W oczekiwaniu kwintesencji słowa pot spływa
leniwie po palcach, żebracy bez pomysłu na kolejną
flaszkę rozdeptują asfalt, powietrze drga miarowo,
z częstotliwością pięćdziesięciu uderzeń na minutę.
Królestwo za butelkę mineralnej.
Podobno klasyczny umiar Adama Mickiewicza jest
przyczynkiem pomników w wielu miastach.
Szkoda tylko, że gołębie na głowę, albo jakiś gówniarz
markerem wypisuje love,
(niechby sobie gdzie indziej
dorastał).
Domy publiczne zamykają o świcie, umęczone ulicznice
dumnie kroczą przez blokowiska. Dały z siebie wszystko,
zasłużył na sen i poezję, jeszcze tylko odprowadzą podatki
od działalności towarzyskiej i spokojnie będą marzyć
o księciu z bajki, najlepiej innej.
W drodze pomiędzy przystankami nie ma czasu na płomienne
odezwy i bunty, karnie trzeba się kiwać w rytm korków,
od poniedziałku do piątku. Życie powoli dąży do wyjaśnień,
czekamy, jakoś bez entuzjazmu, ale żeby ten brak zrozumieć
trzeba się zestarzeć.
Kiedyś to było dużo prostsze, prawda panie Adam?
sporo dobrego w tym tekście, ale jest to tak przegadane, że głowa boli (chociaż możliwe, że boli mnie z niewyspania). zaczyna się od niezłego obrazowania, ale potem robi się zbyt publicystycznie i nie chodzi mi nawet o obserwacje i wnioski z nich płynące, lecz bardziej o ton i stylistykę, jest tak jakoś mentorsko. pointa miała być puszczeniem oka, a jest męcząca, zadziwiające - jedno zdanie, a męczy. a może ledwo zipię po przeczytaniu tego, co wcześniej. trochę to wszystko niezgrabne, nadęte i sztuczne (z naciskiem na niezgrabne). nic to, może następnym razem
zgłoś
Podoba mi się!
zgłoś
bez pointy
zgłoś