Zmiana sposobu prezentacji
tam gdzie już nie boli nie gojąca się rana
kamień ciepły w słońcu jak dialog naszych listów
dojrzewający w kształcie wiersza do poczucia winy
trudno pięknie coś zszyć zwłaszcza stare blizny
nie znam się na twoich snach leżących na krzyżu
na którym powoli zaciera się portret moich dłoni
odkładając czas na czarną godzinę dopijania kawy
pomiędzy łokciami wolnych niedziel i sobót
spóźnionych pociągów gdy świat znów przyspiesza
obudzę cię słowem zalśni drugie słońce proszę
usiądźmy przed upływem chociaż nam nie wolno
schodzić z tego co pozostało jeszcze w nas najlepsze
płonąc w żyłach jak w oliwnych dzbanach
żeby spojrzeć na wszystko w nowym świetle
kręgów na wodzie kołyszących odbicie klucza
zgubionego wraz z turkotem wozów
jest pusto ale i nic nie brakuje choć czasem
(...)
--- cały tekst ---
przychodzisz z na twarzy wypisanym szczęściem
owinięty w niebo choć czasem trzęsącą się ręką
dosypujesz cukru w czas pleśniejących wisien
goniący głodnych ptaków niespokojny lot
tak ciągle obecny w starej bliźnie na zmianę pogody
badasz krzywizny moich słodkich wzruszeń
chroniąc w geście obronnym zlęknione brodawki
modelujesz czarę w której zanurzą się usta
rzeka wzbiera - coraz więcej mnie w niej
zlepiam wyspę ze spojrzeń jest tak bardzo nasza
jak cisza zamknięta między niepytaniem
o tego nikogo co wciąż depcze naszym śladem
niby w stopklatce abstrakcyjnych pojęć
gdzie cień się zamienia w smutniejszy niż wczoraj
w oczach z naprzeciwka odjeżdża w nieznanym kierunku
to trwało tak krótko telewizor zgaśnie parę minut później
(...)
--- cały tekst ---
Opłatek
jest w moim domu zwyczaj że w dzień wigilijny,
przy wzejściu pierwszej gwiazdy wieczornej na niebie,
ludzie gniazda wspólnego łamią chleb biblijny
najtkliwsze przekazując uczucia w tym chlebie
Cyprian Kamil Norwid
Wigilia 2015
znów usiądziemy przy stole,
pełnym dni ciepłych i dobra.
ojciec modlitwą wieczernik otworzy
i ciszę wpuści do środka.
przyjdź pierwsza gwiazdo, nie marudź,
nie pytaj, czy można przekroczyć próg.
przyjdź, jak się przychodzi do domu,
jak wracająca nadzieja, jak do zmęczonych sen.
usiądź na pustym krześle, jak najprzedniejszy gość.
popatrz – mróz na oknie wystroił choinkę,
obrus biały jak śnieg, ubożuchna kołyska
(...)
--- cały tekst ---
z tym miejscem łączą mnie nie tylko
geograficzne współrzędne
podporządkowane chwili urodzenia
i niestworzonym historiom o tworzeniu historii
by dawać blask światłu rosnącemu wciąż we mnie
jak blizna na skórze której nie odmawiam słońca
trzeba być daleko tak jak nigdy dotąd
żeby to zrozumieć i nie tęsknić ciężko
za śliwkowym sadem o wielkości pestki
do którego nie potrafię już wrócić
by wygładzać cienie aż do szczękościsku
i domykać powiekami rozmowy ze stwórcą
w zębach chorych na szkorbut skrzywionego płotu
pajęczy farfocel ubiera się w rosę
i tka po mistrzowsku kwieciste kobierce
przywiera niby ciepłe ubranie do zimnych dni
w dobie zbieractwa obcych tożsamości
przynosi oczyszczenie z win
zarzucając haftowaną mgłę na plecy
niczym tobołek z dzieckiem
(...)
--- cały tekst ---
popatrz córeczko ogród Pana Boga
zmalał do rozmiarów naszego ogródka
chowam twoje zdjęcie pod język
może ślina kiedyś powróci z siłą imienia
którego nikt nie urodził
odbijam się w sobie w niezmienionym tempie
nieudolnie noga potyka się o nogę
jak wiśniowy pień o pestki
odrzucone przez ptaki
czasem odzyskuję twarz
by spojrzeć prawdzie w oczy
wtedy akurat jest noc złożonych rąk
w strzelistość katedr
nie mam nawet ani jednej dłoni
by podać ci pluszowego misia
od tego można dostać kota
nie płacz
ten ogród przyciąga wzrok
w oczekiwaniu niebieskich migdałów
(...)
--- cały tekst ---
tu się rodziłem umierając ziarnem
na skibie ciemnej niby bochen chleba
bosymi stopami dotykałem wiatr
i wszystkie gwiazdy które mi przywołał
tasowałem czas jak szczęśliwą talię
malw wróżących pod płotem
sierpniową pogodę
wyciągając szyję ponad dach
z czuwającym odwiecznie kominem
nad snem kuchennego ognia
gdzie cień matki
w potężnych konarach
ramion cienia ojca
dryfował aż po krokwie
wonią kapuśniaku i suszonej mięty
gubiąc się w nostalgii
za przylotem ptaków
i wszystkie pytania z kieszeni plecaka
(...)
--- cały tekst ---
jak w najmiększe perskie dywany rżysk pszenicznych pól
zagrzebywałem bose stopy kręcąc powrósło na każdy cios
tańczącej w rękach ojca kosy schylonej matki twardy grzbiet
ze ściany zboża zbierający pokos-wiązane w snopy szczęście
pamiętam każdy tamten snop jak najpiękniejszą przytulankę
znoszoną z pola stawianą w stóg na przełaj ze słońcem
a potem drabiniasty wóz w horyzontalnej sforze chmur
pospieszne rżenie koni goniące pod stodołę
w bezpieczny strzechy czas
dziadek ze schowka wyciągał cep przetrącał kręgosłupy kłosom
pachnący słomą i myszami wiatr jak dobry pan
oddzielał plewy od ziarna
i wnet wyrwane z letargu do tańca ruszały kamienie
najpiękniejszą pieśń pod twardą batutą rąk ojca
śpiewały żarna a mąka jak za oknem śnieg
wpadała do kuchni zacierką pęczniała dzieża
płonący piec czekał na chleb czekał stół na miód i mleko
pamiętam zapach plastra miodu
i niebo pachnące macierzanką
(...)
--- cały tekst ---
tu się rodziłem umierając ziarnem
na skibie ciemnej niby bochen chleba
bosymi stopami dotykałem wiatr
i wszystkie gwiazdy które mi przywołał
tasowałem czas jak szczęśliwą talię malw
wróżących pod płotem sierpniową pogodę
wyciągając szyję ponad dach z czuwającym
odwiecznie kominem nad snem kuchennego ognia
gdzie cień matki w potężnych konarach
ramion cienia ojca dryfował aż po krokwie
wonią kapuśniaku i suszonej mięty
gubiąc się w nostalgii za przylotem ptaków
historia nie zatoczy koła nie zamknie w aureoli
oblekającej dom w ziemię zblaknie jak akwarela
łąk pod jesień albo podniebne echa kołysanie
ciepłymi wiatrami wniebogłosów świtu
(...)
--- cały tekst ---
chodzę z tą twarzą na co dzień
a wcale jej nie znam
jest bo jest
ślepnie pali fajki kocha się w każdym
ma muchy w nosie połyka leki
i szczuje psami trącącą myszką
przed lustrem z myślami czy jeszcze
jest moją czy już tylko
odciśniętym piętnem
potrafię uwierzyć gdy oko jako narząd
uzbrojony w przyrząd konchy okularów
ukaże obraz laurowych wieńców
na tronie zmurszałym jesienią
gdy trzeba kielich żółci wychylić do dna
to jak policzek wymierzony chwili
która właśnie kwitnie
z głową w chmurach snu nocy letniej
tej w której mam odwagę po pustej butelce
ignorując portret stworzyciela
(...)
--- cały tekst ---
między niebem jaskółek
a studnią podwórka
historia maluje twarz
by upodobnić się do bajki
dźwigając na zgarbionych plecach
niejedną stronę światła
gdy pustką zamyka się horyzont
i zmrok przykleja się do ręki
a w krzywym lustrze czasu
rzeczywistość stroi dziwne miny
do płotu ubranego w dzban
łzawią dziurki od klucza
ku znośniejszej samotni
tylko inwestorzy zachowują spokój
za zamkniętymi drzwiami
zamarzłej soczewki oka
i rozbijają własny bank
bankierzy filantropii
bo manna nie padała dawno
(...)
--- cały tekst ---
na pewno będziesz tu kiedyś
pomiędzy pomóż mi a odejdź
dotknij otul każdą literę
w picie kawy bez cukru
i bruzdy dni zaprzeszłych
jak suchy badylek
nie chcący liści wypuścić
nie napiszesz
więcej śladów na piasku
przechodząc pod niebem
z białą laską świtu
gdy na plecy zarzucona niskość
podwieszanych sufitów
w chichocie zamykanych drzwi
jak złodziej handlujący cieniem
podpierającym strop dębu
oddzielać będziesz duszę od ciała
(...)
--- cały tekst ---
