nawet lekka prowokacja.
Olga westchnęła i pokręciła głową z uśmiechem.
– A gdybym powiedziała, że to po prostu było łatwiejsze?
– Łatwiejsze? – powtórzył, przyglądając się jej uważnie.
Sięgnęła ręką do jego dłoni i ścisnęła ją lekko.
– Tak. Bo gdybym miała wyjaśniać, kim jesteś, musiałabym najpierw sama to do końca zdefiniować.
Tomasz milczał przez chwilę. Potem jego dłoń zacisnęła się mocniej na jej palcach.
– I co byś powiedziała?
Olga spojrzała na niego z tym swoim półuśmiechem, który czasem doprowadzał go do szaleństwa.
– Że jesteś moją przystanią – odparła cicho. – I że jeśli mam wybierać między przeszłością a tym, co jest teraz, to wybieram to, co jest teraz.
Tomasz przez moment nic nie mówił. A (...)
--- full text ---
Kilka lat później – ciąg dalszy
Adam przesunął dłonią po karku, czując pod palcami lekko szorstką skórę od słońca i soli. Dzień był gorący, ale wieczór przyniósł przyjemny chłód. Spacerował boso po piasku, zostawiając ślady, które za moment zmyje przypływ. Lubił to miejsce – małą nadmorską miejscowość, do której wracał od lat. Miała w sobie coś kojącego, coś, co pozwalało zebrać myśli i chociaż przez chwilę nie gonić za czymś, czego i tak nie dało się dogonić.
Zatrzymał się na chwilę, patrząc na światła baru, który stał tuż przy plaży. Było tam gwarno, ale w ten niezobowiązujący, letni sposób. Śmiech mieszał się z dźwiękiem szkła i muzyką, która ledwo przebijała się przez szum fal.
I wtedy ją zobaczył.
Siedziała blisko morza, przy jednym z tych niskich stolików, które niemal tonęły w piasku. Miała na sobie luźne, sportowe szorty i zwykły top, a na stopach…
Te cholerne klapki z Reeboka.
Nie zmieniła ich. Przez te wszystkie lata, wciąż kupowała nowe, identyczne. Bo były wygodne. Bo nie lubiła ich zmieniać.
Serce zabiło mu szybciej, ale nie ruszył od razu. Stał chwilę, patrząc, jak przeczesuje włosy ręką, jak unosi szklankę do ust, jak patrzy w stronę morza, jakby szukała czegoś w tym bezkresie.
Czy była sama?
Rozejrzał się, ale nikogo przy niej nie było.
A może…
--- full text ---
Adam wszedł do biura, w jednej ręce trzymając kubek jeszcze gorącej kawy, drugą przecierał zmęczone oczy. Był niewyspany, myślami błądził gdzieś bardzo daleko. Zobaczył Marka, swojego najbliższego współpracownika, a jednocześnie kogoś, komu mógł powiedzieć więcej, niż chciałby przyznać sam przed sobą. Klepnął go w ramię.
- Chodź do mojego biura, pogadamy - rzucił krótko.
Marek uniósł brwi, ale nie zadawał pytań. Podążył za nim, a gdy drzwi się zamknęły, Adam ciężko opadł na fotel. Osunął się na oparciu, wzdychając, jakby cały ciężar dnia spadł na niego w jednej chwili. Marek usiadł naprzeciwko, wciąż czekając.
- Coś się stało? - spytał w końcu.
Adam spojrzał na niego, przez chwilę ważąc słowa. Potem odwrócił wzrok i powiedział cicho:
- Wczoraj spotkałem Olgę.
Nie musiał dodawać nic więcej. Wystarczyło jedno imię. W głowie Marka od razu pojawił się obraz tamtej kobiety. Przez lata słyszał o niej wystarczająco dużo, by wiedzieć, co to oznacza.
- I co? - zapytał ostrożnie.
Adam wzruszył ramionami. Przetarł dłonią twarz, jakby chciał pozbyć się zmęczenia, które ciążyło mu na powiekach.
- Nic. Wpadliśmy na siebie, powiedzieliśmy „cześć” i poszliśmy dalej. Koniec historii.
Ale przecież obaj wiedzieli, że to nie był koniec. Nie dla niego. Bo siedział tutaj, z kawą, która już dawno wystygła, i (...)
--- full text ---
Już prawie o nim zapomniała. Nie całkiem, bo przecież nie da się wymazać kogoś, kto kiedyś był bliski. Ale nie myślała o nim codziennie. Jego twarz straciła ostrość, głos brzmiał jak coś odległego, jak piosenka, którą kiedyś znała na pamięć, ale teraz tylko nuciła pod nosem, niepewna słów.
Aż do dzisiaj.
Wychodziła ze sklepu z torbą pełną drobiazgów – kawa, chleb, coś na kolację. Chciała jeszcze schować telefon do kieszeni, ale wtedy na kogoś wpadła.
— Przepraszam — zaczęła, podnosząc wzrok.
I zamarła.
On.
Stał w wejściu, równie zaskoczony. Minęła sekunda, może dwie, ale wystarczyło, żeby cała ta historia – ta, którą już prawie zapomniała – wróciła jak oddech po długim biegu.
— Cześć — powiedział w końcu.
— Cześć — odpowiedziała, a jej głos zabrzmiał spokojniej, niż się czuła.
Mógłby to być jeden z tych momentów, które wszystko zmieniają. Gdyby los miał inne plany, może poszliby na kawę, może uśmiechnęliby się do siebie w ten dawny sposób i zrozumieli, że nic się nie skończyło.
Ale ona tylko poprawiła torbę na ramieniu, a on zrobił krok do środka.
— Miło cię widzieć — rzucił jeszcze.
— Tak, ciebie też.
I to było wszystko.
Minęli się – ona wyszła, on wszedł – i każde poszło dalej w swoją stronę. Jakby tamtej historii nigdy nie było. Jakby (...)
--- full text ---
Nie interesowała jej posada zastępczyni. Nie chciała być nigdy tą drugą. Nie chciała czuć się jak jakiś tani zamiennik. Jak ktoś, dla kogo można urwać się z pracy, ale nie jest to twój obowiązek. Nie życzyła sobie bycia połowicznie... Z doskoku: „Bo jakby czasem miało nie wyjść, to jednak każdy w swoją stronę." Nie chciała być tamponem. Zatykać dziur. Co to za przyjemność, tak ciągle przeciekać? Nie chciała czuć tylko ciepła. To miał być gorąc. To miało rozpalać. To miało robić się mokro na samą myśl, że za parę godzin, że z nim, że gdziekolwiek. To nie miał być normalny związek. To miało parzyć. To miało dotykać najgłębszych smutków. Ale nie po to, by pocieszać. Nie po to, by tamować krwotok. Nie po to, by być panaceum. Tylko po to, by zrozumieć, że blizny zostają. Że tego się nie da wymazać. Że to cały ty. Razem z tym brudem pod paznokciami. Że to jest OK. I że to od teraz nie będzie tylko twoje, ale nasze.
Miłość - ona nie miała przyćmiewać horyzontu. Zawężać pola widzenia. Zatracać się tylko w jednym punkcie. To miało rozszerzać źrenice. To miało być coś w rodzaju wady wzroku, z tym że patrzysz dalej. A w tym dalej jest coś więcej niż ja. To miało być "kocham". Ale nie takie rzucone mimochodem, bo tak powinno się powiedzieć po jedenastym spotkaniu i trzecim wylądowaniu w łóżku... To miało się czuć. W każdym oddechu. W każdym (...)
--- full text ---
Najbardziej brakuje mi rozmowy. Kiedy siedzę wieczorem przy komputerze i nie mam do kogo napisać zwykłego "cześć". Kiedy nagle fotel po drugiej stronie staje się zbyt pusty. Kiedy zdaję sobie sprawę, że ta cisza trwa zbyt długo. Kiedy zaczynam się zastanawiać, gdzie zniknąłeś?
Chciałabym wiedzieć, że u ciebie wszystko w porządku. Że ta twoja nieobecność to tylko kaprys czterdziestolatka. Że to zwykły kryzys. Że przejdzie ci. Że w końcu ci się znudzi ukrywanie przede mną. Że w końcu znajdę sposób. Znajdę te słowa, które do ciebie trafią. Że nie można po prostu przestać odpisywać na tyle wiadomości. Że może się zlitujesz nade mną i napiszesz, że "to już koniec, po prostu".
I wiesz? Zrozumiałabym to. Zrozumiałabym, gdybyś mi to napisał. Gdybym nie miała w sobie tego czarnowidztwa. Gdybym podskórnie nie czuła, że coś ci się stało. Gdybym nie wyrysowała dla ciebie tej strasznej wizji, w której już więcej nie będzie żadnego "cześć" ani "do zobaczenia".Wolałabym wiedzieć, że żyjesz i nie chcesz się już więcej odezwać niż... żyć z świadomością, że zostawiłeś mnie taką niedokończoną.
Każdego wieczoru, kiedy wchodzę na maila chcę zobaczyć tylko jedną wiadomość. Każdego wieczoru od trzech lat - czekam. Każdego wieczoru mam nadzieję, że to dzisiaj.
ja
--- full text ---
A potem to się skończyło. Nastała zima... Jedna, druga, trzecia. Świat pociemniał, zjesienił się. Może trochę opadł. Nie wiem, co się wtedy ze mną działo. Nie potrafię wytłumaczyć swoim decyzji, myśli. Tylko ten strach, wszechobecny strach, że coś się skończyło, sprawiał że kruszałam. - Nie będzie więcej żadnego początku - dudniło mi wciąż w głowie.
Myliłeś się. Wcale nie było tak, jakbyś nie istniał. Wszystko przypominało mi o tobie. Poranna kawa. Wyjście do pracy. Spotkania ze znajomymi. To ciągłe wyrywanie się z domu, jakbym wraz z twoim odejściem zapuściła w nim korzenie. Codziennie nosiłam ze sobą nóż, by obcinać sobie końce.
Dziś jestem spokojniejsza. Łatwiej mi się doczołgać do drzwi, kiedy ktoś nachalnie próbuje sprawdzić, czy jeszcze oddycham. - Jeszcze tak - myślę. Bo przecież coraz mnie mniej. Coraz mniej. Aż w końcu zniknę, jak ty. Pozostawiając po sobie worki nieobecności, których nikt nie jest w stanie wyrzucić do śmieci.
"Cheers darlin'...
I've got your wedding bells in my ear!
Cheers darlin'...
You give me three cigarettes to smoke my tears away."
~ Damien Rice - Cheers darlin'
Nam było ze sobą dobrze. Potrafiliśmy godzinami rozmawiać o ostatnio przeczytanej książce... Filmie, który nie przypadł nam do gustu lub nietrafionym daniu, które zamówiliśmy w restauracji. Potrafił do mnie mówić "kochanie", a ja na ten moment gładziłam zmarszczki, które tak szybko pojawiają mi się na twarzy, kiedy znów się złoszczę. Piliśmy kawę - zawsze o tej samej porze - i zawsze w tych samych białych filiżankach. Kiedy byłam na niego zła - kupował mi bukiet róż. A kiedy wypadło mu jakieś nieoczekiwane spotkanie z klientem - dzwonił i bardzo przepraszał, że ten wieczór będę musiała spędzić sama. W ciągu dnia zawsze wysyłał mi SMSa, że tęskni. Nigdy nie powiedział, że jakaś kolacja mi nie wyszła, chociaż miałam na koncie parę kulinarnych porażek. Był opiekuńczy i czuły. Kiedy wychodziłam z kumpelami na miasto - sprawdzał, czy u mnie wszystko dobrze i czy przypadkiem nie chciałabym, by już po mnie przyjechał.
Między nami było ciepło, ale... nie gorąco. I chyba właśnie o to chodziło: o ten żar, którego żadne z nas nie potrafiło wzniecić. I później to się stało. Zaczęliśmy szukać w innych ludziach (...)
--- full text ---
A ja chcę wiedzieć, czy potrafisz o mnie zapomnieć? Czy nie szukasz w nocy mojej dłoni obok? Czy nie brakuje ci robienia dwóch kaw o piątej rano? Czy nie tęsknisz za ciągłym przyłapywaniu mnie z papierosem w dłoni? Czy tak łatwo można przestać wymawiać moje imię? Z trudem wstaję każdego dnia. Z trudem myślę o sobie w przyszłości. Czasami wydaje mi się, że zbyt łatwo się poddałeś. Że powinieneś zawalczyć. Że to moje "nie", wcale nie było takie ostateczne. Oczywiście - t o była moja decyzja. Nie chciałam z tobą zamieszkać. Nie chciałam się przeprowadzić. Nie chciałam zmieniać niczego w swoim życiu. Było mi dobrze, tam gdzie byłam. W małej, ciasnej kawalerce, która służyła za oazę spokoju. Może ja nie przywykłam do ciągłych podróży? Do życia na walizkach? Do ciągłego wypływania w rejs... Może chciałam jakiegoś kompromisu? Jakiejś kotwicy? Gdybyś chciał czasem zarzucić liny – wiesz, gdzie mnie szukać? Nic się nie zmieniło. Dalej czekam.
Faceci wcale nie potrzebują ocalenia. To tylko my, durne baby, chcemy ich uratować. Tylko przed kim? Lub przed czym? Jak oni sami potrafią dać sobie radę.
~ K.
- Ze mną nie miałabyś żadnej przyszłości... ŻADNEJ...
Nie uwierzyłam mu. Patrzyłam w jego niebieskie oczy i nie wierzyłam w ani jedno słowo, którym mnie karmił. Mówił coś jeszcze o jakiś defekcie. Że to jego wina. Że z nim jest coś nie tak. A ja mu nie wierzyłam. Był człowiekiem, dla którego mogłabym wszystko zostawić. Tak po prostu. Bez mrugnięcia okiem. Mogłabym skreślić całe swoje życie, bo chciałabym spróbować tej „żadnej” przyszłości. A on ze smutkiem w oczach wmawiał sobie, że i tak by to nie miało sensu. Cholerny egoista! Nawet nie dał nam szansy. Podjął decyzję i jeszcze śmie twierdzić, że tak jest lepiej. A ja? A ja wciąż o tym myślę. Przyszłość, mój Boże, to taki odległy czas. Mogło się wszystko zdarzyć. Moglibyśmy być szczęśliwi. Albo nazajutrz zginąć w wypadku. Mogłabym zajść w ciążę. Mógł być wspaniałym ojcem. Może wyprowadzilibyśmy się do Zakopanego? Albo wyjechali w podróż przez Key West? A on się, kurwa, martwił o przyszłość. Przyszłość nie istnieje! Istnieje tylko tu i teraz. A on mi nawet nie pozwolił podjąć decyzji. Nie pozwolił mi mieć własnego zdania. Stał się niedokończoną sprawą. Drzazgą w sercu. Kimś, kogo nie da się ot tak, wyjąc. Z (...)
--- full text ---
