25 listopada 2010

poezja

Sztelak Marcin
Sztelak Marcin

Prześwit


Świtało, lub może oświetlono szary zarys
nocy latarką, latarnią czy samochodem,
Diabeł – wiatr mieszając się z prochami dnia
wył w swej banalnej postaci czarnego psa.
 
Odległą ulicą, noga za nogą, szły zakonnice,
nieudolne, sztuczne księżyce przesycały habity
swoją namiastką, lekko drżące różańce
tańczyły ściskając do białość palce.
 
Ktoś przyczajony w schronie śmietnika
mamrotał pod nosem i szlochał, zaplątany
gdzieś pomiędzy świtami, tymi, dzięki którym
budzimy się starcami.
 
Od strony miasta niedoszły buntownik zataczał
kręgi, od krawężnika do krawężnika poręczy,
pił, wiedząc, że żadnej rewolucji nie robi się
na trzeźwo.
 
Tymczasem, już na pewno, na horyzoncie
rozbryzgiwało się nieporadnie słońce.

Margot
25 listopada 2010 o 06:10

Mnie Twój wiersz wciągnął. Bardzo obrazowy. Pozdrawiam :)

zgłoś

Withkacy
25 listopada 2010 o 08:24

i taki między snem a przebudzeniem w przeświatch ;)

zgłoś

Kontakt z redakcją



Zgłoś nadużycie


Opcja dostępna tylko dla użytkowników zalogowanych. Zarejestruj się