20 april 2021

Przedostatni

Jest dziś. Będzie jeszcze jutro. A potem już nie będzie pojutrza. Tyle nam zostało. Jak zachowają się jednostki, gdy usłyszą, że to ich przedostatni dzień z życia? Czy wobec tego pojęcie zła i dobra ma jakiś sens skoro sens też się skończy? Czy cokolwiek go ma (twoja ulubiona sukienka, tęsknota za pierwszą miłością, ludobójstwo i obozy zagłady, słoneczna prognoza pogody, niespłacony kredyt, szóste urodziny syna, nowa proteza, umowa na czas nieokreślony, przebita opona w aucie, wkurwiający sąsiad, wyzysk i propaganda, loty w kosmos, odwlekana kolonoskopia, last minute w tropikach z nurkowaniem przy wraku, rozjechany kot...)? Gdy koniec jest bliski i nic nie jest w stanie tego zatrzymać. I nie mówię tu o takim zwykłym końcu, po którym następuje jakiś nowy początek, człowiek wstaje, otrzepuje się z popiołów i idzie dalej, zostawiając dogorywające zgliszcza za plecami. Mówię o końcu, po którym nie ma już absolutnie, kompletnie nic, choćby porannego ćwierkania ptaszków po chujowej nocy. Żadnych przejść kwantowych, tajnych przejść do innych wymiarów, nikt nie pójdzie do nieba czy piekła, nikt nie urodzi się na nowo w czyjejś skórze i nikt nie będzie podróżował astralnymi podróżami. Żadnych snów, żadnych pogrzebów, żadnych zmartwychwstań. Czy wobec tego nagle zachce się nam wyjść na ulicę i dokonać wszystkich tych rzeczy, które kołatały się nam po najbardziej mrocznych rewirach świadomości? Niemożliwe rzeczy, których nigdy dotąd nie mieliśmy odwagi zrobić ze względu na brak czasu, lenistwo, moralność i strach przed konsekwencjami? Strzelają neurony, synapsy wrzucają na tapetę ogłoszenia o tanim wynajmie swoich przestrzeni. Wyobraźnia w biegu wypierdoliła się o dywan w przedpokoju zdrowego rozsądku... No ale skoro wszystko zniknie, to razem z tym konsekwencje. I czas. I strach. Pewnie większa część z nas przystąpi do działania, wykonując coraz to nowe szalone rzeczy w coraz to szybszym tempie im bliżej pojutrza. Jakaś część wystraszy się, że to koniec strachu. Większość nie uwierzy. Zwłaszcza ktoś psychicznie chory. A któż z nas nie zechce prześledzić tego wszystkiego zza luster smartfonów, tabletów, laptopów... (ja pierdolę! Programiści już piszą aplikacje). A któż nie pozostanie bierny i nawet tego nie zrobi.

Chciałbym wiedzieć mniej. Mieć mniej rzeczy, mniej zarabiać. Produkować mniej śmieci i mieć mniej zaśmieconą głowę. Mniej doświadczeń życiowych i mniej wspomnień. Być mniej obłudnym, mniej brudnym, mniej ufajdanym tą wszędobylską, oblepiającą papką społeczno - historyczno – kulturową. Przeczytać mniej książek o minimalizmie. I coś tam, coś tam. Coś, na co nie masz wpływu. Być jak ogromny bobas w obsranych pieluchach rozrzucający dookoła żarcie, wyjąc, że mu nie smakuje, tylko że trochę mniej. Mniej więcej. Wiecznie zielonym. Czystym i nieskażonym. Mógłbym nadal siedzieć w miękkim, wygodnym fotelu, obitym imitującym skórę tworzywem, znacznie tańszym niż większość podobnych w tym klimacie. Fotelu koloru czarnego, jak koniec, który się zbliża. Tego koloru też nie będzie? Kononowicz na propsie! To może chociaż różowy? Mógłbym nadal odmierzać ten nadciągający koniec każdym łykiem wypitego piwa, zakupionego w osiedlowym płazie z rodziny żabowatych. Dziś za dwie paczki orzeszków z chilli i trzy piwa z ekstraktem z zielonej herbaty zapłaciłem równo 20 zł. Każdym kliknięciem myszki i przewinięciem scrolla byłoby mnie coraz mniej. Aż zniknąłbym najzupełniej w świecie. A jeśli niczego nie będzie, to końca końca również? I echa po końcu końca też? W zeszłym tygodniu dostałem mandat wysokości 200 zł za brak świateł. Skurwysyny podeszły mnie w dosyć zabawny sposób, bo było czerwone, a oni stali i czekali aż pojawi się zielone. Druga w nocy. Kompletna pustka na ulicach, jakby ten koniec już zdarzył się wczoraj. Podjechałem, zatrzymując się tuż za nimi i nagle jeden z nich otworzył drzwi i wysunął się z radiowozu kierując kroki w moją stronę. Spuściłem szybę, a on spytał mnie „co się stało?”. No, kurwa, nic się nie stało. Tak? A światła... Za dwa miesiące czynszu płacę z góry 2000 zł. Podczas pandemii wynegocjowałem 200 zł mniej. Będę miał na mandat. Wszystko opiera się na liczbach. Spoglądam na kogoś i już wiem mniej więcej. Circa ile zarabia, ile ma na sobie, ile wydaje na rodzinę. Ile chciałby zaoszczędzić, ale nie może. Często jak idę do supermarketu, to biorę randomowo produkty do koszyka, a potem przy kasie potrafię bez pudła oszacować ile za wszystko zapłacę. Liczby nie kłamią. Chyba, że ktoś jest cienki z matmy, albo ma cwaną babę. To wtedy liczby mogą kłamać. Każda baba jest cwana – teraz mogę to powiedzieć. Wobec końca, który ma być za dwa dni wszystko ładnie się zeruje. Dwa dni i po sprawie. Choroby, troski, romanse, inwestycje. Rosja. Nic już nie boli i nic nie wzrusza. Siedzę przed czerwonym biurkiem. Cytryna z pestki rośnie dwunasty rok. Za oknem na parapecie stoją (dwa) śmierdzące buty z ostatniego wypadu w góry. Ależ to była wycieczka. Dwanaście butelek po piwie (nie uwzględniając dwóch po winie) ustawia się przy drzwiach w kolejce do wyjścia za kaucją. Wszyscy już zaplanowali sobie ostatnie dwa dni z życia. Nawet te jebane butelki. A ja nadal siedzę i piszę. Opisuję swoją marną sytuację i zastanawiam się co można by było zrobić ze sobą i z otoczeniem, albo co mogłoby ją przerwać. Coś co nie będzie się nachalnie narzucało. Jakiś ostatni papieros. Petycja do prezydenta. Nie no coś naturalnego, autentycznego, coś co pozwoli mi znów zapłonąć. Nic z tych rzeczy jak skok ze spadochronem, zjedzenie larw jakichś egzotycznych robaków, sesja z ayahuascą, tajski masaż, albo randka z tą fajną babeczką z piekarni, która zawsze uśmiechając się skromnie, dawała nieskromnie do zrozumienia... jednego (pączka) hiszpańskiego gratis. Nic z tych rzeczy. Ludzie masowo wylatują do Australii, albo na Okinawę, Sycylię, do Tybetu na szybko. Chowają się w super wypierdolonych w kosmos bunkrach. Chcą żyć jak najdłużej. Panika. Bo cisze i mroki nadejdą z naszej strony (a i tego przecież nie będzie!). A dla mnie to bez różnicy. Czy coś będzie czy nie. Czy będzie cokolwiek.

Wychodzę wieczorem z mieszkania. Jakby to miało na coś jeszcze wpływ. Jakbym mógł tym moim wychodzeniem z mieszkania jeszcze coś zmienić. Idę ciemną ulicą. Nie zdążą z remontem do końca świata. Zostawią tę ulicę kompletnie rozpierdoloną. Na bilbordzie ktoś napisał sprayem „do roboty partacze”. Idę niedokończonym czarnym asfaltem. Latarnie jeszcze nie działają. Kosmiczne wstęgi przestrzeni wiją się i rozłażą donikąd. Nachodzę na chodnik. I natrafiam na tę jedną jedyną ruchomą płytę, pod którą jest jeszcze kałuża po ostatnich deszczach, co z miejsca zachlapuje mi buta i nogawkę.




Terms of use | Privacy policy | Contact

Copyright © 2010 truml.com, by using this service you accept terms of use.


contact with us






Report this item

You have to be logged in to use this feature. please register